Żadnej cenzury. Trójmiejskie stand-up comedy
12.12.2011
, aktualizacja: 11.12.2011 19:16
Niezwykle popularna w Stanach Zjednoczonych kabaretowa konwencja stand-up comedy, czyli żartobliwych monologów, prowadzonych ze sceny przez komików, łatwo nawiązujących kontakt z publicznością, wreszcie trafia do Polski.
Jej prekursorami są na dodatek artyści związani z Trójmiastem - kilka dni temu występowało tu bardzo dobrze przyjęte przez lokalną publiczność trio: Katarzyna Piasecka, Kacper Ruciński i Abelard Giza. Ten ostatni, do tej pory znany jako gwiazda gdańskiego kabaretu Limo, opowiada, czym dla niego jest stand-up comedy.
Przemysław Gulda: Skąd wziął się pomysł przeniesienia tej konwencji kabaretowej do Polski?
Abelard Giza: Zaczęło się chyba od oglądania w internecie i przesyłania sobie nawzajem tzw. „śmiesznych filmików”. Szybko okazało się, że bardzo śmieszą nas te, w których komik stoi przed publicznością i opowiada żarty. Kasia i ja mieliśmy już spore doświadczenie kabaretowe, ona występowała w grupie Słuchajcie, a ja w Limo, ale oboje chcieliśmy spróbować czegoś innego, najlepiej czegoś własnego. Ta konwencja wydawała się idealna. Wtedy na horyzoncie pojawił się Kacper, pierwszy znany mi człowiek w Polsce, który regularnie uprawiał stand-up. Spotkaliśmy się we trójkę, zaczęliśmy o tym rozmawiać, zaczęliśmy ćwiczyć na sobie pierwsze skecze, okazało się, że bardzo dobrze się bawimy i że chcemy spróbować wyjść z tym do ludzi. Pierwsze próby przyniosły bardzo zadowalające efekty - publiczność się śmiała, my też się śmialiśmy, uznaliśmy więc, że warto się w to bawić.
No właśnie, publiczność. Ona jest bardzo ważna w przypadku stand-up comedy, bo wiele żartów opartych jest na interakcji z widzami. Amerykanie są do tego przyzwyczajeni, a jak to wygląda w Polsce?
- Powiedziałbym, że coraz lepiej. Publiczność bywa nieco onieśmielona i wycofana, ale coraz częściej spotykamy się z sytuacjami, w których widzowie chętnie uczestniczą we wspólnej zabawie, świetnie rozumieją, że kiedy się z nich śmiejemy, nie robimy tego złośliwie. Zdarza się też, że zaczynają nam bardzo zabawnie odpowiadać. Mam w swoim obecnym programie kilka tekstów, które podłapałem od publiczności. Marzy mi się sytuacja, kiedy prawie w ogóle nie mamy na scenie czasu prezentować przygotowanych wcześniej tekstów, bo cały czas trwa wymiana żartów z publicznością. Do tego etapu musimy jeszcze dorosnąć, ale wierzę, że to nie potrwa za długo.
Jak powstają prezentowane przez was na scenie żarty? Skąd bierzecie pomysły? Pracujecie nad nimi zamknięci w pokoju, czy testujecie je na sobie, na znajomych?
- Tematy biorą się dosłownie z ulicy. Kiedy przeglądam sobie teraz w głowie swój program, okazuje się, że większość żartów bierze się właśnie z krytycznej obserwacji świata: mój pociąg spóźnia się godzinami? Proszę bardzo, mamy skecz o PKP. Ludzie źle parkują samochody na parkingu? I już jest pomysł na kolejny żart. I tak dalej. Na początku powstaje zalążek żartu, jakiś tekst, który może go ponieść, a potem obudowujemy go o kolejne zdania, rozwijamy. Często pracujemy nad tym wspólnie, we trójkę, więc cześć żartów, które wypowiadam ze sceny, jest współautorstwa Kasi albo Kacpra i odwrotnie. Oczywiście praca nad poszczególnymi tekstami odbywa się też na gorąco, na scenie. Przy niektórych tematach mam przygotowanych kilka zdań na wstęp - rzucam je i czekam na reakcję, jeśli widzowie podchwytują temat, idę w to dalej, jak nie - wycofuję się i przechodzę do następnego żartu.
