Muzealnik też... dziecko i lubi się zabawić
2012-02-04
, aktualizacja: 04.02.2012 11:37
Jeżeli dzieciom zabawa z górą Fuji w tle sprawi choć w połowie tyle radości, ile miały osoby ją przygotowujące, z pewnością będą zachwycone
ZOBACZ TAKŻE
- Fuji - jest na świecie tylko jedna taka góra (04-02-12, 19:00)
Muzealnik - brrr, jak to poważnie brzmi. Tymczasem pracownik muzeum wcale nie musi być sztywny i smutny. Żeby się o tym przekonać, wystarczyło zobaczyć prace nad częścią dziecięcą wystawy w Muzeum Manggha. Niby to tylko wielkie klocki i puzzle, monidło, w które wystarczy wsadzić głowę i już możemy zrobić sobie zdjęcie w kimonie, gry, kolorowanki (na wielkim zwoju dzieci rysują własny pejzaż z Fuji), bajki do słuchania... Ale ile z tym wszystkim było radości.
Zwłaszcza z wielką górą, którą najpierw trzeba było uszyć, a następnie wypchać. No i tymi wszystkimi figurkami, które dzieci mogą teraz do niej przyczepiać. Są oczywiście małe ludziki, elementy architektury, auta (ich braku mali chłopcy by przecież organizatorom nie wybaczyli), kwiatki (z pewnością ucieszą się z nich małe dziewczynki), a nawet Godzilla (choć pewnie większość dzieci uzna, że to po prostu dinozaur albo smok). Wszystko kolorowe, starannie powycinane i posklejane przez pracowników muzeum.
Dziwili się więc goście dyrektor Muzeum Manggha, gdy w jej sekretariacie witały ich nie tylko roześmiane panie, lecz także mnóstwo maleńkich postaci porozkładanych wszędzie dookoła. Dziwili się też czasem pracownicy, gdy obok biurka kolegi czy koleżanki wyrastał nagle... wulkan (a przygotować ich trzeba było sporo, bo pokazy erupcji są jednym z elementów towarzyszących wystawie spotkań).
Jestem zresztą przekonany, że z pewnością trochę im tej zabawy - teraz, gdy wystawa jest już otwarta - brakuje (w końcu w każdym człowieku, także pracującym w muzeum, drzemie dziecko). Więc ten i ów pewnie w wolnej chwili wyrwie się na chwilę do dolnej galerii - oczywiście po to, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku i czy przypadkiem nie trzeba jakichś nowych ludzików albo samochodzików szybko dorobić, bo przecież dzieci mogły zniszczyć albo nawet zabrać do domu, w końcu to wszystko takie ładniutkie.
Zwłaszcza z wielką górą, którą najpierw trzeba było uszyć, a następnie wypchać. No i tymi wszystkimi figurkami, które dzieci mogą teraz do niej przyczepiać. Są oczywiście małe ludziki, elementy architektury, auta (ich braku mali chłopcy by przecież organizatorom nie wybaczyli), kwiatki (z pewnością ucieszą się z nich małe dziewczynki), a nawet Godzilla (choć pewnie większość dzieci uzna, że to po prostu dinozaur albo smok). Wszystko kolorowe, starannie powycinane i posklejane przez pracowników muzeum.
Dziwili się więc goście dyrektor Muzeum Manggha, gdy w jej sekretariacie witały ich nie tylko roześmiane panie, lecz także mnóstwo maleńkich postaci porozkładanych wszędzie dookoła. Dziwili się też czasem pracownicy, gdy obok biurka kolegi czy koleżanki wyrastał nagle... wulkan (a przygotować ich trzeba było sporo, bo pokazy erupcji są jednym z elementów towarzyszących wystawie spotkań).
Jestem zresztą przekonany, że z pewnością trochę im tej zabawy - teraz, gdy wystawa jest już otwarta - brakuje (w końcu w każdym człowieku, także pracującym w muzeum, drzemie dziecko). Więc ten i ów pewnie w wolnej chwili wyrwie się na chwilę do dolnej galerii - oczywiście po to, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku i czy przypadkiem nie trzeba jakichś nowych ludzików albo samochodzików szybko dorobić, bo przecież dzieci mogły zniszczyć albo nawet zabrać do domu, w końcu to wszystko takie ładniutkie.



więcej zdjęć