O wolności mniej ale lepiej na All About Freedom
14.10.2011
, aktualizacja: 17.10.2011 11:23
Świetnie, że na festiwalu All About Freedom pojawił się cykl filmów pytających współczesnego Europejczyka, żyjącego w jednym z najbezpieczniejszych i najwygodniejszych regionów świata, o granice jego wolności, o jego miejsce w zmieniającej się rzeczywistości - pisze Przemysław Gulda, Gazeta Wyborcza
ZOBACZ TAKŻE
- Kobiety mówią chórem na festiwalu All About Freedom (16-10-11, 16:40)
- Najnowsza Holland: Współczesne dylematy w ciemności (12-10-11, 15:09)
- Chodorkowski za to wszystko płaci (07-10-11, 17:17)
- Mocne filmy o wolności na festiwal All About Freedom (07-10-11, 13:02)
- Oglądać, a potem dyskutować o wolności na All About Freedom (04-10-11, 18:15)
- Wszystko o wolności na AAFF (03-10-11, 13:16)
- Festiwal All About Freedom (29-09-11, 13:36)
- Przestrzeń intelektualnej regeneracji na All About Freedom (28-09-11, 13:38)
SERWISY
W Gdańsku trwa właśnie piąta edycja festiwalu All About Freedom - interdyscyplinarnej imprezy, która daje możliwość zapoznania się różnymi sposobami w jakie artyści, reprezentujący odmienne dziedziny sztuki, wypowiadają się na temat zasadniczego tematu imprezy, zawartego już w samej jej nazwie, wolności. W czwartek zakończyła się pierwsza, filmowa część festiwalu
W tym roku organizatorzy postanowili nieco ograniczyć program filmowy, wychodząc z założenia, że lepiej pokazać dwa dobre filmy dziennie niż budować program na siłę z jak największej ilości propozycji. Ten pomysł sprawdził się bardzo dobrze - po tygodniu oglądania skrupulatnie wybranych filmów ma się raczej wrażenie niedosytu niż pamiętne po poprzednich edycjach festiwalu zmęczenie prawdziwą lawiną propozycji o różnym ciężarze gatunkowym.
Pytania Europejczyków
W myśl hasła "mniej, ale lepiej" sprawdził się też pomysł skoncentrowania się na tylko na kilku zagadnieniach, a nie - nieudanej przecież z samego założenia - na próbie ogarnięcia wszystkich kwestii, które obejmuje bardzo szerokie znaczeniowo hasło festiwalu. Nie oznacza to bynajmniej, że festiwal doznał jakiegoś tematycznego, czy intelektualnego ograniczenia. Wręcz przeciwnie. Organizatorom udało się w tym roku otworzyć go na tematykę bardzo ważną, a do tej pory nie poruszaną w ramach tej imprezy.
Z jednej strony bowiem nie zabrakło obowiązkowych na festiwalach tego typu tematów: nieudana rewolucja w Iranie, wyniszczające wojny plemienne w Afryce czy wyzysk ekonomiczny krajów rozwijających się. Dzięki kilku ciekawym filmom podejmującym właśnie tego typu tematy, organizatorzy pokazali, że trzymają rękę na pulsie tego, co się dzieje na świecie i tego, co staje się tematem dla ciekawych filmów, zarówno fabularnych, jak i dokumentalnych. Ale z drugiej strony na festiwalu pojawił się cały cykl obrazów, które - szukając wspólnego mianownika - można by określić jako pozycje pytające współczesnego Europejczyka, żyjącego w jednym z najbezpieczniejszych i najwygodniejszych regionów świata, o granice jego wolności, o jego miejsce w zmieniającej się rzeczywistości.
Filmy, które mówią o naszym życiu
To bardzo poważny sygnał wysłany ze strony organizatorów, a zarazem bardzo poważne wyzwanie intelektualne i etyczne. Do tej pory na festiwalu widz konfrontowany był bowiem przede wszystkim z wydarzeniami mniej lub bardziej dramatycznymi, ale odległymi, dziejącymi się "gdzieś tam": w niedostępnych regionach Afryki czy w dalekiej amazońskiej dżungli. Oglądanie tego typu filmów często było z pewnością poruszające, ale jednocześnie w pewien sposób bardzo bezpieczne - zawsze można było wziąć to, co się widziało w nawias, mając świadomość, że to problemy, które nie dotyczą nas bezpośrednio, które nigdy nie zapukają do naszych drzwi. W tym roku było inaczej. Duża część festiwalowych filmów zadawała widzowi pytania, które zadawać sobie powinien na co dzień, albo zadawać będzie sobie musiał już wkrótce. W tym sensie filmy te były dużo bardziej niewygodne, dużo bardziej poruszające, dużo bardziej pobudzające do myślenia i uderzające w sam środek autorefleksji współczesnego Europejczyka o jego miejscu w świecie i sprawach, które go bezpośrednio dotyczą.
