Niedziela na Open'erze
07.07.2009
, aktualizacja: 07.07.2009 00:25
Czasem warto poczekać na najlepsze. Ostatni dzień tegorocznego Open'era był najciekawszą muzyczną odsłoną
ZOBACZ TAKŻE
- Znamy termin Open'era 2010! (09-10-09, 14:43)
- Jak się zarabia na wielkiej imprezie (07-07-09, 21:34)
- Trudny powrót z Open'era (06-07-09, 21:50)
- Powrót z Open'era jak z koszmarnego snu [WIDEO] (07-07-09, 16:57)
- Open'er Festival najlepszy w Europie. Świat zaskoczony (14-01-10, 12:30)
- Co ma wspólnego Polański z Open'erem? Nowa gwiazda (14-01-10, 21:00)
Od wczesnego niedzielnego wieczoru każdy kolejny koncert okazywał się coraz większą rewelacją. Zaczęło się stosunkowo łagodnie - od ciepło przyjmowanych przez publiczność koncertów młodych polskich wykonawców: punkującego The Black Tapes, dance-punkowo-zimnofalowego Plug And Play, dream-popowego Iowa Super Soccer, a wreszcie - najnowszych gwiazd rodzimego indie-rocka, grupy Kumka Olik. Młodzi muzycy okazali się nie tylko prawdziwymi scenicznymi profesjonalistami, ale na dodatek zagrali swój materiał z rzadko spotykaną żywiołowością i niemal punkową energią. Wykonany na bis utwór "Zaspane poniedziałki", podczas którego na scenie gościnnie pojawił się Michał Wiraszko, gitarzysta i wokalista grupy Muchy, wzbudził ogłuszający aplauz publiczności.
Na większych festiwalowych scenach rozpoczynały się w tym samym czasie koncerty zagranicznych gwiazd. Pierwszymi, które wzbudziły wielkie emocje, były odbywające się na scenie World występy grupy Buraka Som Sistema i Santigold. Portugalczycy zmusili liczną publiczność do tańca, nowojorska wokalistka była natomiast szczerze zdziwiona, że aż tak wielu widzów zjawiło się pod sceną, by zobaczyć jej występ i nie przestawała im dziękować. Na dodatek zachwyciła ją bardzo dynamicznym - mimo kiepskiego nagłośnienia - wykonaniem kompozycji ze swej debiutanckiej płyty.
Na głównej scenie stanęli już w tym czasie czterej bracia Followillowie, czyli grupa Kings Of Leon, typowana na największą gwiazdę tego festiwalu. Muzycy zagrali koncert, któremu trudno było w zasadzie cokolwiek zarzucić: w repertuarze znalazły się wszystkie najważniejsze utwory grupy (w tym dwa najświeższe, niezwykle popularne single: "Sex On Fire" i "Use Somebody", ale i kilka starszych kompozycji), muzycy zagrali je ze sporą werwą, byli na dodatek w niezłej formie. To był bardzo porządny i solidny występ, ale... nic ponadto.
Znacznie więcej działo się na mniejszej scenie, gdzie pojawiła się para Anglików - grupa The Ting Tings. Ich występ szybko okazał się jedną z energetycznych perełek tego wieczoru. Na scenie zapanowało istne szaleństwo, a muzycy nie poprzestali na poprawnym odegraniu swych kompozycji, ale przygotowali też spory zestaw dodatkowych atrakcji - najzabawniejszą i najbardziej nietypową był... set DJ-ski, podczas którego usłyszeć można było wielkie przeboje z lat 80., m.in. przywitaną i odśpiewaną przez publiczność z wielkim entuzjazmem nieśmiertelną piosenkę "Ghostbusters".
I kiedy wydawało się, że tego wieczoru lepiej już być nie może, na dużej scenie wybuchła prawdziwa bomba. Był nią zespół Placebo, ale tak naprawdę rolę zapalnika spełnił jeden z jego członków. I to wcale nie uwielbiany przez polską publiczność lider grupy, Brian Molko, który tego wieczoru wyraźnie ustąpił pola komuś innemu - nowemu perkusiście swego zespołu, Stevemu Forrestowi. Szybko okazało się, że to właśnie on uratował tą grupę od niechybnego upadku, ku któremu chylił się ostatnio. Młodszy o kilka lat od pozostałych członków Placebo, pełen zdumiewającej energii, szalał za swoim zestawem bębnów jak mało kto. Imponował nie tylko wielką żywiołowością i porywającymi solówkami, ale i pokrywającymi niemal całe ciało tatuażami. Kiedy pod koniec znakomitego koncertu, w którym między piosenki z najnowszej płyty wplecione były wielkie przeboje grupy (m.in. "Black-eyed" czy "Every You Every Me"), to właśnie on, a nie Molko, wskoczył do fosy między sceną a widownią i zaczął ściskać widzów, lider patrzył tylko z góry, ze zrozumieniem, a może i cieniem zazdrości.
Po północy publiczność licznie zgromadziła się przy World Stage, by wysłuchać berlińskiego kolektywu didżejsko-producenckiego Jazzanova. Podczas koncertu w Gdyni grupa wystąpiła ze znakomitym wokalistą Paulem Randolphem, o barwie głosu i manierze śpiewania zbliżonej do Prince'a. Zespół podczas koncertu specjalnie niczym nie zaskoczył. Bo to, że niemieccy muzycy potrafią tworzyć piękne melodie i znakomicie transponować jazz na język muzyki klubowej wiadomo nie od dziś. Jazzanova wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu festiwalu zarzuciła nawet najbardziej efemeryczne eksperymenty tworząc komercyjny, przystępny muzyczny produkt, nie tylko dla znawców i osłuchanych z nu jazzem. Problem może jedynie w tym, że Jazzanova zaprezentowała bardziej muzykę tła, niż propozycję przyciągającą dłużej uwagę słuchacza.
