Limboski: Swoje fado gram
2011-01-26
, aktualizacja: 26.01.2011 18:10
Pośród artystów nominowanych w tegorocznych Kulturalnych Odlotach znalazł się Limboski - pieśniarz, muzyk, kompozytor i autor tekstów. Trudno go namierzyć, na Myspace jako miejsce zamieszkania podaje: Kraków/Warszawa/Lizbona.
ZOBACZ TAKŻE
- Wystawy są po to, by poddawać je krytyce (04-02-11, 04:00)
- Pieniążek do szuflady za dobrą wróżbę (31-01-11, 22:00)
- Fundamenty dawnego Krakowa w podziemiach Rynku (31-01-11, 12:00)
- Odlotowa reaktywacja festiwalu Muzyka i Świat (31-01-11, 10:00)
- Fabryka na Zabłociu - klub zapowiedzianej śmierci (29-01-11, 11:00)
- Kulturalne Odloty. Festiwal filmowy na piątkę (28-01-11, 21:00)
- Muse na Coke. Naszym celem było dogonić Europę (26-01-11, 12:25)
- Kolekcja to czyjaś myśl, którą otrzymujemy w spadku (22-01-11, 12:00)
- Kulturalne Odloty. Kobieca twarz Krakowa (20-01-11, 13:28)
- Kulturalne Odloty. Dziewczyna w potarganych rajtuzach (17-01-11, 00:00)
Jerzy Armata: Pierwszą płytę "Czarny kolczyk" nagrałeś jako Limbo. Co oznacza to słowo?
Limboski: Limbo ma różne znaczenia. W „Boskiej komedii” Dantego to był krąg piekielny dla nieochrzczonych dziatek. Ale jest to też taki taniec hawajski, gdzie tańczy się pod poprzeczką z naszyjnikiem z kwiatów i z drinkiem z parasolką w ręku. To jest też moja ksywa. Śpiewałem również taką piosenkę - wariacja na temat rytmu „Bo Diddley”, którą nazwałem „Limbo” Ostatecznie to była głupia piosenka - tekst bez sensu, bełkot Ale rzadko można usłyszeć na żywo rytm „Bo Diddley”, więc jakoś to się podobało
Teraz występujesz jako Limboski. Skąd ta zmiana?
- Limbo jako zespół przestał fermentować. Dużo różnych spraw się popieprzyło Ostatecznie zdecydowałem się wyruszyć na poszukiwanie nowego brzmienia i nowej odsłony swoich piosenek. Limbo był moim projektem od początku, ale też od początku harmonijka "Wiśni" [Łukasza Wiśniewskiego - przyp. red.] nadawała temu konkretne brzmienie, i to się zrosło. Wiedziałem, że to, co się pojawi w następnej odsłonie, będzie inne, ale też będą to nadal te piosenki. W końcu zdecydowałem, że zmienię nazwę, ale tak żeby było wiadomo, że to ja. Limbo mi brzmiał trochę za amerykańsko - Limboski jest polski, ale tak dziwnie polski, niepolski Boski Limboski tkwi w zawieszeniu pomiędzy kroczek w przód, kroczek w tył, trochę taki, trochę taki i tak dalej.
Zaczynałeś od bluesa, grałeś wtedy z jednym z naszych najlepszych harmonijkarzy Łukaszem Wiśniewskim. Rozstałeś się z "Wiśnią" i z bluesem też. Czemu?
- Z "Wiśnią" się poprztykaliśmy prywatnie, tak po chłopięcemu. On jest geniuszem, naprawdę. Mam nadzieję, że zanim umrę, będzie mi dane jeszcze z nim pograć. Ale "Cafe Brumba" to płyta, której bym nie nagrał z "Wiśnią" i tyle. Skąd pomysł, że rozstałem się z bluesem? Nadal gram bluesa, szczególnie na koncertach solowych. Nie gram już tylu coverów, standardów bluesowych co dawniej, ale mam swoją historię do śpiewania. Po co mam wykorzystywać czyjeś piosenki, jeśli mam własne historie? Co innego, gdy gram dla innej publiczności niż polska, wtedy blues jest jakimś medium, wspólnym mianownikiem, wszyscy go znają. Zresztą jestem tak przesiąknięty bluesem, że jak tylko zaczynam pisać piosenkę po angielsku, to już pachnie bluesem. Czy na "Cafe Brumba" nie ma bluesa?
