kino, teatr, muzyka

Kraków

Virtuoso. Mocarella Pana Kuleczki

Wojciech Nowicki
26.01.2010 , aktualizacja: 26.01.2010 12:28
A A A Drukuj
Minęły wszystkie święta. Dzień był bajkowo śnieżny, ludzie siedzieli po domach, skonani zbyt długim odpoczynkiem. Jak już wyszli ze swoich nor, wyglądali jak zjawy z innych światów, zadziwione tym co dookoła.
ZOBACZ TAKŻE
Na wysokości Pałacu Sztuki widziałem Krystiana Lupę w kurtce puchowej, z kapturem ciasno na głowie zamotanym, z rozdziawionymi ustami. Był wpół zgięty, jakby nie szedł spacerkiem przez mroźne miasto, lecz się przedzierał przez nawałnicę i stawiał czoła wichurze. Szedł, w końcu przystanął. Głowę zadarł. Omiótł miasto spojrzeniem. Postał, pomedytował, poszedł dalej. Zniknął w milczeniu, w rzadkim, popadującym śniegu. No ale to był Lupa Krystian, jemu wolno.

Powariowało miasto. Powariowali mieszczanie. Siedzieli gdzieś pochowani, Lupa się przedzierał. W kawiarniach były pustki, muzyka cicha, okres przejściowy. Nad kawą myślałem, jak by tu zacząć nowy rok z kopyta. Żeby było z przytupem. Żeby wam tu - czytelniczki piękniejsze i droższe, i wy, czytelnicy mniej piękni, ale też drodzy - odtańczyć krzesanego, na rozgrzewkę.

Pomysł nadszedł w poniedziałek. Nie będzie ważenia racji, dzielenia włosa na czworo. Będzie tak-tak, nie-nie, żadnego biadolenia. Pójdę do knajpy, która przysłała kiedyś zaproszenie. Nazywa się Virtuoso i rozsyła wszędzie tak zwane informacje i kryptoreklamy (na portalach kulinarnych niby-klienci pieją nad niby-nie-kolegami, niby-nie-menedżerowie rozwodzą się nad zaletami niby-nie-swojego miejsca pracy. To nic, że kłamstwo, to jest gorzej, bo wiocha).

Na reklamie Virtuoso pucułowaty mężczyzna w kucharskim ubraniu trzyma sztućce na wysokości twarzy, jakby chciał sobie zrobić korektę nosa za pomocą widelca i noża. Hasło też mają niezwykłej urody, literacko uwodzące (uważajcie, moje panny, można się rozmarzyć). Brzmi następująco: "Virtuoso. Pascal Kuleczko gotuje...". To brzmi tak, co najmniej, jakby gotowała jakaś, bo ja wiem, angielska królowa gastronomii - a ja, przyznam, nie wiem, kim jest Pan Kuleczko (ale niestrudzony internet przynosi odpowiedź: "Szef kuchni Pascal Kuleczko to brukselczyk z polskimi korzeniami. Jego pasja do gotowania powstała już we wczesnym dzieciństwie. Imię Pascal wszystkim kojarzy się głównie ze znanym kucharzem z programu telewizyjnego. W przypadku Pana Pascala Kuleczko zgadza się tylko wielkie zamiłowanie do gotowania". No to już wiecie). I, zważcie, te trzy kropeczki, to aksamitne zawieszenie frazy, ta ręka na karku położona i baryton ciepły sączy do ucha, że to sam Pan Kuleczko... gotuje... To ja może pozwolę sobie na szczyptę niepoprawności i powiem wszem i wobec, że nie jest, niestety, Kuleczko nazwiskiem przesadnie znanym. Więc po cholerę ten nacisk? Z jakiej, pytam się, przyczyny? I co gotuje Kuleczko Pascal, skoro na każdej reklamie restauracji Virtuoso szczerzy do mnie sztućce, a ja mam lekką obawę, że sobie nimi oko wydłubie? Tego właśnie byłem ciekaw, udając się na spacer Rynkiem, w chwilach zwątpienia zwanych również Głównym Mordorem.

