Wystawa: najpierw była w Łodzi, teraz wędruje po świecie
13.02.2012
, aktualizacja: 13.02.2012 15:34
Wystawa Wojciecha Wilczyka "Niewinne oko nie istnieje", premierowo pokazywana w 2009 roku w Atlasie Sztuki, odniosła międzynarodowy sukces. Oglądali już ją m.in. uczestnicy 19. Międzynarodowego Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, mieszkańcy Niemiec, Rumunii i Mołdawii. Teraz wystawę pokazuje Centrum Sztuki Marca Chagalla w Witebsku
ZOBACZ TAKŻE
- Książka o Łodzi: pamiętnik z okresu dojrzewania w PRL-u (10-02-12, 16:13)
Wilczyk wykonał cykl poruszających fotografii synagog i domów modlitwy: zrujnowanych, przebudowanych na domy mieszkalne, funkcjonujących jako pizzerie, sklepy, remizy strażackie, salony mebli. Zdjęcia uzupełnia 28 rozmów, które "przydarzyły się" Wilczykowi podczas fotografowania. Cały projekt został zebrany w nietuzinkową ekspozycję oraz imponującą 700-stronicową księgę.
Przedsięwzięcie artysty nominowano do wielu nagród, m. in. Beaty Pawlak w 2009 roku, Deutsche Börse Photography Prize 2011 i Energii Kultury 2009, zaś pierwsza edycja albumu zdobyła wyróżnienie w kategorii "album" w Fotograficznej Publikacji Roku 2009. Od trzech lat wystawa krąży po świecie.
Rozmowa z Wojciechem Wilczykiem
Jędrzej Słodkowski: Podchodzi Pan do budynku, stawia statyw, aparat i...
Wojciech Wilczyk: Momentalnie mam poczucie, że jestem obserwowany zza szyby, firanki. Zaraz też pojawia się ktoś, kto pyta, co robię. Czasem jest to czysta ciekawość, częściej słyszę: po co, dla kogo. Pojawia się obawa, że to może spadkobierca wraca albo gmina wystąpiła o zwrot. Czasami spotkałem się z agresją, parę razy musiałem się wycofać.
Dopiero z Pańskich fotografii dowiedziałem się, że tam, gdzie dziś jest restauracja Sofa czy mój ulubiony punkt ksero przy ul. Piotrkowskiej, były niegdyś domy modlitwy. Jak Pan dochodził do przedwojennego przeznaczenia budynków?
- Są strony internetowe poświęcone dziedzictwu żydowskiemu, strony pasjonatów. Korzystałem też z katalogu Eleonory Bergman i Jana Jagielskiego "Zachowane synagogi i domy modlitwy w Polsce". W miejscach, o których pan wspomniał, prawdopodobnie znajdowały się kiedyś prywatne domy modlitwy. Informacje o nich powtarzały się, więc zaryzykowałem ich włączenie. To przykłady przypadków trudnych do ustalenia. Dokumenty zginęły razem z ludźmi, którzy się w tych domach modlili.
Co było impulsem, który kazał się Panu zająć tym tematem?
- Ten projekt we mnie dojrzewał od dawna. Zwracałem uwagę na wygląd niektórych miasteczek czy dzielnic, ale długo nie wiedziałem dlaczego. Z czasem doszło do mnie, że są to dawne sztetle czy dzielnice żydowskie. Jest w nich stan opuszczenia, charakterystyczny typ zabudowy. Sfotografowałem trzy dawne budynki kultowe, które mijam na drodze z Krakowa do Warszawy, a po wywołaniu negatywu uznałem, że pomysł okazał się treściwy wizualnie i warto go rozwinąć. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy z liczby budynków, ich stanu, skali ich modyfikacji i tego, jak mroczna historia im towarzyszy.
Dlaczego zdecydował się Pan na tak przejrzystą formę?
- Posługuję się od lat konwencją fotografii dokumentalnej. To najbardziej nośna forma, dzięki niej można najwięcej powiedzieć. Robienie artystycznych zdjęć w tym wypadku mija się z celem, chodziło mi o pokazanie kontekstu, w jakim znajdują się te obiekty. Oglądając serię zdjęć, wzbogacamy naszą wiedzę o tym, jak te budynki były przebudowywane, dewastowane, jak odcisnęło się na nich piętno wojny czy realnego socjalizmu. Nie miałem ochoty estetyzować, ale kiedy przyjrzy się pan fotografiom dokładniej, spostrzeże pan w kadrowaniu pewien sposób patrzenia. Metody artystyczne są ukryte. Na tym polega istota dokumentu.
