Barolo Lunch Bar. Jeszcze o przemianach (sierpień 2009)
06.08.2009
, aktualizacja: 06.08.2009 22:08
Spragniony jestem miasta, bo ledwie do niego wróciłem: więc chodzę, zaglądam, świeżym okiem oceniam. Miasto - duszne, w te dni pełne słonecznego jadu, dni sercowych chorób i sercowych perypetii - zdaje się pustawe, potem pęcznieje niespodziewanie, bucha wieczorami jak jakaś śródziemnomorska piazza, co wypalona i biała, a z nastaniem mroku raptem ludna i rubaszna.
Wypatruję znajomych: pochowali się po jakiś dziurach, nie dzwonią; dopiero wieczorami wylegają, piją, weselsi niż zwykle, mniej zblazowani, niekrakowscy. (I pomyśleć, że gdyby nie w Polsce leżał, tylko gdzieś dalej na Południu, mógłby być Kraków właśnie taki na co dzień).
Wystarczy, że gdzieś pojadę na tydzień, a muszę na nowo zajść we wszystkie kąty, porozsiadać się w kawiarniach, zlustrować ulice od strony kulinarnej. Zaglądam w różne miejsca, bo mi się wydaje, że na pewno powstały nowe knajpy, że wreszcie będzie można zjeść jakieś dania z krajów, z których właśnie przyjechałem. Tak mam i wcale się nie wstydzę. Zazwyczaj wracam z obchodu zawiedziony. Ale tym razem, czytelniczki drogie i drodzy czytelnicy, miasto przeszło samo siebie. Zmieniło się. Skóry kolejne zrzuca i przywdziewa nowe.
O zrzucaniu skór dowiedziałem się przypadkiem, na kawie. Kawa była u Zalipianek, bo (powtarzać nigdy dosyć) to jest miejsce oldskulowe, gdzie nikt przypadkiem nie zajdzie. Tu spotykają się osiemdziesięciolatkowie, żeby sobie powtórzyć jak mantrę wszystkie seksualne podboje, żeby odświeżyć w pamięci krzyże miłosnej zasługi. Tu zajdzie na zupę sprzedawca fałszowanych oscypków; do tego nasz dwuosobowy klub dyskusyjny. I tak między colą i kawą, między plotką a plotką, gruchnęła wieść - taka mianowicie, że tracimy siedzibę. Bo kryzys światowy, bo ceny skaczą jak szalone, bo Zalipianki won. A cóż mnie obchodzi, że prawa rynku?! Ja swoje miejsce tracę. Rodacy, nieszczęście się staje.
Dla równowagi będzie o skórze nowej. O ulicy Zwierzynieckiej już pisałem: że się zrobiła ulicą banków, że miejską tkankę dotknęła martwica. Teraz coś się wysiewa między marmurowymi płytami, coś wyrasta i rozsadza zabudowę. Ot, niewielkie rzeczy, na słupie ktoś zamieści napis: "Ludzie pogardzający alkoholem i łajdactwem, i nieprawością są wielkimi bohaterami. Homosexualizm jest grzechem". Wam się wydać może, że to jest napis osoby niezrównoważonej, która swoje credo wypisała na słupie; ale, z drugiej strony, jest ten napis oznaką życia. Albo takie ogłoszenie: "Zginęła papuga. Ptak ten nie ma dużej wartości finansowej, ale dla mnie jest bezcenny"; do tego zdjęcie papugi na ręce brodacza o nagim, gęsto zarośniętym torsie. To też znak, że tu żyją ludzie, że mają swoje problemy, i te banki, które na całej ulicy się porozpychały są dla nich jak powietrze niewidoczne.
Na Zwierzyniecką poszedłem sprawdzić, jak się miewa nowa knajpa sushi; ale w oknie siedział tylko jeden smutny obywatel w garniturze, w typie, do którego nie mam zaufania. Więc wszedłem obok, do nowiuteńkiego lokaliku pod nazwą Barolo Lunch Bar - i niech was ta nazwa nie zmyli, bo mają tu też sklep. Lokal na nową modłę zrobiony, jasny i przejrzysty, zachęcający. Karta z tych bardzo krótkich, lunchowych - żadnych wielkich dań, żadnej wielkiej kuchni, tylko proste dania do przegryzienia na jednej nodze; marzy mi się takie miejsce na co drugim rogu.
Spróbowałem sałatek - i choć bardzo przyjemnie wyglądają, to są to sałatki gotowce, takie mieszanki sałatkowe z worka, bardzo skądinąd przyjemne, ale nużące. Do tej sałatowej bazy dorzucają w Barolo klasyki włoskiej konserwy: karczochy, pomidory suszone; znakomite rzeczy. I choć w sałatce szpinakowej nie ma szpinaku, to jest w niej sporo świetnego suszonego pomidora. Konserwowe dodatki wszystko tu ratują, bo bezdyskusyjnie są Włosi mistrzami konserwy. Dają tu także typowe włoskie dania szybkie - są zapiekane kanapki panini; wzięliśmy z mortadelą (a ta mortadela z pistacjami). Kanapka wielka, ale włoska mortadela to jest bardzo smakowity aromatyczny kąsek, który nawet przez wielką górę chleba się przebije; a tu jej smak został wzbogacony o pesto. No, mortadelę włoską to ja mogę pożerać tonami...