Jest, ale w mniejszych ilościach niż na poprzednich płytach. Czy zgadzasz się z powiedzeniem Williego Dixona, że blues to korzenie, a reszta muzyki tylko owoce?
- Nie do końca, pomimo miłości do jego muzyki. Idiom muzyki bluesowej to też pewna postawa czarnych artystów, którzy byli ostro, hmmm że tak powiem, marginalizowani przez białych. To jest idiom, folklor, to jest cały sztafaż tekstów, gestów i cała ta otoczka. Ale jak się mieszka w Polsce w 2011 roku, to można sobie darować, bo tutaj to już tylko poza. Blues na pewno jest korzeniem dla całej muzyki angloamerykańskiej, wszystko, co powstało w Stanach w XX wieku, ma korzenie w bluesie. Ale z drugiej strony nie ma co wycierać sobie buzi bluesem, jeśli się nie ma nic ciekawego do powiedzenia w muzyce. Muzyka jest wszędzie. W Indiach mają swojego bluesa, Eskimosi mają swojego bluesa. To jest temat długi Zależy, czy mówimy o pewnej estetyce w muzyce, czy mówimy o feelingu, o melancholii...
Jak określiłbyś muzykę, którą pomieściłeś na najnowszej płycie "Cafe Brumba"?
- To jest trudna, ciężka, męcząca muzyka. Polecam najpierw przegrać od znajomego, żeby nie wyrzucić pieniędzy w błoto... Poważnie to uważam, że jest treściwa - zresztą jak ja się umęczyłem, jak ją robiłem, ileż wspomnień! Spędziłem zimę w Warszawie, wtedy jak drechy cholerne zabiły policjanta na przystanku, to ja jeździłem wkoło na salkę do prób z laptopem i drżałem, że mi się coś stanie w tej Warszawie. Takoż dla przyzwoitości powiedzmy, że jest niezła. Tylko, że ona jest taka jak ja - na początku sprawia złe wrażenie, niestety, ale potem to już tylko ambrozja...
Niektórzy słyszą już tę ambrozję podczas pierwszego przesłuchania. Twoje inspiracje muzyczne?
- World music, Indie, dużo gram na gitarze różnych rzeczy. Gram na sitarze. Trochę elektroniki, pewnie dlatego, że nie umiem jej zagrać ani zaśpiewać. Różne nowości, muzyka z daleka raczej. Poza tym co jakiś czas wracam do różnych wielkich postaci, np. Nusrat Fateh Ali Khan. Słucham sobie i myślę: "Dlaczego ktoś się nagle pojawia z takim głosem, z taką siłą w sobie, że nawet będąc z innej kultury, nie rozumiejąc słów, jestem pod takim wrażeniem? O co w tym chodzi?".
A Tom Waits?
- Dla mnie to największy żyjący artysta piosenki. Można nagrać jedną dobrą płytę, napisać ze dwie piosenki, które zostaną zapamiętane. Ale tyle? Tyle genialnych ballad, tyle poezji, jakie historie Poza tym - oczywiście - ideał, jeśli chodzi o dobieranie muzyków i produkcję własnych płyt. Jest w stanie przekonać do siebie takie nazwiska, jak Marc Ribot, Greg Cohen, nawet Keith Richards! I potem te płyty tak brzmią. Geniusz.
Wszyscy piszą o miłości, ale ty robisz to często w dość niekonwencjonalny sposób, jak choćby w "Czarnym Otellu", gdy jednym z wierzchołków uczuciowego trójkąta czynisz zakochanego w swym panu kota.
- To autentyczna historia rodzinna! I to był duży kot podobno, w dodatku cała historia wydarzyła się na wsi w dużym domu Pojawiło się wiele plotek z drugiej ręki - kot nie czytał Szekspira, co najwyżej czuł zapach książki na palcach swego pana. Tak czy inaczej targnęła nim namiętność. Już wcześniej nie miałem zaufania do kotów. Z drugiej strony ładnie wyglądają...