Ostatni akt tegorocznego festiwalu należał do bardzo oczekiwanej przez publiczność (w niedzielę w tłumie uczestników imprezy niemal co drugi dumnie obnosił się z koszulką z nazwą tej właśnie grupy) formacji The Prodigy. Zespół dał na dużej scenie koncert, od którego zatrzęsła się ziemia. Najnowsze utwory przyjmowane były z wielkim entuzjazmem, ale dopiero przy starszych przebojach, pełnych punkowego brudu i wielkiej energii, widzowie zaczynali skakać jak szaleni. To był mocny akcent na koniec bardzo dobrego, ostatniego dnia festiwalu.
Na większych festiwalowych scenach rozpoczynały się w tym samym czasie koncerty zagranicznych gwiazd. Pierwszymi, które wzbudziły wielkie emocje, były odbywające się na scenie World występy grupy Buraka Som Sistema i Santigold. Portugalczycy zmusili liczną publiczność do tańca, nowojorska wokalistka była natomiast szczerze zdziwiona, że aż tak wielu widzów zjawiło się pod sceną, by zobaczyć jej występ i nie przestawała im dziękować. Na dodatek zachwyciła ją bardzo dynamicznym - mimo kiepskiego nagłośnienia - wykonaniem kompozycji ze swej debiutanckiej płyty.
Na głównej scenie stanęli już w tym czasie czterej bracia Followillowie, czyli grupa Kings Of Leon, typowana na największą gwiazdę tego festiwalu. Muzycy zagrali koncert, któremu trudno było w zasadzie cokolwiek zarzucić: w repertuarze znalazły się wszystkie najważniejsze utwory grupy (w tym dwa najświeższe, niezwykle popularne single: "Sex On Fire" i "Use Somebody", ale i kilka starszych kompozycji), muzycy zagrali je ze sporą werwą, byli na dodatek w niezłej formie. To był bardzo porządny i solidny występ, ale... nic ponadto.
Znacznie więcej działo się na mniejszej scenie, gdzie pojawiła się para Anglików - grupa The Ting Tings. Ich występ szybko okazał się jedną z energetycznych perełek tego wieczoru. Na scenie zapanowało istne szaleństwo, a muzycy nie poprzestali na poprawnym odegraniu swych kompozycji, ale przygotowali też spory zestaw dodatkowych atrakcji - najzabawniejszą i najbardziej nietypową był... set DJ-ski, podczas którego usłyszeć można było wielkie przeboje z lat 80., m.in. przywitaną i odśpiewaną przez publiczność z wielkim entuzjazmem nieśmiertelną piosenkę "Ghostbusters".
I kiedy wydawało się, że tego wieczoru lepiej już być nie może, na dużej scenie wybuchła prawdziwa bomba. Był nią zespół Placebo, ale tak naprawdę rolę zapalnika spełnił jeden z jego członków. I to wcale nie uwielbiany przez polską publiczność lider grupy, Brian Molko, który tego wieczoru wyraźnie ustąpił pola komuś innemu - nowemu perkusiście swego zespołu, Stevemu Forrestowi. Szybko okazało się, że to właśnie on uratował tą grupę od niechybnego upadku, ku któremu chylił się ostatnio. Młodszy o kilka lat od pozostałych członków Placebo, pełen zdumiewającej energii, szalał za swoim zestawem bębnów jak mało kto. Imponował nie tylko wielką żywiołowością i porywającymi solówkami, ale i pokrywającymi niemal całe ciało tatuażami. Kiedy pod koniec znakomitego koncertu, w którym między piosenki z najnowszej płyty wplecione były wielkie przeboje grupy (m.in. "Black-eyed" czy "Every You Every Me"), to właśnie on, a nie Molko, wskoczył do fosy między sceną a widownią i zaczął ściskać widzów, lider patrzył tylko z góry, ze zrozumieniem, a może i cieniem zazdrości.
Po północy publiczność licznie zgromadziła się przy World Stage, by wysłuchać berlińskiego kolektywu didżejsko-producenckiego Jazzanova. Podczas koncertu w Gdyni grupa wystąpiła ze znakomitym wokalistą Paulem Randolphem, o barwie głosu i manierze śpiewania zbliżonej do Prince'a. Zespół podczas koncertu specjalnie niczym nie zaskoczył. Bo to, że niemieccy muzycy potrafią tworzyć piękne melodie i znakomicie transponować jazz na język muzyki klubowej wiadomo nie od dziś. Jazzanova wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu festiwalu zarzuciła nawet najbardziej efemeryczne eksperymenty tworząc komercyjny, przystępny muzyczny produkt, nie tylko dla znawców i osłuchanych z nu jazzem. Problem może jedynie w tym, że Jazzanova zaprezentowała bardziej muzykę tła, niż propozycję przyciągającą dłużej uwagę słuchacza.
Ostatni akt tegorocznego festiwalu należał do bardzo oczekiwanej przez publiczność (w niedzielę w tłumie uczestników imprezy niemal co drugi dumnie obnosił się z koszulką z nazwą tej właśnie grupy) formacji The Prodigy. Zespół dał na dużej scenie koncert, od którego zatrzęsła się ziemia. Najnowsze utwory przyjmowane były z wielkim entuzjazmem, ale dopiero przy starszych przebojach, pełnych punkowego brudu i wielkiej energii, widzowie zaczynali skakać jak szaleni. To był mocny akcent na koniec bardzo dobrego, ostatniego dnia festiwalu.




