Restauracja Columbus. Łącznik (już nie istnieje)
23.05.2008
, aktualizacja: 23.05.2008 11:51
A ja nie wiem, co mnie tam ciągnie. Ta ulica cała jest dziwna, niby zmieniona, ale tylko w połowie; niby taka sama, zahibernowana, ale to tylko ułuda. Prawda jest taka: wszystko już poddało się przemianom. Tylko mnie się czasem zdaje, że niektóre fragmenty tego miasta, z którym się tu wiecznie wadzę, wyłączone są spod działania czasu. Że są takie ostańce, na które nie działa nic, żaden kwas, żaden czas. Są i będą, jak były.
Ulica Starowiślna. Brudna, chaotyczna, rozdygotana tramwajem. Sypiąca się, rozpaczliwa, po podwórkach śmierdząca szczynami, oferująca SEX w sklepie specjalistycznym oraz kule dla osób kulawych. Ulica Starowiślna zapisała mi się jeszcze w pamięci Akademią Muzyczną (w której obecnie muzykują sobie co najwyżej siostry urszulanki, bo to ich budynek i go odebrały; ale ta stara Akademia, jej dziwna klatka schodowa, potem antykwariat w piwnicy - to są miejsca godne zapamiętania, godne przechowywania w puszce głowy), kawiarnią Manggha (prawie naprzeciw Akademii, taka kawiarenka właściwie niż kawiarnia pełną gębą, zawsze tam było nasmrodzone fajkami nie do wytrzymania; kawa była ohydna, ale miejsce wspaniałe dzięki ogródkowi, przez który się przechodziło), Barem Krakowskim (ciężkie zatrucie), sklepem dla plastyków, oldskulowym kinem, którego dawno już nie ma. Łatwo zauważyć: Starowiślna, o której mówię, nie istnieje już wcale albo ledwie szczątkowo.
Z mojej Starowiślnej został teatr, została cukiernia Cichowskich, zwana papieską, został bar mleczny na rogu Dietla, została lodziarnia.
Ktoś mnie kiedyś powiadomił, że się pojawiła na Starowiślnej nowa restauracja: niby nic, niby żadna nowina - ale dla mnie to sygnał, że ulica odżywa. Że się kończy okres spsienia, okres upadku; że ulica sięgnęła dna, ale się teraz od niego odbija. Knajpa nazywa się Columbus, jak hotel, którego jest częścią. Idąc od strony Rynku, jest po prawej stronie, tuż przed Miodową. Róg Miodowej - nie wiem, czy pamiętacie - to jest przystanek, miejsce handlu obwarzankami, to jest stoisko warzywne, to jest kiosk. Małomiasteczkowe handelki, choć ubrane w wielkomiejską architekturę. Tu, idąc od strony miasta, często człowiek skręca ku złemu, tu go wiedzie jakiś rozpaczliwy brak woli w stronę knajp kazimierskich. Specjalnie Wam o tym wszystkim przypominam (choć pewnie i tak lepiej o tym wiecie), żebyście docenili odwagę: rozłożyć swój kramik restauratora w takim miejscu wymaga hartu ducha. Siedzicie w restauracji - i co widać? Widać tramwaje. W tramwaju (przejdę w tym miejscu do konkretów) siedzą bliźniaczki (z samego tyłu, pod świetlistym napisem KURDWANÓW), obie są w białych szatach, w białych wiankach na głowie i obie jednakowym gestem odwracają się ku odjeżdżającemu miastu. Na chodniku ludzie pożerają lody. Po drugiej stronie ulicy z jednej kamienicy sypie się tynk, druga świeci nowością. Ta pierwsza oferuje dodatki szewskie i alkohole świata (szewc i sklep monopolowy w jednym stoją domu; ryzykowne zestawienie). Druga, ta schludniejsza i bezpłciowa, naciąga na elastyczny kredyt hipoteczny.