Bohaterem - utrzymanych w poetyce nowoorleańskich marszów - "Spacerów" jest pies. Skąd ten mocny animalistyczny nurt w twej twórczości?
- Lubię zwierzęta, a to był naprawdę porządny pies. Zasługiwał na piosenkę bardziej niż niejeden człowiek. Dużo jest tego memłania o miłości w piosenkach, ja sam jestem winny przegięcia w tę stronę, a tyle jest rzeczy znacznie ciekawszych. Ostatecznie zrobiłem z piętnaście piosenek o kobietach i tylko jedną o porządnym psie
Pochodzisz z Wałcza. Mieszkasz - jak wyczytałem w internecie - w Krakowie, Warszawie, Lizbonie. Czyli właściwie gdzie?
- Tak Teraz mam szczęście mieszkać w Lizbonie. W miasteczku Wałcz miałem szczęście lub nieszczęście się wychować. W Krakowie mieszkam od paru lat, siedmiu chyba, i to jest najbliższe mi miasto, tutaj mam paru przyjaciół i tutaj zacząłem profesjonalnie uprawiać muzykę. Kraków jest jednak specyficznym miastem. Marcin Świetlicki napisał coś takiego w swoim kryminale, że "Mistrz kochał Kraków bez wzajemności". I tak ma chyba wielu ludzi w tym mieście. Ostatecznie uważam, że trzeba od tego wspaniałego, kochanego, przytulnego miasteczka naszego odpoczywać co jakiś czas z uwagi na niezdrowy klimat, nie tylko artystyczny. W Warszawie mieszka mój geniusz pianista Jacek Cichocki i dla dobra naszej współpracy przeprowadziłem się tam swego czasu, ale wróciłem. Jeżdżę tam często, ale myślę, że Kraków mi pasuje, bo jestem z małego miasta, a w Krakowie wszystko jest blisko. Hmmm Ciężko powiedzieć, gdzie mieszkam. Teraz w Lizbonie, wiosną w Krakowie, a potem - nie wiem.
Czy pobyt w Lizbonie spowoduje dorzucenie do kręgu inspiracji poetyki fado?
- Mam nadzieję. Fado to dosłownie "los, przeznaczenie". Czyli moje fado to było przyjechać do Lizbony, w której grają fado. Chłonę to miasto na razie. Zagram tutaj kilka koncertów. Nie wiem, czy moje fado doprowadzi mnie do grania fado. Swoje fado już od dawna gram. Ktoś mi powiedział, że do tutejszego fado trzeba mieć w sobie jakiś ustawiczny smutek, która działa nawet wtedy, jak jest wesoło. Czy to nie blues? Inna poetyka, a feeling ten sam? Kraków i Lizbona mogłyby się zaprzyjaźnić swoją drogą. Pasują do siebie!
Limboski: Limbo ma różne znaczenia. W „Boskiej komedii” Dantego to był krąg piekielny dla nieochrzczonych dziatek. Ale jest to też taki taniec hawajski, gdzie tańczy się pod poprzeczką z naszyjnikiem z kwiatów i z drinkiem z parasolką w ręku. To jest też moja ksywa. Śpiewałem również taką piosenkę - wariacja na temat rytmu „Bo Diddley”, którą nazwałem „Limbo” Ostatecznie to była głupia piosenka - tekst bez sensu, bełkot Ale rzadko można usłyszeć na żywo rytm „Bo Diddley”, więc jakoś to się podobało
Teraz występujesz jako Limboski. Skąd ta zmiana?
- Limbo jako zespół przestał fermentować. Dużo różnych spraw się popieprzyło Ostatecznie zdecydowałem się wyruszyć na poszukiwanie nowego brzmienia i nowej odsłony swoich piosenek. Limbo był moim projektem od początku, ale też od początku harmonijka "Wiśni" [Łukasza Wiśniewskiego - przyp. red.] nadawała temu konkretne brzmienie, i to się zrosło. Wiedziałem, że to, co się pojawi w następnej odsłonie, będzie inne, ale też będą to nadal te piosenki. W końcu zdecydowałem, że zmienię nazwę, ale tak żeby było wiadomo, że to ja. Limbo mi brzmiał trochę za amerykańsko - Limboski jest polski, ale tak dziwnie polski, niepolski Boski Limboski tkwi w zawieszeniu pomiędzy kroczek w przód, kroczek w tył, trochę taki, trochę taki i tak dalej.
