kino, teatr, muzyka

Lublin

Marcelina: Trzeba mierzyć wysoko

Rozmawiał: Tomasz Kowalewicz
14.12.2012 , aktualizacja: 14.12.2012 14:36
A A A Drukuj


Porozmawiajmy chwilę o ludziach, którzy towarzyszą Ci w tej muzycznej drodze. Jak wiele zawdzięczasz Natalii Grosiak?



Bardzo wiele. To osoba, do której zwróciłam się z prośbą o napisanie tekstów. Wydawało mi się zawsze, że nie potrafię tego robić i koniec. A teksty Natalii w Mikromusic, czy w jej osobistych piosenkach, bardzo mi się spodobały. Były dosyć metaforyczne, kobiece. Natalia zgodziła się i napisała nawet kilka piosenek na płytę. W pewnym momencie stwierdziłam jednak, że dziwnie to wygląda, kiedy ktoś próbuje pisać o tobie, bo w rzeczywistości jego słowa mogą nie pokrywać się z twoimi uczuciami. Umówiłyśmy się więc, że nad tekstami usiądziemy razem. Na szczęście mam tak, że kiedy słyszę jakąś melodię, od razu nasuwa mi się temat, o którym chce śpiewać. Nasze spotkania polegały więc na tym, że mówiłam Natalii, o czym ma być dany utwór, czasami dostawała ode mnie też fragment refrenu i dalej jakoś samo szło. Z biegiem czasu zaczęłam przychodzić z połową napisanej piosenki, a ona mi go jedynie delikatnie poprawiła. Początkowo miałam taki plan, żeby teksty na nową płytę napisać razem z Natalią. Ale siedzieliśmy któregoś dnia całym zespołem w studiu, tworząc jeden z kawałków. Zaśpiewałam melodię i chłopaki powiedzieli "weź napisz jakieś słowa, bez sensu, żebyś śpiewała lalala, bo za tydzień znowu trzeba będzie się spotkać." Usiadłam więc i jakoś tak szybko wpadł mi tekst do głowy, potem drugi i kolejny. Stwierdziłam wtedy, że chyba jednak umiem pisać. [śmiech]



A jest prawdą, że to Natalia przekonała Cię do śpiewania w naszym języku?



Generalnie spotykam na swojej drodze wiele osób, z którymi rozmawiam o muzyce. Podczas jednej z takich dyskusji doszłam do wniosku, że rzeczywiście coś jest w śpiewaniu po polsku. Nie wiem co, ale zauważyłam, że jak napisze się dobry tekst w naszym języku i dobrze się go wykona, ma on wtedy trzy razy większą moc, niż nawet świetny numer śpiewany przez Polaka po angielsku. Dlatego też stwierdziłam, że to jest jednak ta góra K2, na którą chce się wspinać. Póki co jestem zadowolona z tego, co już powstało. Zobaczymy, co dalej, ale... trzeba mierzyć wysoko.



Współpraca z Natalią jest dla mnie jak najbardziej zrozumiała, ale podejrzewam, że Happysad to nie jest zespół z Twojej bajki.



Jeśli pytasz, jak to się stało, że zaśpiewałam z nimi jeden numer to historia jest prosta. Dwa lata temu, zaraz po nagraniu płyty, wystąpiłam na Openerze w Gdyni, a koncert ten oglądali chłopaki z Happysadu. Pół roku później zadzwonił do mnie ich manager, mówiąc, że bardzo podobał się im mój występ, a szczególnie utwór Tatku. Powiedział też, że niedługo świętują 10-lecie w warszawskiej Stodole i zapytał, czy nie chciałabym przed nimi wystąpić. Pomyślałam - super, koncert w Stodole, mnóstwo ludzi i Happysad. Słyszałam wcześniej kilka ich piosenek i bardzo mi się podobały. Może nie jest to moja bajka, ale w domu słucham różnej muzyki. Oczywiście zgodziłam się, zwłaszcza że musiałam się sprawdzić. Następne pół roku później odebrałam kolejny telefon, tym razem z informacją, że nagrywają nową płytę i mają pomysł na duet. Przyjęłam tę propozycję i myślę, że to była dobra decyzja. Zagraliśmy razem kilka koncertów a po drodze bardzo się polubiliśmy. To są bardzo fajni i przede wszystkim normalni ludzie. Fajnie, gdy ktoś z tej samej branży ci kibicuje i wspiera.



