Just Salad's i Pudełko. Befsztyk z kapusty
09.10.2009
, aktualizacja: 09.10.2009 13:21
Nie chce mi się po raz enty dowcipkować na temat tego czym są, a czym nie są wegetarianie. Nie jedzą mięsa, trudno, ich sprawa, ich strata. Ze mną jest inaczej: ja - uwaga, wyznanie - mam często bezmięsne okresy, szczerze mówiąc mięso w domu jadam rzadko. Ale nie z powodu jakiejś wiary, bo nie uważam, że bezmięsne jest lepsze od krwistego; nie wierzę i już.
Ale jak już ochota przyjdzie, to strzeżcie się, wieprze, drżyjcie, owce, dziki, krowy; kiedy nadejdzie godzina, wystrzegajcie się topora kury; zwiewajcie przed nożem kaczki. Bo niechybnie poleje się krew, i to szeroka strugą. Tyle na temat mojej wiary w wyższość roślino- nad mięsożerstwem.
A kiedy już jestem w nastroju niemięsnym, to wcale nie idę do restauracji czy baru, gdzie wrzeszczą o swojej moralnej wyższości i sprzedają ideę na kilogramy. Idę do restauracji po prostu, restauracji bez przymiotników, i wybieram na co mam akurat ochotę. Na przykład jakiś makaron albo warzywo. No bo, gdzie w Krakowie może pójść taki prawdziwy wyznawca bezmięsia? Pójdzie pewnie do Vegi (jednej albo drugiej) na breję z soi i na te ich sałatki moknące w cieczy; pójdzie do baru GreenWay, żeby najeść się trociniastych wytworów myśli podkuchennej; albo wali do Momo, gdzie od lat straszy to samo menu, bo przecież wciąż przychodzą ludzie i zmieniać nic nie warto. I to by było na tyle. Jasno z tej wyliczanki wynika, że niełatwo być w naszym mieście jaroszem.
No i łup: w czasie - który dość ogólnikowo nazwę ostatnim - przybyło nam tych wege- i ekoprzybytków. Kazimierzowi w prezencie dostały się dwa. Zacznę od Just Sald's (pomyłka w nazwie lokalu śmieszna, ale, niestety, nie moja) na placu Wolnica, koło Antonio Caffé. Wchodzę, patrzę, uwierzyć nie mogę - to nareszcie prawdziwy bar sałatkowy, taki bar eko, częściowo mięsny co prawda, ale z hasłem szczytnym zapisanym w podtytule "styl życia zgodny z naturą". Bar, który nareszcie nie wygląda jak indyjski sklep, tylko jest pomieszczeniem profesjonalnie zaprojektowanym, czystym i pachnącym. Świeżo tu jest, zachęcająco - z tym może wyjątkiem, że Szymon Majewski ryczy z wielgachnej plazmy. Ale mniejsza o Majewskiego: w karcie siedemdziesiąt dziewięć sałatek do wyboru i kanapki na dokładkę.
Oto zamówienia. Numer jeden: sałata "Odetta" - "mix sałat, salami, jajko, awokado, czerwona fasola". Numer dwa: "Gregorio" - "mix sałat, makaron, łosoś wędzony, pomidor, czerwona cebula, cytryna, sos jogurtowy, świeżo mielony pieprz". Ja to może opiszę razem, bo nie ma sensu wdawać się w szczegóły. W tym ślicznym barze, takim, jaki mógłby działać w stolicach świata, jako sałatę dostaje się górę mieszaniny bez smaku. Wszystkie składniki rozdrobnione jak dla wróbelka albo starca bezzębnego, niczym nie przyprawione, puste, mdłe, nijakie. Lepiej byłoby napchać sobie brzuch sianem. A dodam, że kiedy doszło do płacenia, zajrzałem do pojemników ze składnikami: och, miłe moje, i wy, mniej mili, czegóż tam nie było, jakich cudów! Nawet groszek z puszki, bo jak powszechnie wiadomo - z puszki jest o wiele lepszy.
O dwa kroki od tego lokalu, na Meiselsa, pokazało się (chyba na nowo? nie pamiętam już dokładnie) Pudełko, restauracja i bar w jednym, restauracja wege - ale taka dla nie-do-końca-zdecydowanych i kuchnię lubiących, a nie samą ideę; bo są tu dania tajskie, wietnamskie, są różniste różności ze wszystkich stron świata, tylko bez mięsa. Za to (bo przecież musi być jakaś cena do zapłacenia) jest owo Pudełko przystrojone w piórka lokali ideowych, w różne durnostojki przyozdobione, w maski afrykańskie poobwieszane, w Buddę na oknie bogate. Trudno. Zamykamy oczy i zamawiamy.