Zaczynałeś od bluesa, grałeś wtedy z jednym z naszych najlepszych harmonijkarzy Łukaszem Wiśniewskim. Rozstałeś się z "Wiśnią" i z bluesem też. Czemu?
- Z "Wiśnią" się poprztykaliśmy prywatnie, tak po chłopięcemu. On jest geniuszem, naprawdę. Mam nadzieję, że zanim umrę, będzie mi dane jeszcze z nim pograć. Ale "Cafe Brumba" to płyta, której bym nie nagrał z "Wiśnią" i tyle. Skąd pomysł, że rozstałem się z bluesem? Nadal gram bluesa, szczególnie na koncertach solowych. Nie gram już tylu coverów, standardów bluesowych co dawniej, ale mam swoją historię do śpiewania. Po co mam wykorzystywać czyjeś piosenki, jeśli mam własne historie? Co innego, gdy gram dla innej publiczności niż polska, wtedy blues jest jakimś medium, wspólnym mianownikiem, wszyscy go znają. Zresztą jestem tak przesiąknięty bluesem, że jak tylko zaczynam pisać piosenkę po angielsku, to już pachnie bluesem. Czy na "Cafe Brumba" nie ma bluesa?
Jest, ale w mniejszych ilościach niż na poprzednich płytach. Czy zgadzasz się z powiedzeniem Williego Dixona, że blues to korzenie, a reszta muzyki tylko owoce?
- Nie do końca, pomimo miłości do jego muzyki. Idiom muzyki bluesowej to też pewna postawa czarnych artystów, którzy byli ostro, hmmm że tak powiem, marginalizowani przez białych. To jest idiom, folklor, to jest cały sztafaż tekstów, gestów i cała ta otoczka. Ale jak się mieszka w Polsce w 2011 roku, to można sobie darować, bo tutaj to już tylko poza. Blues na pewno jest korzeniem dla całej muzyki angloamerykańskiej, wszystko, co powstało w Stanach w XX wieku, ma korzenie w bluesie. Ale z drugiej strony nie ma co wycierać sobie buzi bluesem, jeśli się nie ma nic ciekawego do powiedzenia w muzyce. Muzyka jest wszędzie. W Indiach mają swojego bluesa, Eskimosi mają swojego bluesa. To jest temat długi Zależy, czy mówimy o pewnej estetyce w muzyce, czy mówimy o feelingu, o melancholii...
Jak określiłbyś muzykę, którą pomieściłeś na najnowszej płycie "Cafe Brumba"?
- To jest trudna, ciężka, męcząca muzyka. Polecam najpierw przegrać od znajomego, żeby nie wyrzucić pieniędzy w błoto... Poważnie to uważam, że jest treściwa - zresztą jak ja się umęczyłem, jak ją robiłem, ileż wspomnień! Spędziłem zimę w Warszawie, wtedy jak drechy cholerne zabiły policjanta na przystanku, to ja jeździłem wkoło na salkę do prób z laptopem i drżałem, że mi się coś stanie w tej Warszawie. Takoż dla przyzwoitości powiedzmy, że jest niezła. Tylko, że ona jest taka jak ja - na początku sprawia złe wrażenie, niestety, ale potem to już tylko ambrozja...
Niektórzy słyszą już tę ambrozję podczas pierwszego przesłuchania. Twoje inspiracje muzyczne?
- World music, Indie, dużo gram na gitarze różnych rzeczy. Gram na sitarze. Trochę elektroniki, pewnie dlatego, że nie umiem jej zagrać ani zaśpiewać. Różne nowości, muzyka z daleka raczej. Poza tym co jakiś czas wracam do różnych wielkich postaci, np. Nusrat Fateh Ali Khan. Słucham sobie i myślę: "Dlaczego ktoś się nagle pojawia z takim głosem, z taką siłą w sobie, że nawet będąc z innej kultury, nie rozumiejąc słów, jestem pod takim wrażeniem? O co w tym chodzi?".
