Fundamenty dawnego Krakowa w podziemiach Rynku
2011-01-31
, aktualizacja: 30.01.2011 20:14
- Schodząc do podziemi Rynku Głównego, stajemy oko w oko z fundamentami dzisiejszego miasta. Możemy oglądać ulice, które tętniły życiem 500 i 900 lat temu, docieramy do w miejsc, na których zbudowana została legenda Krakowa. To wyjątkowa przestrzeń - mówi Mieczysław Bielawski, współautor wystawy
ZOBACZ TAKŻE
- Wystawy są po to, by poddawać je krytyce (04-02-11, 04:00)
- Pieniążek do szuflady za dobrą wróżbę (31-01-11, 22:00)
- Odlotowa reaktywacja festiwalu Muzyka i Świat (31-01-11, 10:00)
- Fabryka na Zabłociu - klub zapowiedzianej śmierci (29-01-11, 11:00)
- Kulturalne Odloty. Festiwal filmowy na piątkę (28-01-11, 21:00)
- Kolekcja to czyjaś myśl, którą otrzymujemy w spadku (22-01-11, 12:00)
- Kulturalne Odloty. Kobieca twarz Krakowa (20-01-11, 13:28)
- Kulturalne Odloty. Dziewczyna w potarganych rajtuzach (17-01-11, 00:00)
Dawid Hajok: Stale podkreślacie, że to, co powstało w podziemiach Rynku, to nie muzeum, lecz trasa turystyczna. Jak przekłada się to na charakter samej ekspozycji?
Mieczysław Bielawski: Wyjść trzeba od tego, że trasa turystyczna jest pojęciem dość szerokim. Jest nią zarówno Kopalnia Soli w Wieliczce, jak i to, co powstało pod Rynkiem. W przeciwieństwie do muzeum trasa wytyczana jest pomiędzy poszczególnymi obiektami czy zabytkami, w tym konkretnym przypadku chodzi o obiekty parku archeologicznego, ale na pierwszy plan wysuwany jest odbiorca. Takie podejście dyktuje charakter wystawy, sposób, w jaki turysta prowadzony jest przez kolejne etapy opowieści. Misja muzeum jest trochę inna, skupia się przede wszystkim na przechowywaniu zabytków, dbałości o nie i ich właściwej ekspozycji.
Nam od samego początku prac nad stworzeniem tej wystawy zależało na wysokim stopniu interaktywności. Udało się to osiągnąć poprzez zastosowanie zaawansowanych technologicznie urządzeń multimedialnych. Jeżeli się je wyłączy, to zostaną XV-wieczne bruki i gabloty z artefaktami, bliższe wyobrażeniu o tradycyjnym muzeum. Chcieliśmy to ubarwić, przenosząc człowieka w inną rzeczywistość. Stąd pomysł na krótkie filmy, które prowadzą widza przez kolejne etapy wystawy. Atmosferę buduje się tu poprzez zmyślne operowanie obrazem i dźwiękiem, dzięki którym wystawa składająca się z zabytków parku archeologicznego ożywa.
Jak to na trasie turystycznej, warto wynająć przewodnika?
- I tak, i nie. Oczywiście za pierwszym razem przewodnik ciekawie oprowadzi po wystawie. Zwróci uwagę na pewne elementy, które samemu można by przeoczyć. Podziemia nie są jednak miejscem, które da się poznać w ciągu godzinnej wycieczki. Tam można stale wracać. Każdy zabytek opowiada własną historię. Każdą z nich staraliśmy się w ciekawy sposób opowiedzieć. Będąc swoim własnym przewodnikiem, z ekranów dotykowych można wyczytać mnóstwo interesujących informacji, za każdym razem dowiadując się czegoś nowego. Ale ostrzegam, to bardzo wciąga (śmiech).
Co inspirowało was podczas tworzenia wystawy w podziemiach?