Ale w karcie wyłowiłem od razu terriny, czyli zapiekanki o nazwach mi bliskich - wziąłem kelnerkę na spytki, żeby się dowiedzieć, czym się wyróżnia zapiekanka piccante. Okazało się, że pikantny ma być w niej ser. Nie był. Kromki bułki, sery, włoska szynka, oliwa, no i te dodatki. Zapiekanki są właściwie identyczne, zmienia się jedynie główny dodatek; wszystko dobre, ale nie da się tak jeść zbyt często.
Tak sobie myślałem, ale zezowałem za plecy: tam są półki ze wszelakim dobrem. Przyszedłem do Barolo, bo mi ktoś powiedział, że tam mają bottargę, suszona ikrę, którą się dodaje do makaronu (a on wtedy bucha aromatem morza). Ja, drogie i drodzy, sklepy z bottargą z góry szanuję i cenię. Ta tutejsza jest sprzedawana w słoiczkach (wolę prasowaną, którą można podawać również krojoną w plastry, na przystawkę). To nie jest tania przyjemność - za słoiczek trzeba zapłacić trzydzieści parę złotych, więc na razie od kupna odstąpiłem. No, ale jest wreszcie bottarga w Krakowie. Są na półkach wina (w tytułowe Barolo), są przetwory. Puszka włoskich pomidorów za 1,70! Boska cena. Wspaniałe, soczyste zielone oliwki, z tych wielkich, które mają smak własny, niepowtarzalny, lekko podrasowany dodatkiem octu w zalewie. A karczochy, znakomite, jędrne, w oleju z oliwą! A grzybki, w podobny sposób przyrządzane! Nawiasem mówiąc, o wiele lepszy ten sposób niż polski, skutecznie zabijający smak grzyba. A na koniec mój faworyt absolutny - lampascioni, grillowane cebulki dzikiego hiacynta w zalewie z oliwy; pisząc to do was, wyjadam końcówkę ze słoiczka, udając przed sobą, że to dla dobra sprawy. Znakomita rzecz, podobna do szalotki. Mają tu jeszcze makarony, mają sosy i pasty, mają jakieś wędliny - i do tego wszystkiego, nie do wiary, rozsądne ceny.
Więc choć kuchnia na razie nie poraża, to Barolo zachęca do kombinowania na własną rękę: wino kupić, makaron ugotować, skubnąć trochę włoskich dodatków - i już jest lepiej. Czego wszystkim życzę.
Barolo Lunch Bar, ul. Zwierzyniecka 23
Obfity lunch dla trojga plus zakupy na później - 167,01 zł
Wystarczy, że gdzieś pojadę na tydzień, a muszę na nowo zajść we wszystkie kąty, porozsiadać się w kawiarniach, zlustrować ulice od strony kulinarnej. Zaglądam w różne miejsca, bo mi się wydaje, że na pewno powstały nowe knajpy, że wreszcie będzie można zjeść jakieś dania z krajów, z których właśnie przyjechałem. Tak mam i wcale się nie wstydzę. Zazwyczaj wracam z obchodu zawiedziony. Ale tym razem, czytelniczki drogie i drodzy czytelnicy, miasto przeszło samo siebie. Zmieniło się. Skóry kolejne zrzuca i przywdziewa nowe.
O zrzucaniu skór dowiedziałem się przypadkiem, na kawie. Kawa była u Zalipianek, bo (powtarzać nigdy dosyć) to jest miejsce oldskulowe, gdzie nikt przypadkiem nie zajdzie. Tu spotykają się osiemdziesięciolatkowie, żeby sobie powtórzyć jak mantrę wszystkie seksualne podboje, żeby odświeżyć w pamięci krzyże miłosnej zasługi. Tu zajdzie na zupę sprzedawca fałszowanych oscypków; do tego nasz dwuosobowy klub dyskusyjny. I tak między colą i kawą, między plotką a plotką, gruchnęła wieść - taka mianowicie, że tracimy siedzibę. Bo kryzys światowy, bo ceny skaczą jak szalone, bo Zalipianki won. A cóż mnie obchodzi, że prawa rynku?! Ja swoje miejsce tracę. Rodacy, nieszczęście się staje.