A Tom Waits?
- Dla mnie to największy żyjący artysta piosenki. Można nagrać jedną dobrą płytę, napisać ze dwie piosenki, które zostaną zapamiętane. Ale tyle? Tyle genialnych ballad, tyle poezji, jakie historie Poza tym - oczywiście - ideał, jeśli chodzi o dobieranie muzyków i produkcję własnych płyt. Jest w stanie przekonać do siebie takie nazwiska, jak Marc Ribot, Greg Cohen, nawet Keith Richards! I potem te płyty tak brzmią. Geniusz.
Wszyscy piszą o miłości, ale ty robisz to często w dość niekonwencjonalny sposób, jak choćby w "Czarnym Otellu", gdy jednym z wierzchołków uczuciowego trójkąta czynisz zakochanego w swym panu kota.
- To autentyczna historia rodzinna! I to był duży kot podobno, w dodatku cała historia wydarzyła się na wsi w dużym domu Pojawiło się wiele plotek z drugiej ręki - kot nie czytał Szekspira, co najwyżej czuł zapach książki na palcach swego pana. Tak czy inaczej targnęła nim namiętność. Już wcześniej nie miałem zaufania do kotów. Z drugiej strony ładnie wyglądają...
Bohaterem - utrzymanych w poetyce nowoorleańskich marszów - "Spacerów" jest pies. Skąd ten mocny animalistyczny nurt w twej twórczości?
- Lubię zwierzęta, a to był naprawdę porządny pies. Zasługiwał na piosenkę bardziej niż niejeden człowiek. Dużo jest tego memłania o miłości w piosenkach, ja sam jestem winny przegięcia w tę stronę, a tyle jest rzeczy znacznie ciekawszych. Ostatecznie zrobiłem z piętnaście piosenek o kobietach i tylko jedną o porządnym psie
Pochodzisz z Wałcza. Mieszkasz - jak wyczytałem w internecie - w Krakowie, Warszawie, Lizbonie. Czyli właściwie gdzie?
- Tak Teraz mam szczęście mieszkać w Lizbonie. W miasteczku Wałcz miałem szczęście lub nieszczęście się wychować. W Krakowie mieszkam od paru lat, siedmiu chyba, i to jest najbliższe mi miasto, tutaj mam paru przyjaciół i tutaj zacząłem profesjonalnie uprawiać muzykę. Kraków jest jednak specyficznym miastem. Marcin Świetlicki napisał coś takiego w swoim kryminale, że "Mistrz kochał Kraków bez wzajemności". I tak ma chyba wielu ludzi w tym mieście. Ostatecznie uważam, że trzeba od tego wspaniałego, kochanego, przytulnego miasteczka naszego odpoczywać co jakiś czas z uwagi na niezdrowy klimat, nie tylko artystyczny. W Warszawie mieszka mój geniusz pianista Jacek Cichocki i dla dobra naszej współpracy przeprowadziłem się tam swego czasu, ale wróciłem. Jeżdżę tam często, ale myślę, że Kraków mi pasuje, bo jestem z małego miasta, a w Krakowie wszystko jest blisko. Hmmm Ciężko powiedzieć, gdzie mieszkam. Teraz w Lizbonie, wiosną w Krakowie, a potem - nie wiem.
Czy pobyt w Lizbonie spowoduje dorzucenie do kręgu inspiracji poetyki fado?
- Mam nadzieję. Fado to dosłownie "los, przeznaczenie". Czyli moje fado to było przyjechać do Lizbony, w której grają fado. Chłonę to miasto na razie. Zagram tutaj kilka koncertów. Nie wiem, czy moje fado doprowadzi mnie do grania fado. Swoje fado już od dawna gram. Ktoś mi powiedział, że do tutejszego fado trzeba mieć w sobie jakiś ustawiczny smutek, która działa nawet wtedy, jak jest wesoło. Czy to nie blues? Inna poetyka, a feeling ten sam? Kraków i Lizbona mogłyby się zaprzyjaźnić swoją drogą. Pasują do siebie!



