kino, teatr, muzyka

Łódź

Żar Jaroussky'ego. Owacje na stojąco i cztery bisy [ZDJĘCIA, WIDEO]

Jędrzej Słodkowski
23.01.2012 , aktualizacja: 23.01.2012 13:45
A A A Drukuj
PHILIPPE JAROUSSKY Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta PHILIPPE JAROUSSKY
Philippe Jaroussky zachwycił w niedzielny wieczór (22 stycznia) publiczność w Filharmonii Łódzkiej. Wraz z zespołem L'Arpeggiata zaprezentował m.in. popularne utwory z Argentyny. Gwiazdor udowodnił, że oprócz pięknego głosu ma kapitalne poczucie humoru i ogromny dystans do siebie
PHILIPPE JAROUSSKY
Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
PHILIPPE JAROUSSKY
PHILIPPE JAROUSSKY i L'ARPEGGIATA
Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
PHILIPPE JAROUSSKY i L'ARPEGGIATA
PHILIPPE JAROUSSKY Z CHRISTINĄ PLUHAR
Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
PHILIPPE JAROUSSKY Z CHRISTINĄ PLUHAR
SERWISY
Znakomity zespół muzyki dawnej i śpiewak dorównujący sławą gwiazdom popu wystąpili w Łodzi w przeddzień premiery ich najnowszej płyty "Los Pajaros Perdidos" poświęconej dawnej, tradycyjnej i współczesnej muzyce Ameryki Południowej.

Nowe kompozycje artyści zostawili na koniec, a wcześniej prezentowali dzieła znane ze wcześniejszych projektów. Zabrzmiały więc madrygały Claudia Monteverdiego w jazzujących wersjach (tzw. walking bas, solówki Dorona Sherwina na kornecie, który wyglądem bardziej przypomina długi flet niż dzisiejszy kornet, podobny do trąbki). Gdy muzycy L'Arpeggiaty improwizowali w rytmie taranteli, mogliśmy powspominać poprzednią wizytę tego zespołu w FŁ, z repertuarem z płyty "La Tarantella". Nie zabrakło akcentu z meksykańskiej płyty "Los Impossibles" - baro(c)kowego "Jacaras" Santiaga de Murcii.

Dominowała jednak muzyka mniej znanych włoskich kompozytorów XVII-wiecznych. Jaroussky zachwycił zwłaszcza w "Stabat Mater" Giovanniego Felice Sancesa. Ale czy w innych nie zachwycał? Delikatny, ale silny głos, fenomenalna technika pozwalająca mu z lekkością i pewnością siebie pokonywać wszystkie pułapki zastawione przez barokowych kompozytorów, a do tego naturalność i wrodzony wdzięk - od Jaroussky'ego nie sposób oderwać i uszu, i oczu.

Wielką frajdą jest też słuchanie L'Arpeggiaty na żywo. Teorba, której dwumetrowe struny mocno szarpie liderka Christina Pluhar brzmi mięsiście, gitara barokowo - soczyście i radośnie, klawesyn i psalterion zachwycają szklistością, bęben obręczowy dudni jakby maszerowało wojsko. Obróbka cyfrowa te dźwięki dramatycznie dewastuje.

Philippe Jaroussky jest jednym z pięciorga wokalistów udzielających się na nowej płycie L'Arpeggiaty. Christina Pluhar wpadła na kolejny nieszablonowy pomysł: kontratenorowi zaproponowała zaśpiewanie kilku współczesnych utworów, które wybrała na "Los Pajaros Perdidos" ("Zaginione ptaki"). Przede wszystkim piosenki tytułowej, sentymentalnej perełki Astora Piazzolli. Tego, że Jaroussky sprawdzi się tu idealnie, można było być pewnym już przed koncertem. Ale kolejne trzy utwory: tradycyjny "Duerme negrito", "Zamba del Chaguanco" Hildy Herdery i "Como la Cigarra" Ariela Rota spopularyzowała Mercedes Sosa. Czy może być większy kontrast między ciemnym, bynajmniej nieperfekcyjnym głosem argentyńskiej pieśniarki i anielskim kontratenorem Francuza? Eksperyment jednak się udał, Jaroussky wypadł zaskakująco przekonująco, może za wyjątkiem drugiego z wymienionych utworów, w którym dało się odczuć, że nie jest posiadaczem latynoskiej duszy. Zespół także grał chwilami asekuracyjnie. Słychać, że to nowe utwory, z którymi zespół musi się oswoić na kolejnych koncertach.

Na bis wyszli już inni, całkowicie wyluzowani muzycy. Tremę związaną z premierą nowego programu odreagowali parodystyczną wersją "Ohime ch'io cado" Monteverdiego. Doszło do znanego zapewne fanom Jaroussky'ego z nagrań wideo pojedynku z Doronem Sherwinem, największym dowcipnisiem w L'Arpeggiacie. Śpiewak nabijał się z kornecisty, sugerował, że jest niespełna rozumu, robiąc sobie zarazem żarty z własnego głosu, a w finale wykonując efektowny podskok. Sherwin wziął odwet dwa bisy później, wtrącając się w partię Jaroussky'ego, na co ten "obraził się" i wymaszerował z estrady.



W sumie wiwatująca publiczność wyprosiła aż cztery bisy, w tym meksykański standard "Besame mucho", który zamyka "Los Pajaros Perdidos".

.

Dzięki zgodzie muzyków na dostawienie krzeseł po bokach estrady koncertu mogli wysłuchać wszyscy, którzy stawili się pod kasami w nadziei na kupienie wejściówek (wszystkie bilety sprzedały się 1 grudnia). Po koncercie główni bohaterowie wieczoru podpisywali w foyer płyty i rozmawiali z melomanami ustawionymi w niekończącej się kolejce. Albumy "Los Pajaros Perdidos", które można było kupić przedpremierowo, wyprzedały się już przed koncertem.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się