Restauracja GoKo
01.02.2012
, aktualizacja: 01.02.2012 17:28
Na mroźnym, wieczornym niebie nad wieżą Ratusza widać było delikatnie wygięty łuk księżyca, a dokładnie pod nim - jedną jedyną gwiazdę. Widok ten natchnął nas z Tymkiem, by odwiedzić Japonię - nazywaną przez jej mieszkańców krajem trzydniowego księżyca - w Poznaniu. Tym razem postanowiliśmy spróbować czegoś innego niż sushi.
Na rogu Woźnej i Mostowej (Woźna 13) jest restauracja GoKo - wysmakowana od zewnątrz i od środka. Tutaj można spróbować body-sushi, ekskluzywnego sposobu podawania sashimi i sushi - bezpośrednio z ciała pięknej kobiety lub przystojnego mężczyzny, ubranych tylko w kwiaty i liście. Ale o tym innym razem.
Wchodzimy do środka i już wiemy, że dobrze trafiliśmy. Mało jest restauracji w Poznaniu, gdzie każdy element jest tak perfekcyjnie, "po japońsku" dopieszczony i tak harmonijnie zespolony. Na stołach czekają już pałeczki w czarnej serwetce, "przypieczętowane" szarozielonym kamykiem, który posłuży w trakcie jedzenia jako podpórka. Na ladzie, przy której w porze lunchu można zjeść sushi "za 20 proc. mniej", przyciąga wzrok ikebana ze świeżych, czerwonych anturium, nabitych na oryginalny metalowy kenzan w szklanej misie. We wnęce pokaźna kolekcja tradycyjnych laleczek kokeshi. Szarość, czerwień, czerń zgodnie pieszczą nasze oczy. Ale absolutnym hitem restauracji jest dizajnerska łazienka - ze szklaną umywalką - kaskadą i krzesłem Fabio "Him", z odciśniętymi pośladkami mężczyzny. Czy obiecane w nazwie GoKo pięć żywiołów poruszy nasze podniebienie z taką samą siłą jak wnętrze?
Zaczynamy od zupy Tom Yum Goong, znanej również miłośnikom kuchni tajskiej, czyli pikantnego bulionu serwowanego z krewetkami, marchewką oraz z mlekiem kokosowym. Z dna miseczki wychyla się ku nam udon - gruby, prostokątny makaron z mąki pszennej. Wygląda jak kalmar pokrojony w paski. Jest to jedna z najdroższych tutaj zup. Ale warto tu przyjść, choćby tylko po to, żeby jej spróbować. Każda łyżka to prawdziwa poezja, nasączona natchnieniem kucharza, który z trawy cytrynowej, chili, świeżego szczypiorku i płatków surowej pieczarki, wrzuconej do wrzącej zupy tuż przed podaniem potrafił skomponować wyborny poemat. Byłam bardzo ciekawa, jak będzie smakował Tymkowi ten oryginalny smak i nieopatrznie podałam mu miseczkę (szkoda, że taką małą) z resztą zupy. Niestety, już jej więcej nie zobaczyłam. To znaczy zupy, nie miseczki. Wszystkich niuansów smaku Tom Yum Goong, tak jak w poezji, nie da się opisać. Za to koniecznie trzeba samemu spróbować!
Na drugie danie zamówiłam Haru - łososiowe okonomiyaki. Bywalcy Japonii nazywają je również "ekonomiaki", bo to stosunkowo tanie danie, rodzaj japońskiej pizzy czy naleśnika. Choć jego widok jest absolutnie niepowtarzalny. Omletowe ciasto, przetykane w przypadku mojego dania bakłażanem, glonami nori, pieczarkami i łososiem, omaszczone sosem serowo-łososiowym, posypane jest katsuobushi. Te delikatne płatki suszonego wędzonego i fermentowanego tuńczyka, pod wpływem ciepła, zaczynają dosłownie tańczyć na talerzu. Smak potrawy jak dla mnie nieco zbyt przygaszony, zabrakło mi jakiegoś bardziej pikantnego sosu, ale dla tego widowiska warto było ją zamówić.
