kino, teatr, muzyka

Kraków

Restauracja Floriańska. Wnyki

Wojciech Nowicki
06.07.2009 , aktualizacja: 06.07.2009 20:43
A A A Drukuj
Było tak, szanowne i szanowni, że wyszedłem w niedzielę, poszedłem pod halę na Grzegórzkach, żeby się unurzać w wyciągniętych ze śmietnika pozostałościach czyjegoś żywota. Wracałem z torbą pełną łupów, syty przemyśleń i doznań, ale z pustym brzuchem.
No i zdarzyło się tak, że szedłem ulicami świętego Krzyża, świętego Marka, aż wylądowałem na Floriańskiej, tym ponurym jarmarku, budzie pełnej fakirów, zaludnionej przez cudotwórców sprzedających maść na czyraki tudzież Cyganów z patelnią i nożem. Była Floriańska w pełnej krasie, do życia wybudzona, rozszalała, w furii; była rozogniona, prawdziwą wielkością wielka i patetycznie przy tym mała i swojska.

No i jeszcze jedno: Floriańska to jest ulica, gdzie jeść nigdy nie warto. Przez tę ulicę warto chyżo przebiec, żeby sprawdzić, czy się nic nie zmieniło, czy nadal stoi Brama Floriańska, czy się nie zawalił Dom Matejki (i nie zawalił się, Bogu dzięki, stoi, tylko jest dla ludności zamknięty) - ale jeść, o nie, broń was Panie Boże! Raz udawałem przed sobą, że nie pamiętam o tej zasadzie, raz zaciągnąłem własną rodzinę (niech mi będzie odpuszczone) do piwnicy, gdzieś niedaleko Rynku, bo powstała tam winiarnia. Niczego wam nie oszczędzę: najpierw trzeba się przedrzeć przez kebabiarnię w bramie. Smród taki, że ryżową szczotką nie zedrzesz. Siedzą smutni jacyś panowie z byczymi karkami (stąd zwani karkami, nie bez racji), wyżerają lepką treść ze środka buły, cuchnie czosnkiem i spalonym mięsem niewiadomego pochodzenia, cuchnie ludzką obecnością i zwierzęcym szczątkiem. Ohydnie jest, co tu dużo mówić. Ale - załóżmy - mamy dzień uparty, no i brniemy dalej. Schody, piwnica; jest tłum, gwar, przyjemnie. Przychodzi pan, cały we wdzięcznych podskokach. "Czy mogę prosić o kartę?", pytam. "JA jestem państwa żywą kartą", odpowiada mizdrzący-się-człowiek, "ja na wszystkie pytania odpowiem". I zaczyna: "tu mamy naszą wspaniałą dwudziestkę dziewiąteczkę, tak nazwaną, bo kieliszek kosztuje dwadzieścia dziewięć złotych". I w tym guście oprowadza, cytując bzdety z podręczników dla bzdeciarzy, te wszystkie bzy czarne, asfalt, skórę albo kocie siki rozwijające się w siano i kwiat lotosu - słowem, zaklęcia wykute na pamięć z folderów winnych handlarzy. A karty w tym zakładzie nie ma, bo - jak uważają - za dużo win się przewija, żeby był sens drukować. Ile win mają? Trzydzieści, czterdzieści butelek. Nie znam tego pana, ufać mu nie mam powodu; wolę kilka kartek na ksero i własne rozeznanie. Śmiechu warta ta winiarnia, niewarta smrodu z kebaba.

O tym nie pamiętałem, kiedy podeszła do nas na Floriańskiej urocza panna, miła, i zaproponowała obiad w Restauracji Floriańska, na piętrze. Nie pamiętałem, bo nie jestem pamiętliwy. Raz-dwa byliśmy już w sali od ulicy. Notuję, co widziałem na własne oczy: widok z okna zasłaniają festony lampek choinkowych (jest miesiąc lipiec, kiedy to czytacie), w środku ciemno, ponuro, mazie z szablonów wymalowane na złoto; trochę ramek złotych, a w tych ramkach kopie zdjęć Krakowa. Słowem, byłoby fajnie, gdyby nie ta nieprawdziwość bijąca z każdego kąta. Ale pal licho dekor, pal licho wszystko: głodny byłem, rzuciłem się zamawiać.

