Improwizowane odloty Stockhausena i Sendeckiego
2010-08-02
, aktualizacja: 02.08.2010 20:20
Ponad godzinna suita kapitalnej improwizacji z dźwiękami ziemi, świata, kosmosu i Warszawskiej Jesieni - trębacz Markus Stockhausen oraz pianista Władysław "Adzik" Sendecki zagrali na XV Letnim Festiwalu Jazzowym w Piwnicy pod Baranami
ZOBACZ TAKŻE
- Rojek: Czerpię przyjemność z zarażania muzyką innych (04-08-10, 18:24)
"Adzika" Sendeckiego mieliśmy już okazję poznać na tej imprezie. Rok temu koncertował ze znakomitym NDR Big Bandem, w tym roku prezentował już swój solowy projekt "Solo Piano at Schloss Elmau", występował z Markiem Bałatą, a 18 sierpnia zagra jeszcze z Bobby McFerrinem i wspomnianym big bandem.
Stockhausena na krakowskim festiwalu i w ogóle w naszym mieście jeszcze nie było. Wydarzenie więc niepowtarzalne. Tym bardziej, że kojarzony zarówno ze światem XX-wiecznej muzyki poważnej (prawykonywał wiele dzieł swego ojca Karlheinza Stockhausena), jak też nowoczesnego jazzu i world music (zespoły Lichtblick, Eternal Voyage, Electric Treasures) trębacz jest obecnie jednym z najbardziej wszechstronnych i rozchwytywanych artystów w Europie. Podczas niedzielnego koncertu w Muzeum Manggha postanowił zaprezentować muzykę totalnie improwizowaną na trąbkę, fortepian i tysiące brzmień elektrycznych.
Zaczęło się od szmerów, szumów, ledwie słyszalnych fal niskich dźwięków i jednorodnej, ciemnej plamy brzmieniowej - to komputer i instrumenty klawiszowe Sendeckiego. Na ich tle Stockhausen malował po chwili kolejne obrazy dźwiękowe. Trzymając trąbkę w jednej ręce, drugą sterował elektroniką. Przestery, echa, modulacje dźwięku, oktawery - w zależności od nastroju czy kształtu frazy zmieniał towarzyszące i modyfikujące naturalny dźwięk trąbki efekty. Najważniejsze jednak, że ani przez chwilę nie dał nam poczuć ich przesytu. Bo elektroniczne zabawki może dziś zdobyć właściwie każdy muzyk, ale tylko ci najlepsi potrafią się nimi naprawdę bawić. W przypadku Stockhausena elektroniczne efekty to jednak nie wszystko. Artysta zachwycał też rewelacyjną techniką, improwizacyjną pomysłowością i pięknym, naturalnym dźwiękiem, którego nie zastąpi żadne urządzenie.
W klimat ten znakomicie wkomponował się Sendecki, co mogło zaskoczyć szczególnie tych, którzy słyszeli jego solowy koncert parę tygodni temu. Grając na fortepianie, laptopie i elektrycznych klawiszach, wyczarowywał symfonię kosmicznych dźwięków i odgłosów. Raz idealnie współgrając z trębaczem, innym razem świetnie go kontrapunktując.
Ponad godzinna improwizowana suita ani na chwilę nie straciła napięcia. Mocno rytmiczna, szalona we free jazzowych odlotach, bądź awangardowo dysonująca niczym na Warszawskiej Jesieni brzmiała spójnie i emocjonująco.
Nic dziwnego. Scenariusz ten obaj muzycy mają już dobrze sprawdzony w formacji Electric Treasures. Analogii było zresztą całkiem sporo: styl gry, rodzaj brzmienia i ekspresji - by wymienić tylko te najważniejsze. Szkoda, że organizatorom festiwalu nie udało się sprowadzić całego zespołu, z basistą Arildem Andersenem i perkusistą Patricem Heralem. Stockhausen i Sendecki poradzili sobie w duecie. Ich koncert był genialny. Ale wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby zagrali w komplecie.
tomasz.handzlik@krakow.agora.pl
Stockhausena na krakowskim festiwalu i w ogóle w naszym mieście jeszcze nie było. Wydarzenie więc niepowtarzalne. Tym bardziej, że kojarzony zarówno ze światem XX-wiecznej muzyki poważnej (prawykonywał wiele dzieł swego ojca Karlheinza Stockhausena), jak też nowoczesnego jazzu i world music (zespoły Lichtblick, Eternal Voyage, Electric Treasures) trębacz jest obecnie jednym z najbardziej wszechstronnych i rozchwytywanych artystów w Europie. Podczas niedzielnego koncertu w Muzeum Manggha postanowił zaprezentować muzykę totalnie improwizowaną na trąbkę, fortepian i tysiące brzmień elektrycznych.
Zaczęło się od szmerów, szumów, ledwie słyszalnych fal niskich dźwięków i jednorodnej, ciemnej plamy brzmieniowej - to komputer i instrumenty klawiszowe Sendeckiego. Na ich tle Stockhausen malował po chwili kolejne obrazy dźwiękowe. Trzymając trąbkę w jednej ręce, drugą sterował elektroniką. Przestery, echa, modulacje dźwięku, oktawery - w zależności od nastroju czy kształtu frazy zmieniał towarzyszące i modyfikujące naturalny dźwięk trąbki efekty. Najważniejsze jednak, że ani przez chwilę nie dał nam poczuć ich przesytu. Bo elektroniczne zabawki może dziś zdobyć właściwie każdy muzyk, ale tylko ci najlepsi potrafią się nimi naprawdę bawić. W przypadku Stockhausena elektroniczne efekty to jednak nie wszystko. Artysta zachwycał też rewelacyjną techniką, improwizacyjną pomysłowością i pięknym, naturalnym dźwiękiem, którego nie zastąpi żadne urządzenie.
W klimat ten znakomicie wkomponował się Sendecki, co mogło zaskoczyć szczególnie tych, którzy słyszeli jego solowy koncert parę tygodni temu. Grając na fortepianie, laptopie i elektrycznych klawiszach, wyczarowywał symfonię kosmicznych dźwięków i odgłosów. Raz idealnie współgrając z trębaczem, innym razem świetnie go kontrapunktując.
Ponad godzinna improwizowana suita ani na chwilę nie straciła napięcia. Mocno rytmiczna, szalona we free jazzowych odlotach, bądź awangardowo dysonująca niczym na Warszawskiej Jesieni brzmiała spójnie i emocjonująco.
Nic dziwnego. Scenariusz ten obaj muzycy mają już dobrze sprawdzony w formacji Electric Treasures. Analogii było zresztą całkiem sporo: styl gry, rodzaj brzmienia i ekspresji - by wymienić tylko te najważniejsze. Szkoda, że organizatorom festiwalu nie udało się sprowadzić całego zespołu, z basistą Arildem Andersenem i perkusistą Patricem Heralem. Stockhausen i Sendecki poradzili sobie w duecie. Ich koncert był genialny. Ale wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby zagrali w komplecie.
tomasz.handzlik@krakow.agora.pl