Bo przecież w powoli, acz coraz wyraźniej laicyzującym się polskim społeczeństwie pytanie o wartość i potrzebę przeżycia duchowego, takie jakie zadał w swoim filmie "Gunnar szuka boga" skandynawski twórca Gunnar Jensen, nabiera coraz większego znaczenia. Dramatyczny monolog jednego z bohaterów norweskiego filmu "Oslo, 31 sierpnia" Joachima Triera (swoją drogą - obrazu znacznie mniej udanego niż jego znane z dystrybucji kinowej w Polsce dzieło "Reprise"), obnażający prawdę o wypranym z emocji i wszelkich śladów entuzjazmu życiu ustabilizowanych trzydziestolatków, znakomicie oddaje przecież to, co czuć musi wielu młodych, bogatych gdańszczan, którzy właśnie kupili sobie domy za obwodnicą.
Warto rozmawiać
Stąd kolejny plus po stronie osiągnięć tegorocznego All About Freedom - danie uczestnikom szansy na podzielenie się swoimi refleksjami podczas otwartych debat, odbywających się po projekcjach. Odbyło się ich kilka i miały bardzo różny poziom: niezwykle gorąco było podczas rozmowy Cyrila Tuschiego i prof. Jeffreya Goldfarba na temat Chodorkowskiego - bohatera dokumentalnego filmu autorstwa pierwszego z nich, kiedy rozmowa z przypadku naftowego potentata uwięzionego przez władzę zeszła na temat statusu zorganizowanej przemocy we współczesnym świecie. Ciekawa była także rozmowa z Harrisem Mawusi i Edwinem Bendykiem - ten pierwszy, mieszkający od lat w Polsce Afrykańczyk z Ghany pokazał zmiany na jego rodzinnym kontynencie w nieco innym kontekście niż można to przeczytać w oficjalnych mediach, ten drugi zaś, udowadniając, że jest dziś jednym z najbardziej świadomych i błyskotliwych polskich publicystów, w bardzo przekonujący sposób nakreślił sieć ekonomicznych i politycznych zależności we współczesnym świecie. Klasą samą dla siebie była Agnieszka Holland ze swadą opowiadającą o perypetiach na planie swego najnowszego filmu i o antysemityzmie do dziś tkwiącym głęboko w świadomości Europejczyków. Stosunkowo niemrawo przebiegała natomiast debata po filmie Jensena - okazało się, że kiedy o wierze trzeba rozmawiać, a nie manifestować ją na ulicy, Polacy potrafią tylko uciec do akademickich, dość mocno oderwanych od rzeczywistości, sformułowań. Sporo życia do tej rozmowy wniosła tylko maturzystka, która bezpardonowo zaatakowała twórcę za jego duchowe lenistwo.
Pierwsze dni tegorocznego festiwalu przekonują, że zmiany, które zaproponowali jego twórcy - w przypadku programu filmowego są to Artur Liebhart i Michał Chaciński - przynoszą znakomite efekty. To bardzo dobrze wróży przyszłości tej imprezy.
W tym roku organizatorzy postanowili nieco ograniczyć program filmowy, wychodząc z założenia, że lepiej pokazać dwa dobre filmy dziennie niż budować program na siłę z jak największej ilości propozycji. Ten pomysł sprawdził się bardzo dobrze - po tygodniu oglądania skrupulatnie wybranych filmów ma się raczej wrażenie niedosytu niż pamiętne po poprzednich edycjach festiwalu zmęczenie prawdziwą lawiną propozycji o różnym ciężarze gatunkowym.
Pytania Europejczyków
W myśl hasła "mniej, ale lepiej" sprawdził się też pomysł skoncentrowania się na tylko na kilku zagadnieniach, a nie - nieudanej przecież z samego założenia - na próbie ogarnięcia wszystkich kwestii, które obejmuje bardzo szerokie znaczeniowo hasło festiwalu. Nie oznacza to bynajmniej, że festiwal doznał jakiegoś tematycznego, czy intelektualnego ograniczenia. Wręcz przeciwnie. Organizatorom udało się w tym roku otworzyć go na tematykę bardzo ważną, a do tej pory nie poruszaną w ramach tej imprezy.
Z jednej strony bowiem nie zabrakło obowiązkowych na festiwalach tego typu tematów: nieudana rewolucja w Iranie, wyniszczające wojny plemienne w Afryce czy wyzysk ekonomiczny krajów rozwijających się. Dzięki kilku ciekawym filmom podejmującym właśnie tego typu tematy, organizatorzy pokazali, że trzymają rękę na pulsie tego, co się dzieje na świecie i tego, co staje się tematem dla ciekawych filmów, zarówno fabularnych, jak i dokumentalnych. Ale z drugiej strony na festiwalu pojawił się cały cykl obrazów, które - szukając wspólnego mianownika - można by określić jako pozycje pytające współczesnego Europejczyka, żyjącego w jednym z najbezpieczniejszych i najwygodniejszych regionów świata, o granice jego wolności, o jego miejsce w zmieniającej się rzeczywistości.