Dla równowagi będzie o skórze nowej. O ulicy Zwierzynieckiej już pisałem: że się zrobiła ulicą banków, że miejską tkankę dotknęła martwica. Teraz coś się wysiewa między marmurowymi płytami, coś wyrasta i rozsadza zabudowę. Ot, niewielkie rzeczy, na słupie ktoś zamieści napis: "Ludzie pogardzający alkoholem i łajdactwem, i nieprawością są wielkimi bohaterami. Homosexualizm jest grzechem". Wam się wydać może, że to jest napis osoby niezrównoważonej, która swoje credo wypisała na słupie; ale, z drugiej strony, jest ten napis oznaką życia. Albo takie ogłoszenie: "Zginęła papuga. Ptak ten nie ma dużej wartości finansowej, ale dla mnie jest bezcenny"; do tego zdjęcie papugi na ręce brodacza o nagim, gęsto zarośniętym torsie. To też znak, że tu żyją ludzie, że mają swoje problemy, i te banki, które na całej ulicy się porozpychały są dla nich jak powietrze niewidoczne.
Na Zwierzyniecką poszedłem sprawdzić, jak się miewa nowa knajpa sushi; ale w oknie siedział tylko jeden smutny obywatel w garniturze, w typie, do którego nie mam zaufania. Więc wszedłem obok, do nowiuteńkiego lokaliku pod nazwą Barolo Lunch Bar - i niech was ta nazwa nie zmyli, bo mają tu też sklep. Lokal na nową modłę zrobiony, jasny i przejrzysty, zachęcający. Karta z tych bardzo krótkich, lunchowych - żadnych wielkich dań, żadnej wielkiej kuchni, tylko proste dania do przegryzienia na jednej nodze; marzy mi się takie miejsce na co drugim rogu.
Spróbowałem sałatek - i choć bardzo przyjemnie wyglądają, to są to sałatki gotowce, takie mieszanki sałatkowe z worka, bardzo skądinąd przyjemne, ale nużące. Do tej sałatowej bazy dorzucają w Barolo klasyki włoskiej konserwy: karczochy, pomidory suszone; znakomite rzeczy. I choć w sałatce szpinakowej nie ma szpinaku, to jest w niej sporo świetnego suszonego pomidora. Konserwowe dodatki wszystko tu ratują, bo bezdyskusyjnie są Włosi mistrzami konserwy. Dają tu także typowe włoskie dania szybkie - są zapiekane kanapki panini; wzięliśmy z mortadelą (a ta mortadela z pistacjami). Kanapka wielka, ale włoska mortadela to jest bardzo smakowity aromatyczny kąsek, który nawet przez wielką górę chleba się przebije; a tu jej smak został wzbogacony o pesto. No, mortadelę włoską to ja mogę pożerać tonami...
Ale w karcie wyłowiłem od razu terriny, czyli zapiekanki o nazwach mi bliskich - wziąłem kelnerkę na spytki, żeby się dowiedzieć, czym się wyróżnia zapiekanka piccante. Okazało się, że pikantny ma być w niej ser. Nie był. Kromki bułki, sery, włoska szynka, oliwa, no i te dodatki. Zapiekanki są właściwie identyczne, zmienia się jedynie główny dodatek; wszystko dobre, ale nie da się tak jeść zbyt często.
Tak sobie myślałem, ale zezowałem za plecy: tam są półki ze wszelakim dobrem. Przyszedłem do Barolo, bo mi ktoś powiedział, że tam mają bottargę, suszona ikrę, którą się dodaje do makaronu (a on wtedy bucha aromatem morza). Ja, drogie i drodzy, sklepy z bottargą z góry szanuję i cenię. Ta tutejsza jest sprzedawana w słoiczkach (wolę prasowaną, którą można podawać również krojoną w plastry, na przystawkę). To nie jest tania przyjemność - za słoiczek trzeba zapłacić trzydzieści parę złotych, więc na razie od kupna odstąpiłem. No, ale jest wreszcie bottarga w Krakowie. Są na półkach wina (w tytułowe Barolo), są przetwory. Puszka włoskich pomidorów za 1,70! Boska cena. Wspaniałe, soczyste zielone oliwki, z tych wielkich, które mają smak własny, niepowtarzalny, lekko podrasowany dodatkiem octu w zalewie. A karczochy, znakomite, jędrne, w oleju z oliwą! A grzybki, w podobny sposób przyrządzane! Nawiasem mówiąc, o wiele lepszy ten sposób niż polski, skutecznie zabijający smak grzyba. A na koniec mój faworyt absolutny - lampascioni, grillowane cebulki dzikiego hiacynta w zalewie z oliwy; pisząc to do was, wyjadam końcówkę ze słoiczka, udając przed sobą, że to dla dobra sprawy. Znakomita rzecz, podobna do szalotki. Mają tu jeszcze makarony, mają sosy i pasty, mają jakieś wędliny - i do tego wszystkiego, nie do wiary, rozsądne ceny.
Więc choć kuchnia na razie nie poraża, to Barolo zachęca do kombinowania na własną rękę: wino kupić, makaron ugotować, skubnąć trochę włoskich dodatków - i już jest lepiej. Czego wszystkim życzę.
Barolo Lunch Bar, ul. Zwierzyniecka 23
Obfity lunch dla trojga plus zakupy na później - 167,01 zł