Wbrew pozorom Ty jesteś bardzo rock'n'rollowa dziewczyna. Słuchasz Red Hotów, Skin, Roguckiego, zresztą sama mówisz, że do samochodu najbardziej pasuje rock.



Myślę, że ten lekki dysonans miedzy tym, czego słucham sobie w aucie czy w domu, a tym co nagrałam jest spowodowany faktem, że komponowanie i nagrania w moim przypadku odbywały się w studiu, na próbach z muzykami. Zawsze był to dla mnie taki magiczny, trochę intymny moment. Kiedy ktoś ładnie gra, staję przy mikrofonie, wszystko dobrze słyszę i jakoś zawsze nasuwają mi się ładne słowa, kobiece melodie. Mam też specyficzną barwę głosu, której podczas nagrywania pierwszej płyty dopiero się "uczyłam". Bo głos jest jak instrument - ciągle coś w nim odkrywasz. Po tym wszystkim wsiadam do auta, słucham tego, co nagrałam, mówię sobie, że jest fajnie i włączam Red Hotów albo Roguckiego. [śmiech] Oczywiście nie tylko ich. Mam też dużo muzyki soulowej, czy dobrego popu. I zawsze wydawało mi się, że bardziej to do mnie pasuje - do mnie, do mojej barwy itd. Po dwóch latach koncertów, gdzie w większości z nich towarzyszył mi Robert Cichy- gitarzysta wielobarwny, bardzo zdolny i też dosyć rockandrollowy, coś mi się przestawiło i te dwa światy się spotkały. Przestałam się zastanawiać, czy to do mnie pasuje, czy w ogóle tak umiem. Na koncertach jesteś najbardziej szczery, bo dosłownie wywalasz z siebie te emocje, nieważne czy to z entuzjazmu, czy ze stresu. Ważne, że to jesteś ty śpiewający swoje piosenki. A jak one ewoluują i dojrzewają razem z Tobą to jest jeszcze fajniej. Dlatego wiele osób mówi, że te wykonania koncertowe są całkiem inne, niż na płycie- ostrzejsze, bardziej energetyczne. Mnie to bardzo cieszy. To znaczy, że dojrzewam, zmieniam się i idę do przodu. O to przecież chodzi.



Chciałbym wrócić do tematu, którego Ty chyba za bardzo nie lubisz poruszać, czyli program "Moja Generacja", w którym wystąpiłaś cztery lata temu. Żałujesz tego udziału?



Ogólnie nie żałuję, chociaż kiedyś postanowiłam sobie, że nigdy nie zgłoszę się do tego typu programów. Ale redakcja "Nowej Generacji" wysłała do nas maila z informacją, że można grać własne utwory, nie tylko covery. A to mnie w tych programach zawsze wkurzało najbardziej. Najczęściej trzeba odgrywać czyjeś rzeczy i to zazwyczaj narzucone przez jury. Każą zaśpiewać ci w danym odcinku konkretny numer, a potem słyszysz w ocenie, że takich piosenek się nie śpiewa i następuje negacja wszystkiego. To jest bez sensu. No więc poszliśmy do "Nowej Generacji" z Mariijowym składem. W pierwszym odcinku zagraliśmy swój utwór, po czym powiedziano nam, że nie możemy grać więcej własnych kompozycji. [śmiech] I potwierdziła się moja teoria. Nie jest oczywiście tak, że żałujemy, ponieważ na pewno ktoś nas zauważył, a też jakoś źle nie wyszło. Byliśmy w finale, więc jest okej.

Bestsellery