Prawie w ogóle nie ma w waszych programach żartów politycznych. Czy to świadoma decyzja, czy przypadek?
- Absolutnie świadoma decyzja, wynikająca po części z kwestii technicznych, po części - powiedziałbym, światopoglądowych. Po pierwsze - nie jestem za bardzo na bieżąco z tym, co się dzieje w świecie polityki. Żeby być politycznym stand-uperem, a takich przecież nie brakuje, trzeba cały czas śledzić kolejne posunięcia ludzi u władzy i tych z opozycji, a ja nie mam na to czasu ani ochoty. To są właśnie te względy światopoglądowe - ogólne zniechęcenie wobec polityki. Nie bawi mnie ona na co dzień, więc czemu mam o niej opowiadać ze sceny? I jeszcze jedna sprawa - żarty polityczne mają bardzo krótką trwałość, trzeba je bardzo szybko uaktualniać, wyrzucać z programu, dołączać nowe. Szczerze mówiąc - nie uważam, że ten temat jest wart tyle zachodu.
Podtytuł waszego programu brzmi "bez cenzury". I rzeczywiście - poruszacie tematy, których nie można usłyszeć w zwykłych programach kabaretowych, np. seks, na dodatek chętnie posługujecie się wulgaryzmami.
- Wydaje nam się, że ta konwencja - kameralne spotkania w klubie, przypominające czasami niemal prywatną imprezę, znakomicie sprzyjają poruszaniu takich właśnie tematów i używaniu takich właśnie środków. Mówiąc krótko - niektóre żarty po prostu nie brzmią dobrze, jeśli nie powie się ich za pomocą dosadnych słów.
Najbliższa okazja, żeby przekonać się, jak prezentują się na żywo polscy pionierzy stand-up comedy już w najbliższy wtorek, 13 grudnia. Występ odbędzie się w Starym Rowerze (Sopot, ul. Pułaskiego 15). Początek - godz. 20, wstęp: 20 zł. W środę, 14 grudnia natomiast na Scenie Muzycznej Gdańsk (Gdańsk, ul. Powstańców Warszawskich 25). Początek o godz. 19, bilety: 25 zł.
Przemysław Gulda: Skąd wziął się pomysł przeniesienia tej konwencji kabaretowej do Polski?
Abelard Giza: Zaczęło się chyba od oglądania w internecie i przesyłania sobie nawzajem tzw. „śmiesznych filmików”. Szybko okazało się, że bardzo śmieszą nas te, w których komik stoi przed publicznością i opowiada żarty. Kasia i ja mieliśmy już spore doświadczenie kabaretowe, ona występowała w grupie Słuchajcie, a ja w Limo, ale oboje chcieliśmy spróbować czegoś innego, najlepiej czegoś własnego. Ta konwencja wydawała się idealna. Wtedy na horyzoncie pojawił się Kacper, pierwszy znany mi człowiek w Polsce, który regularnie uprawiał stand-up. Spotkaliśmy się we trójkę, zaczęliśmy o tym rozmawiać, zaczęliśmy ćwiczyć na sobie pierwsze skecze, okazało się, że bardzo dobrze się bawimy i że chcemy spróbować wyjść z tym do ludzi. Pierwsze próby przyniosły bardzo zadowalające efekty - publiczność się śmiała, my też się śmialiśmy, uznaliśmy więc, że warto się w to bawić.
No właśnie, publiczność. Ona jest bardzo ważna w przypadku stand-up comedy, bo wiele żartów opartych jest na interakcji z widzami. Amerykanie są do tego przyzwyczajeni, a jak to wygląda w Polsce?