- Na pewno jednym z silnych bodźców była forma, w jakiej zrealizowano wystawę Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie. Stąd na pewno tak pomocne w sposobie prowadzenia narracji stały się multimedia. Mieliśmy jednak o tyle inną sytuację, że zarówno Muzeum Powstania Warszawskiego, jak i muzeum w Fabryce Schindlera opowiadają historie martyrologiczne. A to, co dzieje się w podziemiach, jest wolne od polityki. Opowiada o życiu codziennym prekrakowian, o bogactwie i wielokulturowości miasta. Opowiadamy o czasach świetności Krakowa, który w XV wieku był handlowym imperium, o jego upadkach - jak chociażby podczas potopu szwedzkiego, kiedy to zrabowane zostały niemal całe zbiory biblioteki Jagiellonów, a kościoły ogołocono nawet z klamek. O Austriakach, którzy zbudowali wodociągi, obwałowali Wisłę, rozwijając Kraków. Głównym celem wystawy jest budowa historycznej świadomości u odwiedzających. Służą temu wprawdzie filmy, które nazywamy historycznymi pigułkami.
Jeszcze na etapie prac nad wystawą powtarzaliście, że pokażecie Kraków taki, jakiego nie znają sami krakowianie. Czy uważasz, że udało się wam to osiągnąć?
- Myślę, że tak. Zrekonstruowaliśmy Kraków na różne sposoby. Pod fontanną można zobaczyć jedyną w swoim rodzaju makietę przedstawiającą to miasto u szczytu jego potęgi w XV w. Są też modele ratusza, kościoła Mariackiego. Mamy filmy, również 3D, przedstawiające miasto i sceny z życia jego mieszkańców w tamtym okresie. Jednocześnie pokazujemy, gdzie współcześnie można odnaleźć ślady prawa magdeburskiego. To wszystko pomaga zrozumieć, jaką potęgą był Kraków w średniowieczu.
Ale historię opowiada przede wszystkim sama przestrzeń. Schodząc do podziemi, jesteśmy stajemy oko w oko z fundamentami dzisiejszego miasta. Możemy oglądać ulice, które tętniły życiem 500 i 900 lat temu, docieramy do miejsc, na których zbudowana została legenda Krakowa. Fundamenty kramów ufundowanych przez Bolesława Wstydliwego czy resztki chat pozostawione przez Tatarów to tematy, które znamy z kronik i legend. Wielowarstwowość, tzw. świadki ziemne (nienaruszone fragmenty gruntu ukazujące przekrój przez kolejne warstwy archeologiczne), które układają się w warstwy kolejnych stuleci, dają pojęcie o ludziach, którzy tu żyli, pracowali i budowali miasto, którego mieszkańcami jesteśmy dzisiaj my sami, i zostawiamy w nim kolejny ślad...
Docelowo wystawa ma być powiększona.
- Niewykorzystane pozostają nadal pomieszczenia Wielkiej Wagi. Decyzja o terminie realizacji należy do inwestora, czyli do miasta. Nie wiemy też, czy to my będziemy tworzyć dalej tę wystawę. Gdyby jednak tak się stało, chcielibyśmy, aby powstał tam filmowo zrekonstruowany Rynek z XV w. pokazujący, jak ten handlowy plac Europy mógł wyglądać, a wraz z nim ludzie, którzy wówczas żyli. Chcielibyśmy pokazać też wcześniejsze etapy rozwoju miasta - od romańskiego, przez gotyk, po barok. Przede wszystkim jednak zależy nam na pokazaniu mechanizmu działania Wielkiej Wagi. Taki projekt powstał już zresztą na Politechnice Krakowskiej, która jest gotowa włączyć się w to przedsięwzięcie. Nadal trwa konserwacja tych pomieszczeń, które służyły dawniej jako jej fundamenty, i nie wiemy, czy będzie tam na tyle miejsca. I to tam też w założeniu miałby pojawić się też ten słynny już laserowy szczur. Często jesteśmy pytani, co się z nim stało? Prawdę mówiąc, wycofaliśmy się z tego pomysłu, kiedy zaczęto zarzucać nam, że robimy w podziemiach Disneyland.
Trochę zrobiliście.
- Nie sądzę. Uważam raczej, że ludzie po prostu sami szukają form kształcącej rozrywki, miejsc, gdzie można pójść całą rodziną dobrze się bawić, i czegoś się dowiedzieć lub nauczyć. O tym, że jest takie zapotrzebowanie, świadczy chociażby sukces otwartego niedawno Centrum Nauki Kopernik. Jest ono oczywiście czymś zupełnie innym niż nasza trasa turystyczna, ale pokazuje, czego ludzie dziś oczekują. Informację, nawet tę historyczną, można podawać w różny sposób. My wybraliśmy ten bardziej zjadliwy.
