kino, teatr, muzyka

Trójmiasto

Najnowsza Holland: Współczesne dylematy w ciemności

Rozmawiał Przemysław Gulda
12.10.2011 , aktualizacja: 12.10.2011 15:10
A A A Drukuj
Agnieszka Holland na planie Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta Agnieszka Holland na planie "W Ciemności"
O pokazywaniu świata, którego nie widać i o szansach oskarowych opowiada Agnieszka Holland, reżyserka pokazanego po raz pierwszy w Gdańsku w ramach All About Freedom Festival filmu "W ciemności"
Robert Więckiewicz na planie
Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
Robert Więckiewicz na planie "W Ciemności"
Na planie
Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
Na planie "W ciemności"
Na planie
Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
Na planie "W Ciemności"
Przemysław Gulda: Dlaczego zdecydowała się pani na poruszenie - dość gorącego, zwłaszcza po ostatnich okołogrossowskich debatach - tematu relacji miedzy Polakami a Żydami w czasie wojny? Dlaczego zdecydowała się pani ponownie na poruszenie - obecnego już przecież w pani twórczości - tematu losu Żydów w tych tragicznych czasach?

Agnieszka Holland: Zadecydowała oczywiście przede wszystkim siła i oryginalność scenariusza, a dodatkowo - bo to dla mnie zawsze zachęta - wyzwania techniczne, które stanęły w związku z tym filmem przede mną jako filmowcem. Wracając jednak do samego tematu filmu - nie ucieknę od tego, to jest przecież moja tematyka właściwie od zawsze. I wciąż mam wrażenie, że jej jeszcze nie wyczerpałam. Tym bardziej, że najnowszy film pokazuje ten temat w nieco innym świetle niż poprzednie. Myślę, że w pewnym sensie jest to znakomite dopełnienie mojej trylogii dotyczącej żydowskich losów.

Na ile rzeczone debaty dotyczące relacji Polaków i Żydów wpłynęły na kształt i wymowę pani najnowszego filmu?

- To, że takie kwestie jak Jedwabne pojawiły się w mediach, w debacie publicznej, nie było dla mnie jakimś wielkim przełomem, choć bardzo się z tego ucieszyłam. Zajmowałam się tymi kwestiami już wcześniej, znałam mnóstwo dokumentów i świadectw, które wypłynęły dopiero przy okazji debaty wywołanej przez Grossa. Nie wiedziałam co prawda o Jedwabnem, ale to tylko potwierdziło wiele moich obaw i niepokojów. A sam film pod względem koncepcyjnym powstawał zanim o tej sprawie zrobiło się głośno, więc nie jest w żadnym sensie inspirowany tą dyskusją.

Wiele filmów w programie tegorocznego festiwalu All About Freedom zadaje współczesnemu człowiekowi, żyjącemu w spokojnej, w miarę dostatniej - nawet mimo kryzysu - Europie pytania o granice jego wolności. Jak pani najnowszy obraz wpisuje się w ten kontekst? Czego, mimo historycznego kostiumu, może się z niego dowiedzieć o sobie człowiek współczesny?

- W sensie bezpośrednim może się dowiedzieć, jak wyglądają dramatyczne wybory ludzkie w sytuacjach skrajnych, jak być wolnym w sytuacji ekstremalnego nawet zniewolenia. Ale dowie się też sporo na temat tego, gdzie w samym człowieku przebiega granica między dobrem a złem. Wydaje mi się, że podobnych wyborów, których dokonywać muszą bohaterowie filmu, każdy z nas dokonuje na co dzień. Różnica jest tylko taka, że w naszej dzisiejszej rzeczywistości okoliczności tych wyborów są dużo mniej radykalne, dużo bardziej, powiedziałabym, rozrzedzone.

Większość filmu dzieje się w kanałach. Czy to celowe nawiązanie do "Kanału" pani opiekuna i nauczyciela, Andrzeja Wajdy? Z jakimi trudnościami technicznymi musiała się pani zmierzyć w trakcie realizacji tego filmu?