A w środku, szanowni Czytelnicy, rozpętała się pierwsza komunia: młody człowiek w albie przechadzał się z tatusiem w garniaku, ludzie znudzeni imprezą odczytywali napisy z butelek; no, słowem, było jak na pierwszej komunii. Samo wnętrze stonowane, zadbane (choć ja bym się nie obraził, gdyby jeszcze suche kwiaty z tego wnętrza wywalić), ciemne stoliki, jasne obrusy, krzesła w skórze. Zanurzyłem się w karcie - mimo unowocześnień, mimo odmłodzeń raczej domowej kuchni bez szaleństw, przeważnie mięsnej. Jak mięsa, to mięsa: na pierwsze poszło carpaccio, talerz cieniutko krojonej, surowej wołowiny. Dwie osoby wzięły jedną porcję na dwoje i ta decyzja, choć nieświadoma, była wyrazem głębokiej mądrości: porcja była olbrzymia. Nie było to carpaccio bardzo klasyczne, bo grubo posypane parmezanem w płatkach, kaparami, pieprzem tłuczonym, drobniutko siekaną czerwoną cebulą, z dodatkiem rukoli. No i mięso ożyło - choć wyraźnie dopiero wyjęte z lodówki, choć dopiero co zaczęło oddychać, już zaczęło łapać smaki, kojarzyć się w pary, dzięki delikatnym ostrościom dodatków o różnym natężeniu (Pomyślałem sobie, że to bardzo przyjemnie, że coraz częściej kombinują u nas szefowie kuchni z klasycznymi daniami).
Przystawka była duża, a drugie dania olbrzymie. Polędwiczki wieprzowe w sosie serowym to potężna porcja soczystego mięsa w jasnym sosie, który zdradza obecność pleśniowego sera. Kompozycja trafiona, choć bardzo spokojna; a do tego wybór dodatków (talerz podsmażanych ziemniaków, znów potężny, nie do przejedzenia) i warzywa gotowane - jak to warzywa gotowane. Więc widzicie: wielkie porcje mięsa w sosie serowym, podsmażane ziemniaki; to nie jest kuchnia dla osób na ścisłej diecie. Dla pozostałych - czysta przyjemność.
Powalczyłem też z kaczką. Ptak był taki, jak powinien, czyli miękki, czyli zrumieniony, czyli pachnący kaczką (bo przypomnijcie sobie te szarobure mięsiwa, które po setnym podgrzaniu nie wiadomo już za bardzo, czym są. Ozorem? Sztuką mięsa?). Kaczkę w Columbusie podają z chutneyem (czyli po polsku ćatni), ale ten sos wydał mi się nieco mdły, niezbyt kaczkę zachęcał do najwyższych lotów. Za to grillowane warzywa bardzo mi się spodobały, było ich sporo, szczególnie zaś doceniłem obecność czerwonej cebuli, która w tej postaci smakuje wybornie.
To jeszcze nie są wyżyny wyżyn, ale kuchnia właściwie bez zarzutu. Mają też w Columbusie lunche po dwadzieścia parę złotych; warto się kiedyś wybrać. Z przyjemnością stwierdzam, że to kolejny już hotel, który obowiązkowej restauracji nie traktuje jak kuli u nogi, tylko tak jak trzeba: normalnie, restauracyjnie. Jest też Columbus próbą połączenia miasta z Kazimierzem. I dobrze. Bo kto to widział, żeby marnować taki szmat miasta, żeby spisywać na straty niebrzydką ulicę tylko dlatego, że zaniedbana?
Restauracja Columbus, ul. Starowiślna 57
Niedzielny obiad dla dwojga, z deserem, bez wina - 133,50 zł. No, tanio nie jest.
Z mojej Starowiślnej został teatr, została cukiernia Cichowskich, zwana papieską, został bar mleczny na rogu Dietla, została lodziarnia.
Ktoś mnie kiedyś powiadomił, że się pojawiła na Starowiślnej nowa restauracja: niby nic, niby żadna nowina - ale dla mnie to sygnał, że ulica odżywa. Że się kończy okres spsienia, okres upadku; że ulica sięgnęła dna, ale się teraz od niego odbija. Knajpa nazywa się Columbus, jak hotel, którego jest częścią. Idąc od strony Rynku, jest po prawej stronie, tuż przed Miodową. Róg Miodowej - nie wiem, czy pamiętacie - to jest przystanek, miejsce handlu obwarzankami, to jest stoisko warzywne, to jest kiosk. Małomiasteczkowe handelki, choć ubrane w wielkomiejską architekturę. Tu, idąc od strony miasta, często człowiek skręca ku złemu, tu go wiedzie jakiś rozpaczliwy brak woli w stronę knajp kazimierskich. Specjalnie Wam o tym wszystkim przypominam (choć pewnie i tak lepiej o tym wiecie), żebyście docenili odwagę: rozłożyć swój kramik restauratora w takim miejscu wymaga hartu ducha. Siedzicie w restauracji - i co widać? Widać tramwaje. W tramwaju (przejdę w tym miejscu do konkretów) siedzą bliźniaczki (z samego tyłu, pod świetlistym napisem KURDWANÓW), obie są w białych szatach, w białych wiankach na głowie i obie jednakowym gestem odwracają się ku odjeżdżającemu miastu. Na chodniku ludzie pożerają lody. Po drugiej stronie ulicy z jednej kamienicy sypie się tynk, druga świeci nowością. Ta pierwsza oferuje dodatki szewskie i alkohole świata (szewc i sklep monopolowy w jednym stoją domu; ryzykowne zestawienie). Druga, ta schludniejsza i bezpłciowa, naciąga na elastyczny kredyt hipoteczny.