W waszej ekspozycji ogromnym zainteresowaniem, i to nie tylko wśród najmłodszych, cieszy się kącik dla dzieci oraz baśń o królu Kraku. Czy było to dla was zaskoczenie?
- Nie. To wyjątkowe miejsce, wykonane z ogromną pieczołowitością. Cała plastyka pneumatycznie poruszanych kukieł została uformowana ręcznie. Podobnie obraz, który jest ręcznie malowaną kreskówką. Nic dziwnego, że kącik cieszy się taką popularnością. Przeczytałem gdzieś, że w Centrum Nauki Kopernik powstał pierwszy pneumatyczny teatrzyk. To nieprawda i trzeba to zdementować. Pierwszy był u nas w Krakowie.
Jakie opinie na temat wystawy docierają do was dziś?
- W większości pozytywne. Ludziom podoba się w podziemiach i wracają tam, najczęściej przyprowadzając ze sobą znajomych. To jak papierek lakmusowy pokazujący, że wystawa się przyjęła. Ale nie brakuje też opinii, że to "wystawa telewizorów". Na szczęście więcej jest tych pozytywnych komentarzy.
Podpatrujesz reakcje ludzi zwiedzających podziemia?
- Jasne, że tak (śmiech). Bardzo wiele akcentów humorystycznych zagrało w podziemiach, sprawiając, że to, co tam najważniejsze, jest bardziej przystępne w odbiorze. Lubię patrzeć, z jaką nieufnością szczególnie ci trochę starsi reagują na ekran z pary wodnej. Wydaje im się, że skoro jest z pary, to parzy. Są zdziwieni, kiedy ostrożnie zbliżają rękę i okazuje się, że tak nie jest. Bardzo lubię też moment, kiedy zwiedzający wychodzą uśmiechnięci po wizycie w kąciku ze strażnikiem. Uśmiechają się nawet ci najbardziej konserwatywni. Nikt nie jest też w stanie przejść obojętnie obok mrugających królów.
Jakie jest twoje ulubione miejsce podziemnej ekspozycji?
- Historiogram opowiadający o Krakowie dźwiękiem i obrazem. Potężny ekran panoramiczny obsługują cztery zsynchronizowane ze sobą projektory. Mieliśmy duże problemy, żeby to wszystko ze sobą zgrać i żeby jeszcze płynnie działało. Ale się udało i efekt jest, moim zdaniem, rewelacyjny.
Podziemia to nie tylko wystawa, ale również potężny, elektroniczny arsenał. Jego możliwości są ogromne.
- Z tego miejsca można wirtualne łączyć się z każdym muzeum na świecie, można też transmitować wydarzenia, które akurat dzieją się na płycie Rynku lub odwrotnie. Pozwala na to dużej mocy światłowód. Jego możliwości nie zostały jeszcze w pełni wykorzystane.
Mieczysław Bielawski: Wyjść trzeba od tego, że trasa turystyczna jest pojęciem dość szerokim. Jest nią zarówno Kopalnia Soli w Wieliczce, jak i to, co powstało pod Rynkiem. W przeciwieństwie do muzeum trasa wytyczana jest pomiędzy poszczególnymi obiektami czy zabytkami, w tym konkretnym przypadku chodzi o obiekty parku archeologicznego, ale na pierwszy plan wysuwany jest odbiorca. Takie podejście dyktuje charakter wystawy, sposób, w jaki turysta prowadzony jest przez kolejne etapy opowieści. Misja muzeum jest trochę inna, skupia się przede wszystkim na przechowywaniu zabytków, dbałości o nie i ich właściwej ekspozycji.
Nam od samego początku prac nad stworzeniem tej wystawy zależało na wysokim stopniu interaktywności. Udało się to osiągnąć poprzez zastosowanie zaawansowanych technologicznie urządzeń multimedialnych. Jeżeli się je wyłączy, to zostaną XV-wieczne bruki i gabloty z artefaktami, bliższe wyobrażeniu o tradycyjnym muzeum. Chcieliśmy to ubarwić, przenosząc człowieka w inną rzeczywistość. Stąd pomysł na krótkie filmy, które prowadzą widza przez kolejne etapy wystawy. Atmosferę buduje się tu poprzez zmyślne operowanie obrazem i dźwiękiem, dzięki którym wystawa składająca się z zabytków parku archeologicznego ożywa.