Które przypadki "drugiego życia" synagog czy domów modlitwy Pana najbardziej szokowały?
- Po pewnym czasie przestało mnie już cokolwiek szokować, ale niektóre pomysły napawały mnie niesmakiem. Mam na myśli choćby restaurację w stylu kowbojskim pod nazwą McKenzee Saloon w synagodze w Chełmie. Zaskoczył mnie zakład pogrzebowy w synagodze w Krośniewicach. Ale bardziej irytowało mnie bezmyślne niszczenie tych obiektów, także w ostatnich latach, np. w synagodze w Ujeździe, dziś siedzibie straży pożarnej, skuto elementy ozdobne.
Podoba mi się pomysł Pana pracy. To wezwanie, aby nie pozostawać obojętnym?
- Tak, ale nie tylko. Tytuł jest wieloznaczny. Mówi też choćby o tym, że sam realizm jest subiektywny. Albo o świadkach, którzy oglądają te budowle i nie reagują.
Skąd się wziął?
- To tytuł recenzji Bogusława Deptuły z wystawy "Nowi dokumentaliści", pokazywanej w 2006 r. w CSW, w której brałem udział. Deptuła pisał, że fotografowie dokumentaliści nie podejmują tematów społecznych. Ponieważ jestem z natury przekorny - mimo że autor akurat mnie w tej recenzji pochwalił - pomyślałem, że to doskonały tytuł do tematu, który będzie społecznie zaangażowany...
Próbował Pan tych ludzi zrozumieć? Może gdyby mieszkał Pan obok takiej ruiny od dziecka, też nie widziałby Pan w tym nic dziwnego?
- Nie jest grzechem, że z pewnych rzeczy nie zdajemy sobie sprawy. Ale kiedy zaczyna to do nas docierać, powinniśmy działać. Ja pomyślałem, że muszę zareagować, kiedy uświadomiłem sobie, jak bardzo podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości upowszechniła się w języku debaty publicznej retoryka pogardy i nienawiści; kiedy zobaczyłem, w jaki sposób się to przekłada na reakcje ludzi. Jak zawsze w przypadku populistycznej prawicy pojawiły się wątki żydowskie. Przykład: były premier mówiący o "geszeftach".
Domyślam się odpowiedzi, ale może ma Pan receptę na poprawę losu synagog i domów modlitwy w Polsce?
- Gdybym ją miał, już dawno bym ją zwerbalizował. Nie ma ludzi, którzy przychodziliby się tam modlić i łożyli na utrzymywanie czy odbudowę. Sytuacja jest bez wyjścia.
*Wojciech Wilczyk - rocznik 1961. Krakowski fotograf, poeta i krytyk sztuki. Fotografował m.in. śląską architekturę przemysłową, "życie po życiu" starych samochodów i pielgrzymów w Kalwarii Zebrzydowskiej.
Przedsięwzięcie artysty nominowano do wielu nagród, m. in. Beaty Pawlak w 2009 roku, Deutsche Börse Photography Prize 2011 i Energii Kultury 2009, zaś pierwsza edycja albumu zdobyła wyróżnienie w kategorii "album" w Fotograficznej Publikacji Roku 2009. Od trzech lat wystawa krąży po świecie.
Rozmowa z Wojciechem Wilczykiem
Jędrzej Słodkowski: Podchodzi Pan do budynku, stawia statyw, aparat i...
Wojciech Wilczyk: Momentalnie mam poczucie, że jestem obserwowany zza szyby, firanki. Zaraz też pojawia się ktoś, kto pyta, co robię. Czasem jest to czysta ciekawość, częściej słyszę: po co, dla kogo. Pojawia się obawa, że to może spadkobierca wraca albo gmina wystąpiła o zwrot. Czasami spotkałem się z agresją, parę razy musiałem się wycofać.
Dopiero z Pańskich fotografii dowiedziałem się, że tam, gdzie dziś jest restauracja Sofa czy mój ulubiony punkt ksero przy ul. Piotrkowskiej, były niegdyś domy modlitwy. Jak Pan dochodził do przedwojennego przeznaczenia budynków?
- Są strony internetowe poświęcone dziedzictwu żydowskiemu, strony pasjonatów. Korzystałem też z katalogu Eleonory Bergman i Jana Jagielskiego "Zachowane synagogi i domy modlitwy w Polsce". W miejscach, o których pan wspomniał, prawdopodobnie znajdowały się kiedyś prywatne domy modlitwy. Informacje o nich powtarzały się, więc zaryzykowałem ich włączenie. To przykłady przypadków trudnych do ustalenia. Dokumenty zginęły razem z ludźmi, którzy się w tych domach modlili.
