kino, teatr, muzyka

Trójmiasto

Paul Anka wiecznie młody

Patryk Gochniewski
04.08.2008 , aktualizacja: 05.08.2008 12:37
A A A Drukuj
Paul Anka w Sopocie, 2008 r. Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta Paul Anka w Sopocie, 2008 r.
Koncert Paula Anki w Operze Leśnej był prawdziwym hitem. Szalejąca publiczność nie pozwalała zejść ze sceny artyście, który - jak na muzycznego dinozaura - emanował niebywałą energią. Nawet najwięksi sceptycy nie pozostali obojętni, gotując muzykowi owację na stojąco
ZOBACZ TAKŻE
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu był to jeden z najlepszych koncertów, jaki było mi dane kiedykolwiek widzieć. Niedzielny występ zaczął się z ponad 20-minutowym opóźnieniem, ale to tylko dodało oliwy do ognia. Na scenę najpierw wyszli muzycy, którzy zaczęli grać "Dianę". - Ale gdzie jest Paul Anka? - zastanawiali się zgromadzeni w Operze Leśnej widzowie. Jak się okazało, był między nimi. Śpiewając swój największy przebój, wbiegł między ludzi zachęcając ich do wspólnej zabawy. Poczułem się, jakbym się cofnął w czasie o dobre trzydzieści kilka lat, kiedy to Anka był gwiazdą pierwszego formatu, wiodąc prym m.in. z The Beatles. Amfiteatr zdominował wielki pisk szalejących pań i fruwające marynarki panów. Jak się okazało, był to dopiero początek świetnego koncertu.

Po "Dianie" na otwarcie, potem brzmiały także same hity. Chóralnie wyśpiewane przez publiczność "You Are My Destiny", "Crazy Love", a także "She's a Lady" z repertuaru Toma Jonesa, były najlepszym dowodem na to, że Paul Anka jest wciąż wielką gwiazdą. Koncert był urozmaicony wieloma wspomnieniami artysty - świetnie zaaranżowane "Times of Your Life" z krótkim filmem poświęconym młodości Anki, była też ballada zadedykowana jednej z jego córek, a także hołdy dla innych wielkich, takich jak Frank Sinatra i Sammy Davis Jr. Dzięki ekranowi umieszczonemu nad sceną można było zobaczyć właśnie duet z Davisem i usłyszeć Sinatrę. Innym ukłonem w stronę tego ostatniego było zaśpiewanie "New York, New York" - także chóralnie wyśpiewane przez publiczność.

Szczerze powiedziawszy, idąc do Opery Leśnej nie spodziewałem się takiego show. Liczyłem raczej na dość statyczny koncert. Ale, jak się okazało, Paul Anka dalej ma charyzmę 20-latka i ani myśli zejść ze sceny. Dlatego biję się w tym momencie w pierś i składam pokłon jednemu z najwybitniejszych artystów XX w. Ponadto wielkie brawa należą się muzykom i dźwiękowcom, dzięki którym ten koncert tak świetnie brzmiał i nie trzeba było się przejmować, że coś jest za głośno, a coś za cicho. Brawo dla wszystkich bohaterów niedzielnego koncertu. Kto nie był, niech żałuje.

Podziel się

Jesteśmy na Facebooku