kino, teatr, muzyka

Kraków

Big Love ***

Paweł T. Felis
10.02.2012 , aktualizacja: 09.02.2012 12:30
A A A Drukuj
Polska 2012. Reż. Barbara Białowąs. Aktorzy: Aleksandra Hamkało, Antoni Pawlicki, Robert Gonera, Dobromir Dymecki
Wagary, pierwszy seks, pierwsza miłość - pełnometrażowy debiut Barbary Białowąs, zgodnie z tytułem, zaczyna się jak opowiadany bajkowo romans (domyślamy się, że rzecz nie dzieje się współcześnie, chociaż trudno zorientować się z początku, kiedy dokładnie): wspomnienie zapamiętanej kolorowo przeszłości, w której Emilia (Hamkało) i Maciek (Pawlicki) odgrywają idealnie mityczne role zakochanych. On jest starszy, ona dopiero uczy się życia. On wydaje się samowystarczalny, ona na samowystarczalność jest skazana - matka (dawno niewidziana w kinie Małgorzata Pieczyńska), popularna na świecie śpiewaczka, córkę widuje (i wychowuje) z doskoku. Idealna gleba na bunt i młodzieńczą rebelię, stąd ucieczka z domu, sprzeciw wobec dorosłych i wynikające stąd konsekwencje. Ale związek Emilii i Maćka trwa dłużej niż chwilę, zmienia się też w niej punkt ciężkości - to dziewczyna, która zaczyna śpiewać w psychodelicznym rockowym zespole, staje się górą, a jej chłopak proszącym o uwagę, czas i uczucia.



Niby reżyserka prowadzi narrację dwutorowo, ale szczególnie finezyjnych sposobów na to nie wybiera - od początku wiemy, że sprawa skończyła się jakimś tragicznym wydarzeniem, że konsekwencją będzie dochodzenie i więzienie, a dla tych, którzy mieliby problemy, żeby się w tym zorientować, śledczo-policyjne fragmenty zostały pokazane w czerni i bieli. Jest wreszcie w tym wszystkim psycholog tropiący prawdę, chociaż dumna postawa grającego go Roberta Gonery wskazuje raczej na mędrca, wcielenie roztropnej dojrzałości, oczywiście w kontraście do młodości "durnej i chmurnej".

Kiepsko napisany scenariusz (o dialogach nie wspominając) co chwilę wpada w pułapkę konwencji - już to romansowej, już to śledczej. Na domiar złego próżno szukać w tym ironii czy choćby nostalgicznego cudzysłowu - jesteśmy w świecie na serio, w którym każdy banał traktowany bywa z powagą godną lepszej sprawy.

Być może "Big Love" to w zamierzeniu kino popularne, skrojona pod masowego widza - jak głosi reklama - historia "miłości do utraty tchu". Dla mnie jednak nie romans jest tu najciekawszy, ale irytująca postać Emilii: dziewczyny, która dość nieudolnie próbuje traktować życie jak teatr, która zakłada kolejne maski i goni za iluzją, zakochuje się głównie w swoim wyobrażeniu miłości i dlatego w swojej trzpiotowatości może być tylko nieuleczalnie niespełniona. Szkoda, że ten najważniejszy trop - to z jego powodu trzecia gwiazdka - rozpływa się, banalizuje i puentuje w lapidarnej wypowiedzi Roberta Gonery: "Fucking big love ".

Podziel się