kino, teatr, muzyka

Kraków

Leonardo. Kiedy nadchodzi czarna godzina

Wojciech Nowicki
19.06.2008 , aktualizacja: 19.06.2008 17:07
A A A Drukuj
Wystarczy wyjść z domu, żeby się przekonać: lato jest. Jest lato i chce się doznań pozytywnych. Koniec z marudzeniem, z jęczeniem, z denną i senną atmosferą. Płaszcze odrzućmy, zrzućmy ciężkie skóry, pokażmy się nago na Floriańskiej ulicy. No, Czytelnicy drodzy, nie ukrywam, że poszedłbym wreszcie w jakieś miejsce i pobył zadowolony. Ostatnio się jakoś nie udaje.
Ale mam ukryte karty w rękawie - parę restauracji zachowanych na czarną godzinę. Nie chodzę do nich z wyrachowania, odkładam je sobie na później. Czekam, aż mnie dorwie smutek. Wtedy (ale dopiero wtedy) wybieram sobie jedną z nich, i się napawam. I jest mi dobrze.

Ostatnio chodziłem po knajpach i wracałem struty. Co to się porobiło, że nigdzie dobrze zjeść nie mogę, a jeśli już - to po chwili szczęścia ktoś mi psuje apetyt, bo podwyższa ceny? Że smaki mi się wydają mdłe albo dziwacznie zestawione? Mam cichutką teorię na ten temat: im więcej próbujemy (a nabieramy doświadczenia, choćby chodząc po ulicy), tym bardziej francuskie robią się z nas pieski. Trochę się robimy jak chiński cesarz - codziennie mamy tysiąc dań do wyboru i niełatwo nas czymś zachwycić. Musi być wybornie, niezwykle, najlepiej; dobrze, żeby było do tego dekadencko i drogo, i żeby ingrediencje były rzadkie. Wtedy nam smakuje i wtedy doceniamy. Niełatwo nas zachwycić tak po prostu. Dawno minęły te czasy.

Więc rękaw, rękaw koniecznie, i jakiś as z niego. Pierwszy z brzegu as nazywa się Leonardo Ristorante, lokal w piwnicy przy ulicy Szpitalnej. Tak się złożyło, że sam nigdy tam jeszcze nie byłem. Więc unosiła mnie lekka podnieta i czułem zadowolenie, że się wreszcie skończy pasmo gastronomicznej udręki.

Leonardo mieści się w piwnicy; ale byłem gotów zapłacić tę cenę. Tym łatwiej mi to przyszło, że kamienica jest odnowiona, i w piwnicy można się spodziewać wszelkich udogodnień. Kiedy tylko oślepione oczy zaczęły przywykać do półmroku bramy, zacząłem dostrzegać w zadziwieniu kolejne nawarstwienia. Na sam początek krucyfiks, a poniżej tabliczka z napisem: "Kamienicę Pod Słońcem przy ulicy Szpitalnej 20/22 w Krakowie poświęcił Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Tadeusz Pieronek", i data, i podpis: "Członkowie Wspólnoty Mieszkaniowej". Ech, krakowska tytułomania, Wielkie Litery, Krucyfiksy i Daty. Ogarnia człowieka wzruszenie. Ale czy wiedział Ksiądz Biskup, że kładzie moralne podwaliny pod zakład tatuażu - nieco głębiej w bramie - z hasłem "beautiful pain" w podtytule? W bramie kamienicy ogarnia kakofonia, skaczą do gardła kolory, ozdoby, ozdóbki, przedobrzenia. Uciekłem do piwnicy.

Szast-prast, stanęły talerze. Zupa rybna ("w aromacie rozmarynu z pomidorami i cebulką") bardzo czerwona, bo z pomidorami, bardzo gęsta, bo wypełniona kawałkami pomidora, kawałkami cebuli (nie cebulki, tylko cebuli) i łososia - a więc taki rybny bulion, delikatny, z dodatkami. Bardzo przyzwoita zupa, dość esencjonalna, tyle że zupełnie, ale to zupełnie nieprzyprawiona. Bo tych trzech listków rozmarynu nie liczę, one nie dawały za wiele aromatu, wyglądały nieszczególnie, a do spożycia się nie nadają. No i - ale nie zmuszam nikogo, żeby się tu ze mną zgadzał - łososia mam już absolutnie dość. Ten łosoś wszędzie i do wszystkiego, łosoś jako synonim ryby powoli zaczyna mnie denerwować. A do zupy wracając: niezgorsza była, domowa, delikatna i rybna. Ale żadne tam cudo; może przydałby się jej jakiś dodatek? Może świeży pieprz albo szafran? Drugi w kolejności był krem cebulowy, równie delikatny i spokojny, z odrobinką sera grana padano startego na drobne wiórki (płatki na pewno byłyby lepsze), z grzankami. No, też domowa zupa, łatwo idąca w zapomnienie. Dobra, nie pyszna. Zwykła.

Po zupach przyszła pora na zastanowienie. Na rozglądanie. Na wizualne rozkosze. A więc się rozglądaliśmy, zastanawialiśmy się, ale rozkosz, cóż, rozkosz na pstrym koniu jeździ, i czemuś nie nadchodziła. Leonardo jest jak każda inna restauracja w tym mieście (z paroma chwalebnymi wyjątkami) - wypełniona wszystkim, co ma się kojarzyć przytulnie: kutymi żyrandolami, koszami i gąsiorami, i oczywiście suszkami wszelkiej maści - a razem z suszkami wisi szynka u powały; ooo, gdyby wisiał tam cały las szynek, jak mi się na południu Europy zdarzało widzieć, to bym docenił; ale suszona roślinność i szynka to zestaw nie do strawienia. Ja gąsiorom i suszkom i żyrandolom, i w ogóle całemu temu badziewiu mówię stanowcze nie.

Kiedy nadeszły dania drugie, przy sąsiednim stoliku jakaś para akurat prowadziła ożywczą rozmowę o zakupie Bentleya. Uwielbiam podsłuchiwać ludzi z takimi problemami. Uwielbiam być informowany (nolens volens) o życiu innych ludzi, przelotnie dzielących ze mną przestrzeń życiową. Dziobałem więc widelcem w strawie, a oni żywo dyskutowali o swoich preferencjach automobilowych. Makaron - zielone tagliatelle z krewetkami - całkiem był smaczny, al dente, obficie zlany maślanym sosem z dodatkiem chili; tylko czemuś cudowne rozmnożenie krewetek za sprawą pokrojenia ich na kawałki niezbyt przypadło mi do gustu. Ale to tagliatelle to danie godne polecenia. Więcej kłopotów sprawiła polędwiczka wieprzowa w bakłażanie, podana w sosie z szałwią i kurkami. Polędwiczka znakomita - owinięta w plastry bakłażana, różowa, soczysta, krucha. Ale te dodatki, te marchwie na parze doskonale nijakie, te ziemniaki okropne, pozbawione smaku - to jest do takiego mięsa wstyd i poruta. Wreszcie spróbowałem ryby, a był to, choć trudno uwierzyć, okoń morski w maśle imbirowo-limonkowym. Uwierzyć trudno, bo w sosie trudno się czegokolwiek domyślać prócz masła; a ryba, ten okoń morski, smakuje doskonale obojętnie, i do złudzenia przypomina pstrąga z patelni. Na miejscu szefa długo czerwieniłbym się za takie danie.

Leonardo asem nie jest; i tylko smutek bierze, jak niewiele czasu było trzeba, żeby z restauracji-gwiazdorki zejść na poziom przeciętny.

Trzy osoby bez alkoholu 172 złote. Może być dużo drożej.

Podziel się