Filmy, które mówią o naszym życiu
To bardzo poważny sygnał wysłany ze strony organizatorów, a zarazem bardzo poważne wyzwanie intelektualne i etyczne. Do tej pory na festiwalu widz konfrontowany był bowiem przede wszystkim z wydarzeniami mniej lub bardziej dramatycznymi, ale odległymi, dziejącymi się "gdzieś tam": w niedostępnych regionach Afryki czy w dalekiej amazońskiej dżungli. Oglądanie tego typu filmów często było z pewnością poruszające, ale jednocześnie w pewien sposób bardzo bezpieczne - zawsze można było wziąć to, co się widziało w nawias, mając świadomość, że to problemy, które nie dotyczą nas bezpośrednio, które nigdy nie zapukają do naszych drzwi. W tym roku było inaczej. Duża część festiwalowych filmów zadawała widzowi pytania, które zadawać sobie powinien na co dzień, albo zadawać będzie sobie musiał już wkrótce. W tym sensie filmy te były dużo bardziej niewygodne, dużo bardziej poruszające, dużo bardziej pobudzające do myślenia i uderzające w sam środek autorefleksji współczesnego Europejczyka o jego miejscu w świecie i sprawach, które go bezpośrednio dotyczą.
Bo przecież w powoli, acz coraz wyraźniej laicyzującym się polskim społeczeństwie pytanie o wartość i potrzebę przeżycia duchowego, takie jakie zadał w swoim filmie "Gunnar szuka boga" skandynawski twórca Gunnar Jensen, nabiera coraz większego znaczenia. Dramatyczny monolog jednego z bohaterów norweskiego filmu "Oslo, 31 sierpnia" Joachima Triera (swoją drogą - obrazu znacznie mniej udanego niż jego znane z dystrybucji kinowej w Polsce dzieło "Reprise"), obnażający prawdę o wypranym z emocji i wszelkich śladów entuzjazmu życiu ustabilizowanych trzydziestolatków, znakomicie oddaje przecież to, co czuć musi wielu młodych, bogatych gdańszczan, którzy właśnie kupili sobie domy za obwodnicą.
Warto rozmawiać
Stąd kolejny plus po stronie osiągnięć tegorocznego All About Freedom - danie uczestnikom szansy na podzielenie się swoimi refleksjami podczas otwartych debat, odbywających się po projekcjach. Odbyło się ich kilka i miały bardzo różny poziom: niezwykle gorąco było podczas rozmowy Cyrila Tuschiego i prof. Jeffreya Goldfarba na temat Chodorkowskiego - bohatera dokumentalnego filmu autorstwa pierwszego z nich, kiedy rozmowa z przypadku naftowego potentata uwięzionego przez władzę zeszła na temat statusu zorganizowanej przemocy we współczesnym świecie. Ciekawa była także rozmowa z Harrisem Mawusi i Edwinem Bendykiem - ten pierwszy, mieszkający od lat w Polsce Afrykańczyk z Ghany pokazał zmiany na jego rodzinnym kontynencie w nieco innym kontekście niż można to przeczytać w oficjalnych mediach, ten drugi zaś, udowadniając, że jest dziś jednym z najbardziej świadomych i błyskotliwych polskich publicystów, w bardzo przekonujący sposób nakreślił sieć ekonomicznych i politycznych zależności we współczesnym świecie. Klasą samą dla siebie była Agnieszka Holland ze swadą opowiadającą o perypetiach na planie swego najnowszego filmu i o antysemityzmie do dziś tkwiącym głęboko w świadomości Europejczyków. Stosunkowo niemrawo przebiegała natomiast debata po filmie Jensena - okazało się, że kiedy o wierze trzeba rozmawiać, a nie manifestować ją na ulicy, Polacy potrafią tylko uciec do akademickich, dość mocno oderwanych od rzeczywistości, sformułowań. Sporo życia do tej rozmowy wniosła tylko maturzystka, która bezpardonowo zaatakowała twórcę za jego duchowe lenistwo.
Pierwsze dni tegorocznego festiwalu przekonują, że zmiany, które zaproponowali jego twórcy - w przypadku programu filmowego są to Artur Liebhart i Michał Chaciński - przynoszą znakomite efekty. To bardzo dobrze wróży przyszłości tej imprezy.
Polecamy - Najnowsza Holland: Współczesne dylematy w ciemności