Wrócimy tu jeszcze z Tymkiem na chrupiącą kaczkę i saszetki z bakłażana faszerowanego wieprzowiną. I oczywiście na zupę Tom Yum Gong. I pyszną herbatę o wiśniowym aromacie, pachnącej jak kraj kwitnących wiśni, którego kawałek z pasją i sztuką przenieśli na ulicę Woźną twórcy restauracji GoKo.
Zakątek Tymka
Czy w japońskiej restauracji można zjeść coś oprócz sushi? Chciałem się o tym przekonać, więc zawitałem do GoKo. Okazało się, że można. Nawet całkiem sporo dań. Zamówiłem moje ulubione krewetki. Tutaj podawane były między innymi z warzywami i pływały w sosie, a raczej tłuszczu czosnkowym, co bardzo mi popsuło smak. Lubię czosnek, ale ten jakoś dziwnie smakował. Sos był lekko słodki, a jak już wiem z poprzednich doświadczeń, nie lubię mieszaniny słonego ze słodkim. Musiałem krewetki odsączać z tłuszczu. Od razu smakowały lepiej. Smażonym warzywom - papryce, cebuli i pieczarkom na szczęście ten sos nie zaszkodził. Restauracja nosi nazwę GoKo, czyli po polsku: "pięć żywiołów", ale nie udało mi się odgadnąć, dlaczego.
Wybrane z menu
Ebi no ninniku sosu Itame: smażone krewetki z warzywami w sosie czosnkowym: 45 zł
Tom Yum Goong: pikantny bulion na bazie trawy cytrynowej i chili, serwowany z krewetką, papryczką chili, marchewką oraz z mlekiem kokosowym: 21 zł
Kamo katsu: chrupiąca kaczka: 49 zł
Unagi kabayaki: węgorz smażony z warzywami w sosie kabayaki: 48 zł
Czarna herbata wiśniowa: 9 zł
*MONIKA GÓRSKA - założycielka Fabryki Opowieści (www.fabrykaopowiesci.pl), reżyser i scenarzysta, laureatka m.in. Grand Prix Circom i Golden Remi Award, autorka magazynów ze Skandynawii (TVP Polonia) i kulinarnego Kolorem do smaku (TVP1), wykładowca School of Form i trener storytellingu w prezentacji biznesowej
Wchodzimy do środka i już wiemy, że dobrze trafiliśmy. Mało jest restauracji w Poznaniu, gdzie każdy element jest tak perfekcyjnie, "po japońsku" dopieszczony i tak harmonijnie zespolony. Na stołach czekają już pałeczki w czarnej serwetce, "przypieczętowane" szarozielonym kamykiem, który posłuży w trakcie jedzenia jako podpórka. Na ladzie, przy której w porze lunchu można zjeść sushi "za 20 proc. mniej", przyciąga wzrok ikebana ze świeżych, czerwonych anturium, nabitych na oryginalny metalowy kenzan w szklanej misie. We wnęce pokaźna kolekcja tradycyjnych laleczek kokeshi. Szarość, czerwień, czerń zgodnie pieszczą nasze oczy. Ale absolutnym hitem restauracji jest dizajnerska łazienka - ze szklaną umywalką - kaskadą i krzesłem Fabio "Him", z odciśniętymi pośladkami mężczyzny. Czy obiecane w nazwie GoKo pięć żywiołów poruszy nasze podniebienie z taką samą siłą jak wnętrze?