Zaczęliśmy jak prawdziwi Słowianie - od zupy. To była "szafranowo-pomidorowa zupa z ryb morskich podawana z szyjkami rakowymi", z nazwy tylko, bo szyjki rakowe najwyraźniej gdzieś przepadły po drodze. Zupa pomidorowa z rybą, z nadmiarem szafranu - tego byle jakiego, który daje kolor, ale na smak nie wpływa. Zupa zawiodła, ale była jadalna; tyle że jak na niewielką porcję cholernie droga. Potem poszliśmy po całości: "carpaccio z wędzonej gęsi podawane z rukolą i orzeszkami sosny". Carpaccio to są plastry cieniutkie jak woal, najczęściej skropione oliwą, podawane z parmezanem. A nasza gęś była jak kotlet gruba, ledwie rozmrożona - zimna jak lód i obficie tryskała wodą; pyszne mięso, ale fatalnie podane, aż miałem ochotę złoić skórę kucharzowi. Ani kropli oliwy do tego, cztery listki rukoli i rozmokłe w gęsiowej wodzie orzeszki pinii. PINII, do cholery, a nie sosny - bo orzeszki pinii to są nasiona sosny pinia, a sosna to jest sosna - zwyczajna, polska, nasza.

Na drugie pierwszy był wienerschitzel z pieczonymi ziemniakami: po polsku się nie doczytacie, ale to oczywiście nie jest cielęcina (a jedyny prawdziwy wienerschnitzel jest z cielęciny), tylko "pork chop", czyli kotlet wieprzowy. Stuprocentowo zwyczajny: niespecjalnie wielki, za tłusty, ale zwyczajnie dość dobry; jadalny od początku do końca i z pewnością wart swojej ceny (bo jest w karcie lunchowej i kosztuje mniej niż inne dania). Ziemniaki do niego, jak to mawiają, niekalibrowane - ósemki przeróżnej wielkości, upieczone w sam raz. Tak się tu o tym rozpisuję, bo potem...

Bo potem nadeszło coś, co ochrzciliśmy „jadłem drwala”; dawali takie koszmary w przydrożnych zajazdach za komuny: byle jakie mięso pocięte na kawały, w sosie, bure i niesmaczne. We Floriańskiej za jadło drwala robi maczanka po krakowsku („Old-Polish style »Maczanka po krakowsku «” bełkocze karta i zrozum coś tu z tego, Angolu). Wygląda to tak: czerstwa i spieczona kromka bułki, twarde jak podeszwa mięcho bez smaku, wokół zbrylony sos pomidorowy („sos myśliwski”, poucza karta) z korniszonami. Masz wroga? Zaproś go na maczankę. Dusi cię życie? Weź dwie. Cóż to za ohyda, cóż to rzygowe szczyty... Tak się tym napawaliśmy, żeśmy prawie nie zauważyli skromnego makaronu, który wjechał na stół i stał sobie z boku niemal nienaruszony. Rozmemłana papka dla niemowląt „z sosem z suszonych pomidorów, szpinaku i sera coregio” (correggio, moim zdaniem; cóż z tego, kiedy jego smak się roztapia w morzu śmietany) gorsza była nawet od maczanki. Nie pomogły ani sól, ani pieprz, ani słowne zachęty: danie odjechało w czeluści; może zasmakuje świniom.

"W niepowtarzalny sposób łączymy polską tradycję kulinarną ze smakiem kuchni Fusion", powiada strona internetowa restauracji. Sposób, rzeczywiście, niepowtarzalny: zwabić, złupić i śmiać się do rozpuku.

Restauracja Floriańska, ul. Floriańska 43

Trzy osoby, prawie 140 zł. Brrrr.

Podziel się