- "Kanał" Wajdy był wielką inspiracją i oczywistym punktem odniesienia, ale przecież nie głównym powodem powstania mojego filmu. Kiedy ten temat trafił w moje ręce, natychmiast pomyślałam o "Kanale", wiedziałam, że te filmy będzie się porównywać, co było dla mnie wielkim wyzwaniem. Ale rzeczywiście wyzwanie największe miało charakter techniczny, choć wiązało się także z nieco bardziej głębszymi kwestiami niż tylko sprawa odpowiedniego dobrania oświetlenia. Musiałyśmy sobie z Jolantą Dylewską, autorką zdjęć, odpowiedzieć na kilka ważnych pytań: jak wyrazić ciemność, jak sugestywnie pokazać świat, którego większa część jest niewidoczna. Musiałyśmy dokonywać niemal skrajnych wyborów dotyczących światła na planie: musiało go być jak najmniej, ale jednocześnie tyle, żeby było widać wszystko, co było niezbędne do zrozumienia i odpowiedniego odebrania poszczególnych scen. Mam nadzieję, a po pierwszych pokazach nawet - przekonanie, że nam się to udało.



Wszyscy recenzenci, ale i pani sama w kilku wywiadach, określają kreację Roberta Więckiewicza jako jego rolę życia. Jak się pani udało sprawić, że ten wybitny - świadczy o tym przecież wiele jego poprzednich ról - aktor przeszedł u pani na planie samego siebie?

- Nie, no zaraz, zaraz: "rola życia" to zdecydowanie nie jest odpowiednie określenie. Przecież to młody człowiek, wciąż ma jeszcze mnóstwo ról do zagrania. A wracając do jego kreacji w moim najnowszym filmie, najlepiej chyba ująć to tak: to wszystko w nim po prostu było, trzeba było tylko pomóc mu to w sobie odnaleźć. On ma wielką inteligencję emocjonalną, a to z pewnością pomaga w tworzeniu postaci. Nie robiliśmy żadnej wielkiej rewolucji, jeśli chodzi o jego metody warsztatowe: odbyliśmy dużo rozmów o postaci, zrobiliśmy sporą dokumentację. Myślę, że na płaszczyźnie czysto technicznej ważna była dla niego nauka lwowskiego języka - to z pewnością pomogło mu wejść w tą postać. Mam wrażenie, że ważna też była dla niego współpraca z innymi aktorami na planie. To także dawało mu dużo siły.

Wielokrotnie w poprzednich latach oceniała pani szanse polskich kandydatów do Oskarów, czy jest pani w stanie zrobić to także dziś, kiedy to pytanie może dotyczyć pani filmu?

- Oczywiście jest mi trudniej, ale myślę, że istnieje kilka obiektywnych kwestii, które mi na taką ocenę pozwalają. Nie chcę oczywiście niczego przesądzać, bo wszystko może się zdarzyć, tym bardziej, że film na razie jest tylko kandydatem do nominacji, ale chciałam zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze - właściwie zaraz po pierwszym pokazie film został, przy wielkim entuzjazmie, zakupiony przez amerykańską firmę dystrybucyjną, znakomitą jeśli chodzi o taki typ filmów - Sony Pictures Classics. Nie spotkało to żadnego polskiego filmu od czasów dzieł Kieślowskiego i jest dla mnie świetny dowodem, że film podoba się Amerykanom. Po drugie - "W ciemności" zebrało też świetne opinie po dwóch pokazach na ważnych amerykańskich festiwalach: w Telluride i kanadyjskim Toronto. I to właśnie tam krytycy po raz pierwszy głośno powiedzieli mi o szansach na Oskara.

Polecamy znakomity dokument i rozmowę - Chodorkowski za to wszystko płaci



Podziel się

Jesteśmy na Facebooku