kino, teatr, muzyka

Kraków

Kamienie na szaniec ****

Paweł T. Felis pawel.felis@agora.pl
07.03.2014 , aktualizacja: 14.03.2014 09:56
A A A Drukuj
Kamienie na szaniec

Kamienie na szaniec

Polska 2014. Reż. Robert Gliński. Aktorzy: Tomasz Ziętek, Marcel Sabat, Kamil Szeptycki, Magdalena Koleśnik, Sandra Staniszewska, Wojciech Zieliński, Andrzej Chyra, Krzysztof Globisz, Danuta Stenka, Artur Żmijewski
Nie publicystyczna czytanka, ale świetnie zrobione, chwilami przeszywające kino, które mimochodem stawia parę nieoczywistych pytań.

Pierwsze sceny to wyraźne nawiązanie do "Akcji pod Arsenałem" sprzed 37 lat: ściąganie hitlerowskich flag i rozpędzanie widzów nazistowskich kronik (u Łomnickiego wyświetlanych w kinowozie hitlerowców, u Glińskiego: w tradycyjnym kinie przed filmem z Polą Negri). Akcje Małego Sabotażu młodzi traktują jeszcze jak lekko niebezpieczną zabawę - kiedy wybijają witryny ze zdjęciami nazistów, żartują tak samo jak na tajnych kompletach czy podczas skromnych imprez. Trochę w tym brawury, trochę młodzieńczego buntu wobec powszechnej grozy, której ślady wyraźne są od początku: choćby w codziennych łapankach, które kończą się często rozstrzelaniem przypadkowych przechodniów na ulicy.



"Zośka" (Sabat), "Rudy" (Ziętek), pojawiający się wyłącznie na drugim planie "Alek" (Szeptycki) mają mniej więcej dwadzieścia lat i mnóstwo myśli zrozumiale nieposkładanych. Widać, że wyrośli na romantycznych mitach, na Słowackim i Piłsudskim, na filomackim wzorze przyjaźni doskonałej i przekonaniu, że za niepodległość trzeba zapłacić więcej niż "dwa grosze i dwie krople krwi". Wyglądają współcześnie, dbają o fryzury i ubrania, kochają się w dziewczynach i nawet - prawda, że szokujące? - nieobce im erotyczne pożądanie. Ale wojenny horror i śmierć, do pewnego momentu oglądane jakby ciągle zza szyby, okażą się brutalnie realne w momencie, gdy gestapo aresztuje Rudego.

Kto obawiał się publicystycznej czytanki, będzie miło zaskoczony: film zrobiony jest z energią i pazurem, kamera Pawła Edelmana portretuje świat w ciągłym biegu, realistyczny i zarazem dyskretnie "wystylizowany", a reżyser kapitalnie radzi sobie z młodymi, nieznanymi aktorami. "Rudy" Tomasza Ziętka jest więc sympatycznym, przystojnym wrażliwcem, któremu jak najdalej do żądzy zabijania podłych Niemców (w tym sensie ma wiele z książkowego Alka), "Zośka" w wykonaniu Marcela Sabata to typ nieco moralizatorskiego przywódcy, który do przyjętej przez siebie roli próbuje pospiesznie dorosnąć. Rozdźwięk między rzeczywistością a wyobrażeniem punktuje z kolei hipnotyczny, gitarowy temat Łukasza Targosza, który stopniowo wprowadza bardziej rozbudowane, orkiestrowe brzmienia: rzadki to u nas przykład filmowej muzyki bez łopatologii.

Środowiska harcerskie - i wnuk Aleksandra Kamińskiego - już są, jak wiadomo, oburzeni. Bo "Zośka" klnie i "wskakuje do łóżka" Hali Glińskiej, bo w "Orszy" dowodzącym Szarymi Szeregami zbyt mało "odwagi, mądrości i prawości", bo nie dość dobrze widać, że decyzje młodych brały się z harcerskich zasad "Służby i Prawości", a fabularnie zbyt daleko odszedł Gliński od pierwowzoru. Zarzuty tak absurdalne, jakby były elementem świetnie przemyślanej kampanii promocyjnej. A jednak nie są.

