kino, teatr, muzyka

Kraków

Hugo i jego wynalazek *****

Paweł Mossakowski
10.02.2012 , aktualizacja: 09.02.2012 11:58
A A A Drukuj
USA 2011 (Hugo). Reż. Martin Scorsese. Aktorzy: Asa Butterfield, Chloe Grace Moretz, Ben Kingsley, Sacha Baron Cohen
Hugo i jego wynalazek
Hugo i jego wynalazek
Bardzo nietypowy film dla Martina Scorsese: zrealizowane w 3D kino familijne, ale też niestandardowe. Niby dla dzieci, ale całkiem poważne - więcej wyciągną z niego widzowie dorośli.



Bohaterem rozgrywającej się w Paryżu lat 30. historii (opartej na książce Briana Selznicka; nazwisko dobrze znane w branży filmowej) jest 12-letni Hugo (Butterfield), chłopiec osierocony i bardzo samotny, mieszkający na dworcu (właściwie pod nim, w sekretnym pomieszczeniu) i zajmujący się (niejako "w zastępstwie" wujka pijaka) konserwacją i naprawą dworcowych zegarów. Ale nie tylko tym. Hugo usiłuje też zreperować zepsutego robota pozostawionego mu przez zmarłego ojca. Do tego zaś potrzebuje części, które kradnie w punkcie naprawy zabawek prowadzonym przez starego zgorzknialca z białą brodą o nazwisku Melies (Kingsley).

Pewnego dnia Melies przyłapuje Hugo na kradzieży i choć nie wzywa dworcowego żandarma (Cohen), to za karę zabiera mu notes z cennymi technicznymi wskazówkami (również pozostawiony przez ojca). Próbując go odzyskać, Hugo poznaje córkę chrzestną Meliesa, również osieroconą Isabelle (Moretz z "Kick-Ass" i "Pozwól mi wejść"), dziewczynkę bystrą, oczytaną, ale spragnioną też prawdziwych, nie książkowych przygód. Razem udaje im się odkryć tajemnicę jej posępnego chrzestnego ojca...

Film jest połączeniem wspaniałego wizualnie spektaklu, atmosfery jak z powieści Dickensa i wyznania miłości do kina. I to starego kina, z jego pionierskiego okresu, w którym reżyser był kimś pokrewnym iluzjoniście, a rozczulające dzisiaj "efekty specjalne" miały wiele z cyrkowych sztuczek czy trików prestidigitatora. W tym sensie jest to całkiem osobisty film Scorsese, odzwierciedlający jego własną dziecięcą fascynację.

Jest też w "Hugo" spora dawka poezji typowej dla okresu, w którym rozgrywa się film, z jej fascynacją "Miastem, masą, maszyną" (że posłużę się tytułem manifestu Peipera). Zwłaszcza maszyną. Zepsute urządzenia porównywane są z ludźmi o zwichniętych losach. Zegarmistrz jest rodzajem artysty. To zauroczenie mechanizmami nie powinno dziwić: Scorsese jest twórcą starej daty, a ci pamiętają najlepiej (dla młodszych to niedostrzegalna oczywistość), że sztuka, jaką uprawiają, powstaje dzięki urządzeniu technicznemu.

Film rozkręca się dość powoli: najciekawszy robi się w drugiej połowie, gdy wychodzą na jaw ukryte związki między postaciami i wraz z małymi bohaterami odkrywamy prawdziwą tożsamość Meliesa oraz jego historię - autentycznie poruszającą. Lekki zawód przynosi Sacha Cohen, ale też rolę ma dość karkołomną: okulawiony policjant, który jest dla Hugo stałym zagrożeniem, gdyż w każdej chwili może go zawlec do sierocińca, a jednocześnie ktoś, kto - zgodnie zresztą ze swoim aktorskim temperamentem - ma zaopatrywać film w komizm; raczej średnio to razem wyszło. Scorsese jest wciąż jednym z najwybitniejszych z aktywnych zawodowo reżyserów i "Hugo" jego klasę potwierdza (nie tylko techniczną, ale i w umiejętności operowania emocjami). Powiem jednak szczerze, że wolę, gdy kręci filmy o gangsterach, a 11 oscarowych nominacji bardziej świadczy o słabości kina amerykańskiego w zeszłym roku niż o czymkolwiek innym.

Podziel się