kino, teatr, muzyka

Trójmiasto

Zbadali "Sąd Ostateczny". Szukają podpisu Memlinga

Dorota Karaś
05.02.2012 , aktualizacja: 05.02.2012 17:02
A A A Drukuj
Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta "Sąd Ostateczny" został wyjęty z gabloty, rozmontowany i przeniesiony do sali, w której można było rozstawić specjalistyczną aparaturę. Podczas badań można było obserwować arcydzieło Memlinga w nietypowym ułożeniu.
Naukowcy z Europy skończyli badać "Sąd Ostateczny", arcydzieło Hansa Memlinga, przy pomocy najnowocześniejszego sprzętu, skonstruowanego specjalnie do analizy dzieł sztuki. Liczą na to, że być może uda się trafić na ślad podpisu malarza.
Naukowcy używali nieinwazyjnej aparatury, badali ołtarz bez pobierania próbek
Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta
Naukowcy używali nieinwazyjnej aparatury, badali ołtarz bez pobierania próbek
. Badania prowadzili specjaliści z międzynarodowego projektu naukowo - konserwatorskiego Charisma - Molab.
Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta
. Badania prowadzili specjaliści z międzynarodowego projektu naukowo - konserwatorskiego Charisma - Molab.
SERWISY
"Sąd Ostateczny" Memlinga znajduje się w gdańskim Muzeum Narodowym. Składający się z trzech części (części centralnej i skrzydeł) obraz został wyjęty z gabloty, rozmontowany i przeniesiony do sali, w której można było rozstawić specjalistyczną aparaturę. Badania prowadzili specjaliści z międzynarodowego projektu naukowo - konserwatorskiego Charisma - Molab. Naukowcy przyjechali do Gdańska z mobilnym laboratorium i pracowali tu do soboty 4 lutego.

Choć obraz Memlinga był już wielokrotnie badany i stał się przedmiotem mnóstwa opracowań naukowych, wciąż kryje w sobie wiele zagadek. Jedna z nich związana jest z postacią odkupionego mężczyzny, który klęczy na wadze trzymanej przez Michała Anioła. Jego twarz - co konserwatorzy odkryli już dawno temu - została zaklejona płatkiem cyny, na którym Memling namalował inną podobiznę.

- To postać Tommaso Portinariego, przedstawiciela rodu Medyceuszy, który najprawdopodobniej zakończył finansowanie ołtarza - tłumaczy prof. Iwona Szmelter z Wydziału Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki ASP w Warszawie, która bierze udział w badaniach . - Artysta chciał go zapewne w ten sposób uhonorować, ale malując na płatku cyny musiał wiedzieć, że będzie to najmniej trwały element dzieła. To zaskakujące, bo cały ołtarz namalowany jest z wykorzystaniem mistrzowskiej wiedzy o trwałości obrazu, jaką dysponował Memling. Malarz tworzył dzieło, które miało być odporne na zniszczenie.

Naukowcy sprawdzają również szczegółowo jakich pigmentów i spoiwa (czyli substancji wiążących) używał Hans Memling. Liczą też na to, że być może uda się trafić na ślad podpisu malarza - "Sąd Ostateczny" nie ma sygnatury, przez kilka wieków przypisywano jego autorstwo braciom Janowi i Hubertowi van Eyckom. Dzieło jest badane przy użyciu różnych źródeł promieniowania elektromagnetycznego, m.in. przy pomocy promieniowania rentgenowskiego, podczerwieni, ultrafioletu oraz z zastosowaniem nuklearnego rezonansu magnetycznego.

W ostatnich latach "Sąd Ostateczny" poddawany był już specjalistycznym badaniom. Dwa lata temu konserwatorzy z warszawskiej ASP fotografowali obraz w podczerwieni i ultrafiolecie i prześwietlili używając promieni rentgenowskich. Udało się dzięki nim odtworzyć całą pierwotną wersję obrazu, czyli m.in. rysunki Memlinga.

- To pokazało nam jak wiele zmian kompozycyjnych wprowadzał malarz - tłumaczy prof. Iwona Szmelter. - Rysunek jest jeszcze średniowieczny, postaci są bardziej smukłe. Dopiero malując je Memling zdecydował się je nieco powiększyć, tworząc w ten sposób wizję bardziej zbliżoną do renesansu. Specjaliści z projektu Charisma, którym kierują włoscy naukowcy z uniwersytetu w Perugii, do tej pory badali m.in. obrazy Leonardo do Vinci, Michała Anioła, braci Van Eycków i Pabla Picassa.

- Przez ostatnie pięć lat przejechaliśmy 120 tysięcy kilometrów podróżując po Europie, pracowaliśmy w 40 muzeach - opowiada prof. Antonio Sgamelotti z Uniwersytetu w Perugii. - Zazwyczaj badamy dzieła sztuki w miejscach, w które są one przechowywane na co dzień, ze względów na ich bezpieczeństwo oraz konserwatorskich. Aparatura, której używamy, jest całkowicie nieinwazyjna, to znaczy że badamy obiekty bez ich dotykania i pobierania próbek. Sprzęt, którego używamy został skonstruowany specjalnie z myślą o analizie dzieł sztuki, co więcej - wciąż powstają nowe prototypy urządzeń badawczych. Współpracujemy z konserwatorami i historykami sztuki, znawcami technik malarskich, którzy interpretują wyniki naszych pomiarów.

Badania finansowane są w całości przez Unię Europejską. Ich przebieg na bieżąco można było śledzić w internecie, na stronie internetowej Muzeum Narodowego w Gdańsku.

Wojciech Bonisławski, dyrektor Muzeum Narodowego w Gdańsku: - Te badania pozwolą nam poznać technologię i warsztat artysty oraz ustalić niezbędną strategię konserwatorską. Dla mnie najbardziej fascynujące jest jednak możliwość prześledzenia procesu twórczego, dowiedzenia się jak zmieniała się kompozycja obrazu, od pierwotnej wizji aż do efektu końcowego.

Historia obrazu  "Sąd Ostateczny" to jedyne dzieło niderlandzkiego twórcy, które znajduje się w polskich zbiorach. Uważany jest za największe arcydzieło Memlinga. Powstał między rokiem 1467 a 1471, przez kilka wieków przypisywano jego autorstwo braciom Janowi i Hubertowi van Eyckom. Historia arcydzieła była burzliwa - obraz został zdobyty przypadkowo w 1473 roku przez gdańskiego kapra Pawła Benecke, który brał udział w blokadzie angielskich wód terytorialnych w czasie wojny Hanzy z Anglią. Chciał go mieć w swoich zbiorach cesarz Rudolf II i car Piotr I. W 1807 roku obraz opuścił Gdańsk i trafił do Paryża. Osiem lat później wojska pruskie przewiozły tryptyk do Berlina, a gdańszczanie upomnieli się o jego zwrot. Obraz wrócił nad Motławę po interwencji króla pruskiego. Pod koniec II wojny światowej odbył kolejną wędrówkę: zapakowany w skrzynie dotarł do Turyngii, tam wpadł w ręce oddziałów Armii Radzieckiej i trafił do Leningradu. Do 1956 r. oglądała go publiczność w Ermitażu. Potem wrócił do Polski i zawisł w Muzeum Narodowym w Gdańsku.

Podziel się

Jesteśmy na Facebooku