Miłość silniejsza niż SB w filmie Kidawy-Błońskiego

...

Marcin Mońka 2010-03-14, ostatnia aktualizacja 2010-03-14 23:40

Czy to przypadek, że filmy opowiadające o inwigilacji przez tajne służby PRL-u noszą tytuły rozpoczynające się na literę "R"? Była "Rysa", był "Rewers", a teraz mamy "Różyczkę". Nowy film urodzonego w Chorzowie reżysera Jana Kidawy-Błońskiego trafił właśnie do kin

Każdy człowiek ma swoją tajemnicę - mówi grany przez Andrzeja Seweryna Adam Warczewski, bohater "Różyczki". Niektóre tajemnice są tak bolesne, że film Kidawy-Błońskiego stał się głośny na długo przed premierą. Wiele osób w historii opowiedzianej przez reżysera dopatrywało się bowiem wątków z biografii historyka Pawła Jasienicy.

Takich ludzkich dramatów jak ten Jasienicy było jednak w czasach Polski Ludowej znacznie więcej. Intelektualiści idący pod prąd systemowi natychmiast stawali się obiektem największego zainteresowania Służby Bezpieczeństwa. Kidawa-Błoński nie stworzył filmu historycznego, choć archiwaliów oraz cytatów z rzeczywistości końca lat 60. jest w filmie wiele. Powstał melodramat, ale bez nadmiernej ckliwości.

Równocześnie historia trójkąta miłosnego między pisarzem, młodą dziewczyną i jej kochankiem, tajnym współpracownikiem SB, obnaża mechanizmy działania systemów opresyjnych. Każdy człowiek ma swoją tajemnicę i dlatego na każdego można znaleźć "haka" - o tej prawdzie boleśnie przekonują się bohaterowie "Różyczki". U Kidawy-Błońskiego tylko jedno uczucie może wyrwać człowieka z trybów systemu - miłość. Bo gdy pojawia się prawdziwa miłość, łańcuchy systemu mogą pęknąć.

Śląska prapremiera filmu odbyła się w czwartek wieczorem w Zabrzu. To nie przypadek. Już po projekcji Kidawa-Błoński zdradził, że przygotowuje się do nakręcenia kolejnego filmu fabularnego, którego bohaterami będą piłkarze Górnika Zabrze z przełomu lat 60. i 70.

Marcin Mońka: Od czasu Pana poprzedniego filmu kinowego - "Skazanego na bluesa" - minęło pięć lat.

Jan Kidawa-Błoński, reżyser i współscenarzysta "Różyczki": Mnie też jest przykro, że musiałem czekać na kolejny film aż tyle lat. Trudno jest jednak począć dobry scenariusz i doprowadzić go do realizacji. Jednak cieszę się z efektu. "Skazany na bluesa" był filmem, w którym udało mi się poruszyć ludzkie emocje i dotrzeć do wielu osób. Tutaj, być może korzystając z tamtych doświadczeń, jeszcze bardziej przeniknąłem w ludzką emocjonalność.

Dlaczego zajął się Pan tak drażliwą sprawą jak współpraca ze Służbą Bezpieczeństwa i donosicielstwo?

- Jestem człowiekiem z "tamtej epoki" - w niej dojrzewałem, kształtowałem swoją świadomość i wrażliwość. Zdarzało mi się na studiach w szkole filmowej zetknąć z kimś, kto, jak się później okazywało, był tajnym współpracownikiem służb. Przez długi czas na takie historie byłem znieczulony. Jednak kilka lat temu po opublikowaniu "teczek Wildsteina" rozpoczęła się prawdziwa kanonada. Zrozumiałem nagle, że nie można ot tak szafować nazwiskami. Ci ludzie przecież żyją, mają swoją przeszłość, rodziny, dzieci, egzystują w swoich miastach i miasteczkach, gdzie wszyscy nagle się od nich odwracają. Zaczęło mnie kusić, by pokazać ludziom, że to wszystko nie jest wyłącznie czarno-białe. Doprowadzenie kogoś do takiego stanu, by złożył podpis, a potem jeszcze działał w tym wszystkim, może być dla niego jakimś straszliwym i bolesnym przeżyciem. Ludzie podejmowali się współpracy z różnych powodów. I to wcale nie znaczy, że człowiek, który grzeszył i popełnił zło, nie może być w życiu dobrym człowiekiem. Nauka chrześcijańska mówi o wybaczaniu i miłosierdziu. I myślę, że w odniesieniu do naszej przeszłości jest zbyt wiele surowości. Każda osoba jest pewnym złożonym uniwersum. I to właśnie na początku drogi zafascynowało mnie jako artystę. Chciałem sportretować ludzi i czasy, które ich do tego zmuszały.

Zamieszanie wokół "Różyczki" jeszcze przed jej premierą może pomóc filmowi?

- Początek tego zamieszania był dla mnie lekko bulwersujący, dlatego że z miesięcznika "Kino" zdjęto mój wywiad. Powodem było pismo skierowane przez pełnomocnika córki Pawła Jasienicy, w którym stwierdzono, że wszelkie próby kojarzenia tego filmu z Jasienicą będą miały poważne konsekwencje dla redakcji. Była to pewna próba zastraszania dziennikarzy. To mnie zabolało. Nie tylko dlatego, że straciłem wywiad. Zrobiłem przecież film o ludziach, którzy dostawali pałkami po głowach za walkę o wolność słowa.

Debata na temat "Różyczki" wciąż trwa. Powstał pewien szum, który z pewnością filmowi nie zaszkodzi, a który jednak zaczyna mnie troszkę męczyć. Nie chciałbym, aby o "Różyczce" mówiono tylko jako o filmie, który ma związek z Pawłem Jasienicą. To naprawdę film o czymś innym, o wielu innych znaczeniach, o innych warstwach. Wolałbym, żeby cała ta wrzawa ucichła, a widzowie skupili się na tym, co w nim jest naprawdę.