Oto lista detaliczna tego, cośmy zjedliśmy tamtego popołudnia. Po pierwsze wietnamskie sakiewki dim-sum, czyli pierożki z masą warzywną smażone na głębokim tłuszczu. Dzięki temu zabiegowi pierożki są złociste, pięknie chrupiące, w smaku zaś głęboko tłuszczowe (temperatura niewłaściwa!). Niezapomniany smak. Na szczęście w Pudełku do pierożków podają sałatkę z kapusty, więc można ten tłuszcz jakoś spłukać. Po drugie zjedliśmy tajskie spring rollsy, wypełnione makaronem mian xian (takie anielskie włosy): w tym do sakiewek podobne, że też wyłącznie tłuszczem smakują, trudno przecież, żeby nabrały smaku od makaronu. Na szczęście, drogie i drodzy, podają do nich sałatkę z kapusty. Po trzecie spróbowaliśmy koreańskich placków warzywnych o smaku (rzecz zabawna) tłustych, polskich placków ziemniaczanych, choć są w nich przecież różne warzywa. A ponieważ ten smak nieco jednostajny - to podają do nich sałatkę z kapusty, dla urozmaicenia. W końcu spożyliśmy wegetariańską jambalayę, czyli coś w rodzaju paelli z Luizjany, w której zwykle jest mięso, owoce morza, ryż i pomidory - no wiecie, takie danie, od którego się dostaje świra z pożądania. A ponieważ mięso jest w tym Pudełku zakazane, to jambalaya jest - nie zgadniecie - z kapusty. Może to niekoszerne, co powiem, ale ja tam wolę krewetki.
I wiecie co? Siedziałem tak sobie smętnie w tym Domu Kapusty, naprzeciw okna, z widokiem na witrynę sklepu mięsnego Szubryt, i tak mi się potwornie mięsa zachciało... Albo przypraw chociaż jakichś, albo sensu w tym gotowaniu. Zapłaciłem, wyszedłem; na rogu Bożego Ciała, w oknie sklepu zoologicznego stało sobie pudełko z karmą makaronową dla papug w wersji pikantnej ("Mexican Spicy noodle mix"). Wierzę, że to o wiele lepsze niż kuchnia w Pudełku.
Jeszcze - nie daruję sobie - parę słów podsumowania. Dwie knajpy, jedna dość ładna, druga dość okropna; w obu w sprzedaży jest idea. Taka mianowicie, że trawa jest cacy, a mięso be. To zwalnia z dbałości o smaki, bo to przecież dla wyznawców, nie dla smakoszy przeznaczone.
Pudełko, ul Meiselsa 11
Trzy osoby, 57 zł
Just Salad's, pl. Wolnica 13
Dwie osoby, dwie sałatki i jedna herbata, 51 zł
A kiedy już jestem w nastroju niemięsnym, to wcale nie idę do restauracji czy baru, gdzie wrzeszczą o swojej moralnej wyższości i sprzedają ideę na kilogramy. Idę do restauracji po prostu, restauracji bez przymiotników, i wybieram na co mam akurat ochotę. Na przykład jakiś makaron albo warzywo. No bo, gdzie w Krakowie może pójść taki prawdziwy wyznawca bezmięsia? Pójdzie pewnie do Vegi (jednej albo drugiej) na breję z soi i na te ich sałatki moknące w cieczy; pójdzie do baru GreenWay, żeby najeść się trociniastych wytworów myśli podkuchennej; albo wali do Momo, gdzie od lat straszy to samo menu, bo przecież wciąż przychodzą ludzie i zmieniać nic nie warto. I to by było na tyle. Jasno z tej wyliczanki wynika, że niełatwo być w naszym mieście jaroszem.
No i łup: w czasie - który dość ogólnikowo nazwę ostatnim - przybyło nam tych wege- i ekoprzybytków. Kazimierzowi w prezencie dostały się dwa. Zacznę od Just Sald's (pomyłka w nazwie lokalu śmieszna, ale, niestety, nie moja) na placu Wolnica, koło Antonio Caffé. Wchodzę, patrzę, uwierzyć nie mogę - to nareszcie prawdziwy bar sałatkowy, taki bar eko, częściowo mięsny co prawda, ale z hasłem szczytnym zapisanym w podtytule "styl życia zgodny z naturą". Bar, który nareszcie nie wygląda jak indyjski sklep, tylko jest pomieszczeniem profesjonalnie zaprojektowanym, czystym i pachnącym. Świeżo tu jest, zachęcająco - z tym może wyjątkiem, że Szymon Majewski ryczy z wielgachnej plazmy. Ale mniejsza o Majewskiego: w karcie siedemdziesiąt dziewięć sałatek do wyboru i kanapki na dokładkę.