Jak to na trasie turystycznej, warto wynająć przewodnika?
- I tak, i nie. Oczywiście za pierwszym razem przewodnik ciekawie oprowadzi po wystawie. Zwróci uwagę na pewne elementy, które samemu można by przeoczyć. Podziemia nie są jednak miejscem, które da się poznać w ciągu godzinnej wycieczki. Tam można stale wracać. Każdy zabytek opowiada własną historię. Każdą z nich staraliśmy się w ciekawy sposób opowiedzieć. Będąc swoim własnym przewodnikiem, z ekranów dotykowych można wyczytać mnóstwo interesujących informacji, za każdym razem dowiadując się czegoś nowego. Ale ostrzegam, to bardzo wciąga (śmiech).
Co inspirowało was podczas tworzenia wystawy w podziemiach?
- Na pewno jednym z silnych bodźców była forma, w jakiej zrealizowano wystawę Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie. Stąd na pewno tak pomocne w sposobie prowadzenia narracji stały się multimedia. Mieliśmy jednak o tyle inną sytuację, że zarówno Muzeum Powstania Warszawskiego, jak i muzeum w Fabryce Schindlera opowiadają historie martyrologiczne. A to, co dzieje się w podziemiach, jest wolne od polityki. Opowiada o życiu codziennym prekrakowian, o bogactwie i wielokulturowości miasta. Opowiadamy o czasach świetności Krakowa, który w XV wieku był handlowym imperium, o jego upadkach - jak chociażby podczas potopu szwedzkiego, kiedy to zrabowane zostały niemal całe zbiory biblioteki Jagiellonów, a kościoły ogołocono nawet z klamek. O Austriakach, którzy zbudowali wodociągi, obwałowali Wisłę, rozwijając Kraków. Głównym celem wystawy jest budowa historycznej świadomości u odwiedzających. Służą temu wprawdzie filmy, które nazywamy historycznymi pigułkami.
Jeszcze na etapie prac nad wystawą powtarzaliście, że pokażecie Kraków taki, jakiego nie znają sami krakowianie. Czy uważasz, że udało się wam to osiągnąć?
- Myślę, że tak. Zrekonstruowaliśmy Kraków na różne sposoby. Pod fontanną można zobaczyć jedyną w swoim rodzaju makietę przedstawiającą to miasto u szczytu jego potęgi w XV w. Są też modele ratusza, kościoła Mariackiego. Mamy filmy, również 3D, przedstawiające miasto i sceny z życia jego mieszkańców w tamtym okresie. Jednocześnie pokazujemy, gdzie współcześnie można odnaleźć ślady prawa magdeburskiego. To wszystko pomaga zrozumieć, jaką potęgą był Kraków w średniowieczu.
Ale historię opowiada przede wszystkim sama przestrzeń. Schodząc do podziemi, jesteśmy stajemy oko w oko z fundamentami dzisiejszego miasta. Możemy oglądać ulice, które tętniły życiem 500 i 900 lat temu, docieramy do miejsc, na których zbudowana została legenda Krakowa. Fundamenty kramów ufundowanych przez Bolesława Wstydliwego czy resztki chat pozostawione przez Tatarów to tematy, które znamy z kronik i legend. Wielowarstwowość, tzw. świadki ziemne (nienaruszone fragmenty gruntu ukazujące przekrój przez kolejne warstwy archeologiczne), które układają się w warstwy kolejnych stuleci, dają pojęcie o ludziach, którzy tu żyli, pracowali i budowali miasto, którego mieszkańcami jesteśmy dzisiaj my sami, i zostawiamy w nim kolejny ślad...
Docelowo wystawa ma być powiększona.
