Psychodeliczni celebryci. Grupa muzyków L.Stadt, Fonovel... [ROZMOWA]
07.02.2012
, aktualizacja: 06.02.2012 23:44
Fenomenalna płyta tria znanych łódzkich muzyków - przeoczona przez media i zaniedbana przez samych artystów - "wypływa" parę miesięcy po premierze. O zespole Almost Dead Celebrities i jego debiucie opowiada nam Łukasz Lach
Tak nikt jeszcze nie grał. Łukasz Lach, który czaruje na czele surf-rockowego L.Stadt, tu przeprowadza na sobie fascynujący eksperyment. Śpiewa falsetem, włóczy się ponuro po emocjonalnych dolinach, zdziera gardło, deklamuje. I nieustająco kręci gałkami efektów: rozmywających, zwielokrotniających i zapętlających jego głos. Wokal Lacha pełni raczej funkcję instrumentu niż nośnika treści, jest odpowiednikiem gitary w zespole shoegaze'owym. Mocny psychodeliczny trip, który zapewnia wysłuchanie tej płyty, jest jednak w równej mierze zasługą transowego bębnienia Piotra Gwadery (Blisko Pola, dziś także w L.Stadt) i partii basso continuo w wykonaniu Pawła Cieślaka (Fonovel, Tryp, Blisko Pola) grającego na syntezatorze moog o mocy prostującej fałdy na powierzchni mózgu. ADC to muzyka poharatana, hałaśliwa, brudna, a zarazem porywająca, melodyjna i niezwykle intensywna w odbiorze.
W sondzie wśród dziennikarzy towarzyszącej naszemu plebiscytowi na Łódzką Płytę Roku 2011 debiut ADC niespodziewanie został wymieniony aż dwukrotnie.
Rozmowa z Łukaszem Lachem, muzykiem Almost Dead Celebrities
Jędrzej Słodkowski: Jak doszło do założenia ADC?
Łukasz Lach: Początkiem było Alternatywne Jam Session w Jazzdze. Pojawiliśmy się tam z Pawłem Cieślakiem, Piotrkiem Gwaderą i Piotrkiem Kwietniewskim z Blisko Pola. Zaczęliśmy grać razem, tego dnia wziąłem parę efektów, mikrofon i mandolinę. Pod koniec wieczoru byłem w stanie tylko śpiewać przez te efekty (śmiech ). Paweł grał na moogu, a Piotrek na perkusji. Zabrzmi to banalnie, ale pojawiła się magia. To był czas naszej wzmożonej aktywności towarzyskiej, zakochania w sobie. ADC stał się wypadkową tamtej energii. Wkrótce dostaliśmy zaproszenie na koncert OnAir w ramach Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, to był wrzesień 2009 r. Graliśmy na podwórku Jazzgi. Miałem wtedy kontakt z Garethem Jonesem [wybitnym producentem muzycznym, m.in. współtwórcą eksperymentalnego oblicza Depeche Mode - przyp. red.], który akurat był na festiwalu Soundedit. Zaprosiłem go na koncert - był oczarowany. To nas zmobilizowało do nagrań. Parę tygodni później weszliśmy do studia. Całkowicie improwizowany materiał zarejestrowaliśmy w ciągu dwóch dni.
Tak minimalistyczny skład to dla wokalisty pole do popisu, ale zarazem i wyzwanie. Trudniej śpiewa się niż w L.Stadt?
- Wszystkie projekty, w których grałem z Pawłem - Radiev, Chwasty - traktowałem jak psychoanalizę. Ale dopiero ADC to wydarcie i otwarcie, którego czasem mi brakowało. Nawet te zdania, które wyśpiewuję po angielsku, same się pojawiały! One coś znaczą i czuję, że to ma dla mnie głębszy sens. Ale nie ma mowy o emocjonalnym ekshibicjonizmie. Muzyka jest na pierwszym miejscu, ja dalej.
Dlaczego tak długo trzeba czekać na wydanie płyty? Podobno miała się ukazać na Zachodzie, prowadziliście rozmowy z dwoma berlińskimi wytwórniami.
- Nic z nich nie wyniknęło. Ten materiał zbija z tropu wydawców. Czują jego siłę, ale trochę się go boją. Z jednej strony jest noise'owy, z drugiej - melodyjny. Nie ma w nim skrajności i dosłowności, co dla wydawców, jak się okazuje, nie jest zaletą. Znam wiele zachwyconych osób, które zetknęły się z płytą lub zespołem na koncercie. Problemem był brak osoby, która zajęłaby się ADC od strony organizacyjnej. Brakło nam konsekwencji. Płytę w końcu wydaliśmy w Requiem Records. To mała wytwórnia, ale działająca konsekwentnie. Jej szef Łukasz Pawłak zakochał się w naszej muzyce i dzięki niemu płyta stała się faktem. Piękną okładkę zaprojektował nam Gregor Gonsior.
Mam wrażenie, że po wydaniu albumu w Polsce, wzmożeniu aktywności przez L.Stadt i transferze do tego zespołu Piotra Gwadery ADC poszło w odstawkę. Co dalej?
- Spotkaliśmy się raz, by coś nagrać, ale nie było chemii. Pierwsza sesja to opary alkoholu, ekscytacja i dzikość - trudno to powtórzyć. Każdy zajął się swoimi projektami. Nasze kontakty się poluzowały, ale kiedy pada hasło "Almost Dead Celebrities", stajemy w szyku. Zagraliśmy we wrześniu koncert na dziedzińcu Jazzgi, nakręciliśmy krótki dokument o zespole. ADC istnieje.