Oto zamówienia. Numer jeden: sałata "Odetta" - "mix sałat, salami, jajko, awokado, czerwona fasola". Numer dwa: "Gregorio" - "mix sałat, makaron, łosoś wędzony, pomidor, czerwona cebula, cytryna, sos jogurtowy, świeżo mielony pieprz". Ja to może opiszę razem, bo nie ma sensu wdawać się w szczegóły. W tym ślicznym barze, takim, jaki mógłby działać w stolicach świata, jako sałatę dostaje się górę mieszaniny bez smaku. Wszystkie składniki rozdrobnione jak dla wróbelka albo starca bezzębnego, niczym nie przyprawione, puste, mdłe, nijakie. Lepiej byłoby napchać sobie brzuch sianem. A dodam, że kiedy doszło do płacenia, zajrzałem do pojemników ze składnikami: och, miłe moje, i wy, mniej mili, czegóż tam nie było, jakich cudów! Nawet groszek z puszki, bo jak powszechnie wiadomo - z puszki jest o wiele lepszy.
O dwa kroki od tego lokalu, na Meiselsa, pokazało się (chyba na nowo? nie pamiętam już dokładnie) Pudełko, restauracja i bar w jednym, restauracja wege - ale taka dla nie-do-końca-zdecydowanych i kuchnię lubiących, a nie samą ideę; bo są tu dania tajskie, wietnamskie, są różniste różności ze wszystkich stron świata, tylko bez mięsa. Za to (bo przecież musi być jakaś cena do zapłacenia) jest owo Pudełko przystrojone w piórka lokali ideowych, w różne durnostojki przyozdobione, w maski afrykańskie poobwieszane, w Buddę na oknie bogate. Trudno. Zamykamy oczy i zamawiamy.
Oto lista detaliczna tego, cośmy zjedliśmy tamtego popołudnia. Po pierwsze wietnamskie sakiewki dim-sum, czyli pierożki z masą warzywną smażone na głębokim tłuszczu. Dzięki temu zabiegowi pierożki są złociste, pięknie chrupiące, w smaku zaś głęboko tłuszczowe (temperatura niewłaściwa!). Niezapomniany smak. Na szczęście w Pudełku do pierożków podają sałatkę z kapusty, więc można ten tłuszcz jakoś spłukać. Po drugie zjedliśmy tajskie spring rollsy, wypełnione makaronem mian xian (takie anielskie włosy): w tym do sakiewek podobne, że też wyłącznie tłuszczem smakują, trudno przecież, żeby nabrały smaku od makaronu. Na szczęście, drogie i drodzy, podają do nich sałatkę z kapusty. Po trzecie spróbowaliśmy koreańskich placków warzywnych o smaku (rzecz zabawna) tłustych, polskich placków ziemniaczanych, choć są w nich przecież różne warzywa. A ponieważ ten smak nieco jednostajny - to podają do nich sałatkę z kapusty, dla urozmaicenia. W końcu spożyliśmy wegetariańską jambalayę, czyli coś w rodzaju paelli z Luizjany, w której zwykle jest mięso, owoce morza, ryż i pomidory - no wiecie, takie danie, od którego się dostaje świra z pożądania. A ponieważ mięso jest w tym Pudełku zakazane, to jambalaya jest - nie zgadniecie - z kapusty. Może to niekoszerne, co powiem, ale ja tam wolę krewetki.
I wiecie co? Siedziałem tak sobie smętnie w tym Domu Kapusty, naprzeciw okna, z widokiem na witrynę sklepu mięsnego Szubryt, i tak mi się potwornie mięsa zachciało... Albo przypraw chociaż jakichś, albo sensu w tym gotowaniu. Zapłaciłem, wyszedłem; na rogu Bożego Ciała, w oknie sklepu zoologicznego stało sobie pudełko z karmą makaronową dla papug w wersji pikantnej ("Mexican Spicy noodle mix"). Wierzę, że to o wiele lepsze niż kuchnia w Pudełku.
Jeszcze - nie daruję sobie - parę słów podsumowania. Dwie knajpy, jedna dość ładna, druga dość okropna; w obu w sprzedaży jest idea. Taka mianowicie, że trawa jest cacy, a mięso be. To zwalnia z dbałości o smaki, bo to przecież dla wyznawców, nie dla smakoszy przeznaczone.
Pudełko, ul Meiselsa 11
Trzy osoby, 57 zł
Just Salad's, pl. Wolnica 13
Dwie osoby, dwie sałatki i jedna herbata, 51 zł