A w środku, szanowni Czytelnicy, rozpętała się pierwsza komunia: młody człowiek w albie przechadzał się z tatusiem w garniaku, ludzie znudzeni imprezą odczytywali napisy z butelek; no, słowem, było jak na pierwszej komunii. Samo wnętrze stonowane, zadbane (choć ja bym się nie obraził, gdyby jeszcze suche kwiaty z tego wnętrza wywalić), ciemne stoliki, jasne obrusy, krzesła w skórze. Zanurzyłem się w karcie - mimo unowocześnień, mimo odmłodzeń raczej domowej kuchni bez szaleństw, przeważnie mięsnej. Jak mięsa, to mięsa: na pierwsze poszło carpaccio, talerz cieniutko krojonej, surowej wołowiny. Dwie osoby wzięły jedną porcję na dwoje i ta decyzja, choć nieświadoma, była wyrazem głębokiej mądrości: porcja była olbrzymia. Nie było to carpaccio bardzo klasyczne, bo grubo posypane parmezanem w płatkach, kaparami, pieprzem tłuczonym, drobniutko siekaną czerwoną cebulą, z dodatkiem rukoli. No i mięso ożyło - choć wyraźnie dopiero wyjęte z lodówki, choć dopiero co zaczęło oddychać, już zaczęło łapać smaki, kojarzyć się w pary, dzięki delikatnym ostrościom dodatków o różnym natężeniu (Pomyślałem sobie, że to bardzo przyjemnie, że coraz częściej kombinują u nas szefowie kuchni z klasycznymi daniami).
Przystawka była duża, a drugie dania olbrzymie. Polędwiczki wieprzowe w sosie serowym to potężna porcja soczystego mięsa w jasnym sosie, który zdradza obecność pleśniowego sera. Kompozycja trafiona, choć bardzo spokojna; a do tego wybór dodatków (talerz podsmażanych ziemniaków, znów potężny, nie do przejedzenia) i warzywa gotowane - jak to warzywa gotowane. Więc widzicie: wielkie porcje mięsa w sosie serowym, podsmażane ziemniaki; to nie jest kuchnia dla osób na ścisłej diecie. Dla pozostałych - czysta przyjemność.
Powalczyłem też z kaczką. Ptak był taki, jak powinien, czyli miękki, czyli zrumieniony, czyli pachnący kaczką (bo przypomnijcie sobie te szarobure mięsiwa, które po setnym podgrzaniu nie wiadomo już za bardzo, czym są. Ozorem? Sztuką mięsa?). Kaczkę w Columbusie podają z chutneyem (czyli po polsku ćatni), ale ten sos wydał mi się nieco mdły, niezbyt kaczkę zachęcał do najwyższych lotów. Za to grillowane warzywa bardzo mi się spodobały, było ich sporo, szczególnie zaś doceniłem obecność czerwonej cebuli, która w tej postaci smakuje wybornie.
To jeszcze nie są wyżyny wyżyn, ale kuchnia właściwie bez zarzutu. Mają też w Columbusie lunche po dwadzieścia parę złotych; warto się kiedyś wybrać. Z przyjemnością stwierdzam, że to kolejny już hotel, który obowiązkowej restauracji nie traktuje jak kuli u nogi, tylko tak jak trzeba: normalnie, restauracyjnie. Jest też Columbus próbą połączenia miasta z Kazimierzem. I dobrze. Bo kto to widział, żeby marnować taki szmat miasta, żeby spisywać na straty niebrzydką ulicę tylko dlatego, że zaniedbana?
Restauracja Columbus, ul. Starowiślna 57
Niedzielny obiad dla dwojga, z deserem, bez wina - 133,50 zł. No, tanio nie jest.
