Kości zostały rzucone - relacja z koncertu zespołu Alien Sex Fiend
25.11.2007
, aktualizacja: 25.11.2007 16:33
Koncert Alien Sex Fiend był jak prawdziwy horror: jedni wychodzili z niesmakiem, inni byli zachwyceni każdą makabryczną sceną
W gdyńskim klubie Ucho w piątkowy wieczór (23 listopada) wystąpiła legenda undergroundowego rocka, brytyjska formacja Alien Sex Fiend. O wadze tego koncertu świadczy fakt, że był to jeden z dwóch specjalnych europejskich występów przygotowanych z okazji 25-lecia istnienia grupy (drugi odbył się dzień później w Berlinie). Zespół przygotował z tej okazji specjalny program, oparty na utworach ze swej długiej historii oraz na bogatej scenografii, znakomicie pasującej do horrorowego klimatu twórczości grupy.
Co prawda problemy organizacyjne o mały włos nie spowodowały, że koncert nie doszedłby do skutku - muzycy z powodu braku wymaganych dokumentów zostali zatrzymani na przejściu granicznym pod Szczecinem, ale szybka interwencja organizatorów z klubu Ucho pozwoliła na szczęśliwe, choć mocno opóźnione rozpoczęcie koncertu.
Już sam początek występu Alien Sex Fiend zwiastował, że - przynajmniej pod względem wizualnym - będzie on trochę spóźnionym halloweenowym obrzędem: na udekorowaną czaszkami i uszkodzonymi manekinami scenę, mechanicznym krokiem monstrum z filmów o doktorze Frankensteinie albo Beli Lugosiego wcielającego się w wampira Nosferatu, wszedł wokalista grupy Nik Fiend. Trzeba przyznać, że ma on urodę przywołującą sceny z horrorów: wysoki, przeraźliwie chudy, z łysą czaszką i długimi rękami. Nawet bez demonicznego makijażu, który miał na twarzy tego wieczoru, mógłby uchodzić za żądnego krwi wampira.
Przez niemal półtorej godziny, popijając nieustannie krwistoczerwony płyn, wykrzykiwał nieco makabryczne teksty kolejnych piosenek, wzbudzając prawdziwy aplauz publiczności. Za nim ustawiły się na scenie dwie panie: jego życiowa partnerka i współzałożycielka grupy, Mrs. Fiend, obsługująca instrumenty klawiszowe oraz młodsza chyba o połowę od liderów grupy gitarzystka, Brendon The Bezerka, która dołączyła do zespołu niedawno.
Ta swoista muzyczna rodzina Adamsów ku uciesze publiczności, przybyłej z całego kraju i nierzadko kilkanaście lat czekającej na możliwość zobaczenia na żywo swej ulubionej formacji, zaprezentowała wszystkie najważniejsze przeboje Alien Sex Fiend, z takimi klasycznymi utworami jak np.: "Dead And Buried" czy "I Walk The Line" na czele. Kulminacyjnym momentem koncertu była trwająca kilkanaście minut, brzmiąca niczym jakiś trybalistyczny rytuał, rozszerzona wersja utworu "Now I'm Feeling Zombiefied", która wprawiła publiczność w prawdziwy trans.
Oprócz muzyki artyści zadbali też o teatralny wymiar swego występu, z czego zresztą znani są nie od dziś. Nie zabrakło więc zabawy lalkami z sex shopu czy rzucania w stronę publiczności plastykowych kości i gumowych czaszek. Przez cały koncert nad sceną unosił się duch dobrej, choć nieco makabrycznej zabawy. Poza momentem, gdy trzymając w ręku jedną z czaszek, Nik Fiend zastygł w hamletowskim geście, jakby zadawał sobie, a może publiczności, pytanie o dalsze "być czy nie być" swojego zespołu. Głośny aplauz widzów musiał jednak rozwiać wszelkie wątpliwości.
Co prawda problemy organizacyjne o mały włos nie spowodowały, że koncert nie doszedłby do skutku - muzycy z powodu braku wymaganych dokumentów zostali zatrzymani na przejściu granicznym pod Szczecinem, ale szybka interwencja organizatorów z klubu Ucho pozwoliła na szczęśliwe, choć mocno opóźnione rozpoczęcie koncertu.
Już sam początek występu Alien Sex Fiend zwiastował, że - przynajmniej pod względem wizualnym - będzie on trochę spóźnionym halloweenowym obrzędem: na udekorowaną czaszkami i uszkodzonymi manekinami scenę, mechanicznym krokiem monstrum z filmów o doktorze Frankensteinie albo Beli Lugosiego wcielającego się w wampira Nosferatu, wszedł wokalista grupy Nik Fiend. Trzeba przyznać, że ma on urodę przywołującą sceny z horrorów: wysoki, przeraźliwie chudy, z łysą czaszką i długimi rękami. Nawet bez demonicznego makijażu, który miał na twarzy tego wieczoru, mógłby uchodzić za żądnego krwi wampira.
Przez niemal półtorej godziny, popijając nieustannie krwistoczerwony płyn, wykrzykiwał nieco makabryczne teksty kolejnych piosenek, wzbudzając prawdziwy aplauz publiczności. Za nim ustawiły się na scenie dwie panie: jego życiowa partnerka i współzałożycielka grupy, Mrs. Fiend, obsługująca instrumenty klawiszowe oraz młodsza chyba o połowę od liderów grupy gitarzystka, Brendon The Bezerka, która dołączyła do zespołu niedawno.
Ta swoista muzyczna rodzina Adamsów ku uciesze publiczności, przybyłej z całego kraju i nierzadko kilkanaście lat czekającej na możliwość zobaczenia na żywo swej ulubionej formacji, zaprezentowała wszystkie najważniejsze przeboje Alien Sex Fiend, z takimi klasycznymi utworami jak np.: "Dead And Buried" czy "I Walk The Line" na czele. Kulminacyjnym momentem koncertu była trwająca kilkanaście minut, brzmiąca niczym jakiś trybalistyczny rytuał, rozszerzona wersja utworu "Now I'm Feeling Zombiefied", która wprawiła publiczność w prawdziwy trans.
Oprócz muzyki artyści zadbali też o teatralny wymiar swego występu, z czego zresztą znani są nie od dziś. Nie zabrakło więc zabawy lalkami z sex shopu czy rzucania w stronę publiczności plastykowych kości i gumowych czaszek. Przez cały koncert nad sceną unosił się duch dobrej, choć nieco makabrycznej zabawy. Poza momentem, gdy trzymając w ręku jedną z czaszek, Nik Fiend zastygł w hamletowskim geście, jakby zadawał sobie, a może publiczności, pytanie o dalsze "być czy nie być" swojego zespołu. Głośny aplauz widzów musiał jednak rozwiać wszelkie wątpliwości.