Restauracja jest cała czarna i biała, lśniąca, połyskliwa, bardziej w stylu klubowym. Dwie sale (a dokładniej rzecz ujmując - korytarz ze stolikami i sala). Osób: zero. Kuleczki nie widać, co i dobrze, bo w kuchni pewnie siedzi (tak sobie myślę). Karta włoska, zaprawiona ludowymi mądrościami - jeśli ktoś potrzebuje, za pieniądze mogę takich pisać na kopy. Dowiedzieć możemy się z karty na przykład, że dania pierwsze jadają Włosi, żeby zabić pierwszy głód; ciekawe.

Wielkie talerze, do tego papierowe obrusiki i serwetki z tych najtańszych; a w karcie byki gonią byki. A jakże, "tagiatelle", a pewnie, "kalamry" i ryż "bosmati", i - czemu nie? - "mocarella" (słowniczek dla opornych: tagliatelle, kalamary, basmati, mozzarella). (Ja w takich chwilach oczy zamykam i czekam na zbawienie). Kelner, miły skądinąd, komentuje zamówienie tym pełnym wyższości "doskonały wybór, proszę pani", które sprawia, że skorupa mego serca zamyka się z trzaskiem.

Poszliśmy w zupy, bo mróz (bo Krystian Lupa walczący z demonami, bo wściekłość i wrzask). Zupa serowa na białej powierzchni miała ciemne smugi; wyobraziłem sobie, że to może być sos winny albo ocet z Modeny. Nic z tych rzeczy. Niezbyt ciekawą serową maźnięto po wierzchu sosem sojowym. Równie dobrze można zalać maggi. Zupa rybna z Gallipoli (mądrość z karty: "zupy rybne są pasją Włochów, są elementem łączącym zróżnicowaną regionalną kuchnię włoską") miała kolor brudny, smak niejasny, była doskonale byle jaka. Była też niekoszerna: spodziewałbym się małży - zwykłych, sercówek, małży Wenus; a tu zwykła miazga bez ładu i składu, krewetki, małże odskorupione. Jeśli to ma być dobra restauracja, to takie zupy nie uchodzą.

Na drugie wzięliśmy kotlet po mediolańsku, czyli kotlet cielęcy panierowany - świetny, duży, bez dwóch zdań; jak to kotlet. Zamówiłem też najdroższe danie w karcie, jak mi się wydaje: "tournedos Rossini". To zawsze jest danie drogie, bo jest bezczelnie luksusowe: na grzance kładzie się polędwicę wołową usmażoną na maśle, nakrywa plastrem foie gras, dodaje plasterki trufli i podaje z sosem na maderze. Polędwica, jak to polędwica, ma różne stopnie wysmażenia, w Virtuoso takie pytanie w ogóle nie pada, więc trudno darmo, dostaję wysmażoną na kość, z grzankami po obu stronach mięsa. Zamiast najdroższych składników, czyli foie gras i trufli, jest w Virtuoso szynka i ser. To nie jest złe danie, drodzy moi, ale usuwanie trufli i gęsich wątróbek do niczego dobrego nie prowadzi - pieczona szynka parmeńska, pieczona mozzarella to zupełnie inne rejestry.

Dodam jeszcze, że jedzenie podają na talerzach wielkich jak lodowisko i bardzo artystycznie. Pięknie to wygląda (żadnej ironii proszę się nie dopatrywać): są maźnięcia sosu, są łódki z liścia czerwonego radicchio, wypełnione po brzegi zielenią (ale z bliska widać, niestety, że to zdechła rukola, której nawet kijem bym nie tknął); no i jedzenie niezbyt ciepłe. A ponieważ było obiecane, że się cackał nie będę, to Pana Kuleczko pozdrawiam, ale za jedzenie dziękuję. To zupełnie nie to.

Ristorante Virtuoso,

Rynek Główny 44 Dwie osoby przejadły 163 zł. Frytki 15 zł. Jest duch w narodzie.

Podziel się