Po co dziś w ogóle ekranizować "Kamienie na szaniec"? Czytałem tę książkę jako dzieciak z wypiekami na twarzy, wojenne akcje i rozmyślania o "samodoskonaleniu" poruszały wtedy wyobraźnię mocniej niż przygody Indiany Jonesa. Ale Kamiński pisarzem był, delikatnie mówiąc, marnym, w "Kamieniach na szaniec" na przemian daje o sobie znać literacka nieudolność i rys szlachetnej agitki ("jeśli w jakimś człowieku zespolą się zdolności przywódcze z nieprzeciętną inteligencją i charakterem, formuje się wtedy jednostka, przed którą może nie być osiągnięć niemożliwych"). Ale też nie dziełem literackim jest ta książka, a rodzajem opartej na faktach, fabularyzowanej, dydaktycznej gawędy. Potrzebnej w czasie powstania, potrzebnej również i później. Ale dziś już - nie ma co ukrywać - papierowej.

Dzięki Bogu więc nie ma w filmie nieznośnych u Kamińskiego poetyzmów, pretensjonalnych wywodów o szlachetności cierpienia i przyjacielskiej czułości. Co nie znaczy, że wszystko się udało. Dziewczyny "Rudego" i "Zośki" są więc zadziwiająco bezbarwne, wykreowane według modelu Kamińskiego (o dziewczynie Alka: "Była rozważna, zrównoważona, skupiona, zwarta w swych myślach i zamierzeniach. Potrafiła wytworzyć wokół Alka atmosferę ciepła, serdeczności i spokoju"), nawet jeśli słaby materiał imponująco starają się ożywić Sandra Staniszewska i Magdalena Koleśnik. Czasem zdarza się reżyserowi wpaść w niepotrzebny patos ("Jestem z ciebie dumny" - mówi do sponiewieranego "Rudego" ojciec), to znów wykreować scenę kompletnie niewiarygodną. Jak ta ze ścigającym więźniarkę "Zośką", który niemal taranuje gestapowców, po czym... odjeżdża.

Najbardziej porażają oczywiście sceny tortur: "Rudy" jest przypalany i polewany wrzątkiem, kopany i bity do nieprzytomności. Ale co przeraża bardziej - ociekające krwią ciało czy psychologiczna gra z niemieckim oprawcą (demoniczny Wolfgang Boos)? I czy właśnie młodym, którzy krew i wyrywanie flaków mają na co dzień i w kinie, i w grach, ten naturalizm nie jest potrzebny, żeby wojna z dawnych lat przestała być czymś wirtualnym?

Estetyka i realizacyjny warsztat to jedno, ale Gliński subtelnie przemyca też sporo drażliwych pytań. Dlaczego próbowano ratować "Rudego", a innych nie? Czy cena zemsty na cywilach po odbiciu przyjaciela nie była zbyt wysoka? A z innej strony: czy nie zbyt długo zwlekano z decyzją o ataku, co ostatecznie w rozmowie z Kiwerskim-Chyrą szokuje nawet rzekomo zdystansowanego "Orszę" (Zieliński)?

Nie ma wątpliwości: dzięki filmowi Glińskiego dramat 20-latków z czasów II wojny ma szansę trafić do dzisiejszych nastolatków nieporównanie bardziej niż książka Kamińskiego. Również dlatego, że patriotyczne obowiązki zostają tu w pewnym sensie ujęte w nawias: w "Kamieniach..." heroizm ma twarz emocjonalnej, neurotycznej, kierującej się instynktem młodości, która racjonalnych argumentów słucha z trudem, za to lubi biec za mitem. Polska koniec końców jest tylko hasłem, znakiem, symbolem: ważniejsza od niej - pokazuje Gliński - była pokoleniowa wspólnota ludzi, którzy chcieli być lojalni przede wszystkim wobec siebie nawzajem.