Koncert był fenomenalny. Jesteście na żywo coraz lepsi, utwory nabierają treści, rozwijają się. Czy wy też to czujecie?
- Oczywiście. Ten projekt ma dwuletnią historię, ale wszystko wciąż jest w zarodku. Płyta nie zaistniała w powszechnej świadomości, projekt poza Łodzią nie rozwinął skrzydeł. Płyta jest za dobra, żeby tak to zostawić. Chyba trzeba się kopnąć w tyłek i ruszyć z tym do Japonii.
W sondzie wśród dziennikarzy towarzyszącej naszemu plebiscytowi na Łódzką Płytę Roku 2011 debiut ADC niespodziewanie został wymieniony aż dwukrotnie.
Rozmowa z Łukaszem Lachem, muzykiem Almost Dead Celebrities
Jędrzej Słodkowski: Jak doszło do założenia ADC?
Łukasz Lach: Początkiem było Alternatywne Jam Session w Jazzdze. Pojawiliśmy się tam z Pawłem Cieślakiem, Piotrkiem Gwaderą i Piotrkiem Kwietniewskim z Blisko Pola. Zaczęliśmy grać razem, tego dnia wziąłem parę efektów, mikrofon i mandolinę. Pod koniec wieczoru byłem w stanie tylko śpiewać przez te efekty (śmiech ). Paweł grał na moogu, a Piotrek na perkusji. Zabrzmi to banalnie, ale pojawiła się magia. To był czas naszej wzmożonej aktywności towarzyskiej, zakochania w sobie. ADC stał się wypadkową tamtej energii. Wkrótce dostaliśmy zaproszenie na koncert OnAir w ramach Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, to był wrzesień 2009 r. Graliśmy na podwórku Jazzgi. Miałem wtedy kontakt z Garethem Jonesem [wybitnym producentem muzycznym, m.in. współtwórcą eksperymentalnego oblicza Depeche Mode - przyp. red.], który akurat był na festiwalu Soundedit. Zaprosiłem go na koncert - był oczarowany. To nas zmobilizowało do nagrań. Parę tygodni później weszliśmy do studia. Całkowicie improwizowany materiał zarejestrowaliśmy w ciągu dwóch dni.
Tak minimalistyczny skład to dla wokalisty pole do popisu, ale zarazem i wyzwanie. Trudniej śpiewa się niż w L.Stadt?
- Wszystkie projekty, w których grałem z Pawłem - Radiev, Chwasty - traktowałem jak psychoanalizę. Ale dopiero ADC to wydarcie i otwarcie, którego czasem mi brakowało. Nawet te zdania, które wyśpiewuję po angielsku, same się pojawiały! One coś znaczą i czuję, że to ma dla mnie głębszy sens. Ale nie ma mowy o emocjonalnym ekshibicjonizmie. Muzyka jest na pierwszym miejscu, ja dalej.
Dlaczego tak długo trzeba czekać na wydanie płyty? Podobno miała się ukazać na Zachodzie, prowadziliście rozmowy z dwoma berlińskimi wytwórniami.
- Nic z nich nie wyniknęło. Ten materiał zbija z tropu wydawców. Czują jego siłę, ale trochę się go boją. Z jednej strony jest noise'owy, z drugiej - melodyjny. Nie ma w nim skrajności i dosłowności, co dla wydawców, jak się okazuje, nie jest zaletą. Znam wiele zachwyconych osób, które zetknęły się z płytą lub zespołem na koncercie. Problemem był brak osoby, która zajęłaby się ADC od strony organizacyjnej. Brakło nam konsekwencji. Płytę w końcu wydaliśmy w Requiem Records. To mała wytwórnia, ale działająca konsekwentnie. Jej szef Łukasz Pawłak zakochał się w naszej muzyce i dzięki niemu płyta stała się faktem. Piękną okładkę zaprojektował nam Gregor Gonsior.
Mam wrażenie, że po wydaniu albumu w Polsce, wzmożeniu aktywności przez L.Stadt i transferze do tego zespołu Piotra Gwadery ADC poszło w odstawkę. Co dalej?
- Spotkaliśmy się raz, by coś nagrać, ale nie było chemii. Pierwsza sesja to opary alkoholu, ekscytacja i dzikość - trudno to powtórzyć. Każdy zajął się swoimi projektami. Nasze kontakty się poluzowały, ale kiedy pada hasło "Almost Dead Celebrities", stajemy w szyku. Zagraliśmy we wrześniu koncert na dziedzińcu Jazzgi, nakręciliśmy krótki dokument o zespole. ADC istnieje.
Koncert był fenomenalny. Jesteście na żywo coraz lepsi, utwory nabierają treści, rozwijają się. Czy wy też to czujecie?
- Oczywiście. Ten projekt ma dwuletnią historię, ale wszystko wciąż jest w zarodku. Płyta nie zaistniała w powszechnej świadomości, projekt poza Łodzią nie rozwinął skrzydeł. Płyta jest za dobra, żeby tak to zostawić. Chyba trzeba się kopnąć w tyłek i ruszyć z tym do Japonii.



więcej zdjęć