Co było impulsem, który kazał się Panu zająć tym tematem?
- Ten projekt we mnie dojrzewał od dawna. Zwracałem uwagę na wygląd niektórych miasteczek czy dzielnic, ale długo nie wiedziałem dlaczego. Z czasem doszło do mnie, że są to dawne sztetle czy dzielnice żydowskie. Jest w nich stan opuszczenia, charakterystyczny typ zabudowy. Sfotografowałem trzy dawne budynki kultowe, które mijam na drodze z Krakowa do Warszawy, a po wywołaniu negatywu uznałem, że pomysł okazał się treściwy wizualnie i warto go rozwinąć. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy z liczby budynków, ich stanu, skali ich modyfikacji i tego, jak mroczna historia im towarzyszy.
Dlaczego zdecydował się Pan na tak przejrzystą formę?
- Posługuję się od lat konwencją fotografii dokumentalnej. To najbardziej nośna forma, dzięki niej można najwięcej powiedzieć. Robienie artystycznych zdjęć w tym wypadku mija się z celem, chodziło mi o pokazanie kontekstu, w jakim znajdują się te obiekty. Oglądając serię zdjęć, wzbogacamy naszą wiedzę o tym, jak te budynki były przebudowywane, dewastowane, jak odcisnęło się na nich piętno wojny czy realnego socjalizmu. Nie miałem ochoty estetyzować, ale kiedy przyjrzy się pan fotografiom dokładniej, spostrzeże pan w kadrowaniu pewien sposób patrzenia. Metody artystyczne są ukryte. Na tym polega istota dokumentu.
Które przypadki "drugiego życia" synagog czy domów modlitwy Pana najbardziej szokowały?
- Po pewnym czasie przestało mnie już cokolwiek szokować, ale niektóre pomysły napawały mnie niesmakiem. Mam na myśli choćby restaurację w stylu kowbojskim pod nazwą McKenzee Saloon w synagodze w Chełmie. Zaskoczył mnie zakład pogrzebowy w synagodze w Krośniewicach. Ale bardziej irytowało mnie bezmyślne niszczenie tych obiektów, także w ostatnich latach, np. w synagodze w Ujeździe, dziś siedzibie straży pożarnej, skuto elementy ozdobne.
Podoba mi się pomysł Pana pracy. To wezwanie, aby nie pozostawać obojętnym?
- Tak, ale nie tylko. Tytuł jest wieloznaczny. Mówi też choćby o tym, że sam realizm jest subiektywny. Albo o świadkach, którzy oglądają te budowle i nie reagują.
Skąd się wziął?
- To tytuł recenzji Bogusława Deptuły z wystawy "Nowi dokumentaliści", pokazywanej w 2006 r. w CSW, w której brałem udział. Deptuła pisał, że fotografowie dokumentaliści nie podejmują tematów społecznych. Ponieważ jestem z natury przekorny - mimo że autor akurat mnie w tej recenzji pochwalił - pomyślałem, że to doskonały tytuł do tematu, który będzie społecznie zaangażowany...
Próbował Pan tych ludzi zrozumieć? Może gdyby mieszkał Pan obok takiej ruiny od dziecka, też nie widziałby Pan w tym nic dziwnego?
- Nie jest grzechem, że z pewnych rzeczy nie zdajemy sobie sprawy. Ale kiedy zaczyna to do nas docierać, powinniśmy działać. Ja pomyślałem, że muszę zareagować, kiedy uświadomiłem sobie, jak bardzo podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości upowszechniła się w języku debaty publicznej retoryka pogardy i nienawiści; kiedy zobaczyłem, w jaki sposób się to przekłada na reakcje ludzi. Jak zawsze w przypadku populistycznej prawicy pojawiły się wątki żydowskie. Przykład: były premier mówiący o "geszeftach".
Domyślam się odpowiedzi, ale może ma Pan receptę na poprawę losu synagog i domów modlitwy w Polsce?
- Gdybym ją miał, już dawno bym ją zwerbalizował. Nie ma ludzi, którzy przychodziliby się tam modlić i łożyli na utrzymywanie czy odbudowę. Sytuacja jest bez wyjścia.
*Wojciech Wilczyk - rocznik 1961. Krakowski fotograf, poeta i krytyk sztuki. Fotografował m.in. śląską architekturę przemysłową, "życie po życiu" starych samochodów i pielgrzymów w Kalwarii Zebrzydowskiej.