Zaczynamy od zupy Tom Yum Goong, znanej również miłośnikom kuchni tajskiej, czyli pikantnego bulionu serwowanego z krewetkami, marchewką oraz z mlekiem kokosowym. Z dna miseczki wychyla się ku nam udon - gruby, prostokątny makaron z mąki pszennej. Wygląda jak kalmar pokrojony w paski. Jest to jedna z najdroższych tutaj zup. Ale warto tu przyjść, choćby tylko po to, żeby jej spróbować. Każda łyżka to prawdziwa poezja, nasączona natchnieniem kucharza, który z trawy cytrynowej, chili, świeżego szczypiorku i płatków surowej pieczarki, wrzuconej do wrzącej zupy tuż przed podaniem potrafił skomponować wyborny poemat. Byłam bardzo ciekawa, jak będzie smakował Tymkowi ten oryginalny smak i nieopatrznie podałam mu miseczkę (szkoda, że taką małą) z resztą zupy. Niestety, już jej więcej nie zobaczyłam. To znaczy zupy, nie miseczki. Wszystkich niuansów smaku Tom Yum Goong, tak jak w poezji, nie da się opisać. Za to koniecznie trzeba samemu spróbować!
Na drugie danie zamówiłam Haru - łososiowe okonomiyaki. Bywalcy Japonii nazywają je również "ekonomiaki", bo to stosunkowo tanie danie, rodzaj japońskiej pizzy czy naleśnika. Choć jego widok jest absolutnie niepowtarzalny. Omletowe ciasto, przetykane w przypadku mojego dania bakłażanem, glonami nori, pieczarkami i łososiem, omaszczone sosem serowo-łososiowym, posypane jest katsuobushi. Te delikatne płatki suszonego wędzonego i fermentowanego tuńczyka, pod wpływem ciepła, zaczynają dosłownie tańczyć na talerzu. Smak potrawy jak dla mnie nieco zbyt przygaszony, zabrakło mi jakiegoś bardziej pikantnego sosu, ale dla tego widowiska warto było ją zamówić.
Wrócimy tu jeszcze z Tymkiem na chrupiącą kaczkę i saszetki z bakłażana faszerowanego wieprzowiną. I oczywiście na zupę Tom Yum Gong. I pyszną herbatę o wiśniowym aromacie, pachnącej jak kraj kwitnących wiśni, którego kawałek z pasją i sztuką przenieśli na ulicę Woźną twórcy restauracji GoKo.
Zakątek Tymka
Czy w japońskiej restauracji można zjeść coś oprócz sushi? Chciałem się o tym przekonać, więc zawitałem do GoKo. Okazało się, że można. Nawet całkiem sporo dań. Zamówiłem moje ulubione krewetki. Tutaj podawane były między innymi z warzywami i pływały w sosie, a raczej tłuszczu czosnkowym, co bardzo mi popsuło smak. Lubię czosnek, ale ten jakoś dziwnie smakował. Sos był lekko słodki, a jak już wiem z poprzednich doświadczeń, nie lubię mieszaniny słonego ze słodkim. Musiałem krewetki odsączać z tłuszczu. Od razu smakowały lepiej. Smażonym warzywom - papryce, cebuli i pieczarkom na szczęście ten sos nie zaszkodził. Restauracja nosi nazwę GoKo, czyli po polsku: "pięć żywiołów", ale nie udało mi się odgadnąć, dlaczego.
Wybrane z menu
Ebi no ninniku sosu Itame: smażone krewetki z warzywami w sosie czosnkowym: 45 zł
Tom Yum Goong: pikantny bulion na bazie trawy cytrynowej i chili, serwowany z krewetką, papryczką chili, marchewką oraz z mlekiem kokosowym: 21 zł
Kamo katsu: chrupiąca kaczka: 49 zł
Unagi kabayaki: węgorz smażony z warzywami w sosie kabayaki: 48 zł
Czarna herbata wiśniowa: 9 zł
*MONIKA GÓRSKA - założycielka Fabryki Opowieści (www.fabrykaopowiesci.pl), reżyser i scenarzysta, laureatka m.in. Grand Prix Circom i Golden Remi Award, autorka magazynów ze Skandynawii (TVP Polonia) i kulinarnego Kolorem do smaku (TVP1), wykładowca School of Form i trener storytellingu w prezentacji biznesowej