- Powiedziałbym, że coraz lepiej. Publiczność bywa nieco onieśmielona i wycofana, ale coraz częściej spotykamy się z sytuacjami, w których widzowie chętnie uczestniczą we wspólnej zabawie, świetnie rozumieją, że kiedy się z nich śmiejemy, nie robimy tego złośliwie. Zdarza się też, że zaczynają nam bardzo zabawnie odpowiadać. Mam w swoim obecnym programie kilka tekstów, które podłapałem od publiczności. Marzy mi się sytuacja, kiedy prawie w ogóle nie mamy na scenie czasu prezentować przygotowanych wcześniej tekstów, bo cały czas trwa wymiana żartów z publicznością. Do tego etapu musimy jeszcze dorosnąć, ale wierzę, że to nie potrwa za długo.
Jak powstają prezentowane przez was na scenie żarty? Skąd bierzecie pomysły? Pracujecie nad nimi zamknięci w pokoju, czy testujecie je na sobie, na znajomych?
- Tematy biorą się dosłownie z ulicy. Kiedy przeglądam sobie teraz w głowie swój program, okazuje się, że większość żartów bierze się właśnie z krytycznej obserwacji świata: mój pociąg spóźnia się godzinami? Proszę bardzo, mamy skecz o PKP. Ludzie źle parkują samochody na parkingu? I już jest pomysł na kolejny żart. I tak dalej. Na początku powstaje zalążek żartu, jakiś tekst, który może go ponieść, a potem obudowujemy go o kolejne zdania, rozwijamy. Często pracujemy nad tym wspólnie, we trójkę, więc cześć żartów, które wypowiadam ze sceny, jest współautorstwa Kasi albo Kacpra i odwrotnie. Oczywiście praca nad poszczególnymi tekstami odbywa się też na gorąco, na scenie. Przy niektórych tematach mam przygotowanych kilka zdań na wstęp - rzucam je i czekam na reakcję, jeśli widzowie podchwytują temat, idę w to dalej, jak nie - wycofuję się i przechodzę do następnego żartu.
Prawie w ogóle nie ma w waszych programach żartów politycznych. Czy to świadoma decyzja, czy przypadek?
- Absolutnie świadoma decyzja, wynikająca po części z kwestii technicznych, po części - powiedziałbym, światopoglądowych. Po pierwsze - nie jestem za bardzo na bieżąco z tym, co się dzieje w świecie polityki. Żeby być politycznym stand-uperem, a takich przecież nie brakuje, trzeba cały czas śledzić kolejne posunięcia ludzi u władzy i tych z opozycji, a ja nie mam na to czasu ani ochoty. To są właśnie te względy światopoglądowe - ogólne zniechęcenie wobec polityki. Nie bawi mnie ona na co dzień, więc czemu mam o niej opowiadać ze sceny? I jeszcze jedna sprawa - żarty polityczne mają bardzo krótką trwałość, trzeba je bardzo szybko uaktualniać, wyrzucać z programu, dołączać nowe. Szczerze mówiąc - nie uważam, że ten temat jest wart tyle zachodu.
Podtytuł waszego programu brzmi "bez cenzury". I rzeczywiście - poruszacie tematy, których nie można usłyszeć w zwykłych programach kabaretowych, np. seks, na dodatek chętnie posługujecie się wulgaryzmami.
- Wydaje nam się, że ta konwencja - kameralne spotkania w klubie, przypominające czasami niemal prywatną imprezę, znakomicie sprzyjają poruszaniu takich właśnie tematów i używaniu takich właśnie środków. Mówiąc krótko - niektóre żarty po prostu nie brzmią dobrze, jeśli nie powie się ich za pomocą dosadnych słów.
Najbliższa okazja, żeby przekonać się, jak prezentują się na żywo polscy pionierzy stand-up comedy już w najbliższy wtorek, 13 grudnia. Występ odbędzie się w Starym Rowerze (Sopot, ul. Pułaskiego 15). Początek - godz. 20, wstęp: 20 zł. W środę, 14 grudnia natomiast na Scenie Muzycznej Gdańsk (Gdańsk, ul. Powstańców Warszawskich 25). Początek o godz. 19, bilety: 25 zł.