- Niewykorzystane pozostają nadal pomieszczenia Wielkiej Wagi. Decyzja o terminie realizacji należy do inwestora, czyli do miasta. Nie wiemy też, czy to my będziemy tworzyć dalej tę wystawę. Gdyby jednak tak się stało, chcielibyśmy, aby powstał tam filmowo zrekonstruowany Rynek z XV w. pokazujący, jak ten handlowy plac Europy mógł wyglądać, a wraz z nim ludzie, którzy wówczas żyli. Chcielibyśmy pokazać też wcześniejsze etapy rozwoju miasta - od romańskiego, przez gotyk, po barok. Przede wszystkim jednak zależy nam na pokazaniu mechanizmu działania Wielkiej Wagi. Taki projekt powstał już zresztą na Politechnice Krakowskiej, która jest gotowa włączyć się w to przedsięwzięcie. Nadal trwa konserwacja tych pomieszczeń, które służyły dawniej jako jej fundamenty, i nie wiemy, czy będzie tam na tyle miejsca. I to tam też w założeniu miałby pojawić się też ten słynny już laserowy szczur. Często jesteśmy pytani, co się z nim stało? Prawdę mówiąc, wycofaliśmy się z tego pomysłu, kiedy zaczęto zarzucać nam, że robimy w podziemiach Disneyland.
Trochę zrobiliście.
- Nie sądzę. Uważam raczej, że ludzie po prostu sami szukają form kształcącej rozrywki, miejsc, gdzie można pójść całą rodziną dobrze się bawić, i czegoś się dowiedzieć lub nauczyć. O tym, że jest takie zapotrzebowanie, świadczy chociażby sukces otwartego niedawno Centrum Nauki Kopernik. Jest ono oczywiście czymś zupełnie innym niż nasza trasa turystyczna, ale pokazuje, czego ludzie dziś oczekują. Informację, nawet tę historyczną, można podawać w różny sposób. My wybraliśmy ten bardziej zjadliwy.
W waszej ekspozycji ogromnym zainteresowaniem, i to nie tylko wśród najmłodszych, cieszy się kącik dla dzieci oraz baśń o królu Kraku. Czy było to dla was zaskoczenie?
- Nie. To wyjątkowe miejsce, wykonane z ogromną pieczołowitością. Cała plastyka pneumatycznie poruszanych kukieł została uformowana ręcznie. Podobnie obraz, który jest ręcznie malowaną kreskówką. Nic dziwnego, że kącik cieszy się taką popularnością. Przeczytałem gdzieś, że w Centrum Nauki Kopernik powstał pierwszy pneumatyczny teatrzyk. To nieprawda i trzeba to zdementować. Pierwszy był u nas w Krakowie.
Jakie opinie na temat wystawy docierają do was dziś?
- W większości pozytywne. Ludziom podoba się w podziemiach i wracają tam, najczęściej przyprowadzając ze sobą znajomych. To jak papierek lakmusowy pokazujący, że wystawa się przyjęła. Ale nie brakuje też opinii, że to "wystawa telewizorów". Na szczęście więcej jest tych pozytywnych komentarzy.
Podpatrujesz reakcje ludzi zwiedzających podziemia?
- Jasne, że tak (śmiech). Bardzo wiele akcentów humorystycznych zagrało w podziemiach, sprawiając, że to, co tam najważniejsze, jest bardziej przystępne w odbiorze. Lubię patrzeć, z jaką nieufnością szczególnie ci trochę starsi reagują na ekran z pary wodnej. Wydaje im się, że skoro jest z pary, to parzy. Są zdziwieni, kiedy ostrożnie zbliżają rękę i okazuje się, że tak nie jest. Bardzo lubię też moment, kiedy zwiedzający wychodzą uśmiechnięci po wizycie w kąciku ze strażnikiem. Uśmiechają się nawet ci najbardziej konserwatywni. Nikt nie jest też w stanie przejść obojętnie obok mrugających królów.
Jakie jest twoje ulubione miejsce podziemnej ekspozycji?
- Historiogram opowiadający o Krakowie dźwiękiem i obrazem. Potężny ekran panoramiczny obsługują cztery zsynchronizowane ze sobą projektory. Mieliśmy duże problemy, żeby to wszystko ze sobą zgrać i żeby jeszcze płynnie działało. Ale się udało i efekt jest, moim zdaniem, rewelacyjny.
Podziemia to nie tylko wystawa, ale również potężny, elektroniczny arsenał. Jego możliwości są ogromne.
- Z tego miejsca można wirtualne łączyć się z każdym muzeum na świecie, można też transmitować wydarzenia, które akurat dzieją się na płycie Rynku lub odwrotnie. Pozwala na to dużej mocy światłowód. Jego możliwości nie zostały jeszcze w pełni wykorzystane.






więcej zdjęć