kino, teatr, muzyka

Trójmiasto

Dobra nowina Behemotha

Rozmawiał Patryk Gochniewski
25.09.2009 , aktualizacja: 25.09.2009 18:44
A A A Drukuj
Kiedy zaczynali 18 lat temu, "Nergal" ułożył sobie plan, który miał zrobić z Behemotha największą metalową kapelę świata. Po dziewięciu albumach studyjnych i niezliczonych koncertach muzycy są na dobrej drodze, by ten cel zrealizować. Kolejnym krokiem, który ich do tego zbliża, jest płyta "Evangelion".
ZOBACZ TAKŻE
Rozmowa z Adamem "Nergalem" Darskim, liderem gdańskiego zespołu Behemoth



Patryk Gochniewski: Zacznijmy od tego, co najświeższe, czyli nowej płyty Behemotha, „Evangelion”. Czym ten krążek różni się od poprzednich?

Adam Darski: - Po pierwsze ta płyta jest najbardziej szczera ze wszystkich. Jest żywa, organiczna, a jednocześnie brzmi pierwotnie. Ciężko mi znaleźć teraz przymioty, by ją trafnie opisać. Dla mnie jest to na pewno dzieło życia. I nie mówię tego pod wpływem ekscytacji: "wszystko, co nowe, jest najlepsze". Po prostu czuję, że "Evangelion" jest płytą, na którą czekałem te 18 lat, od kiedy założyłem zespół. Płytą, na którą czekałem całe życie.

Najlepszą, jaką udało wam się stworzyć.

- Zdecydowanie. I nie jest to tylko moja opinia. Media się z tym zgadzają, recenzenci, fani. W przypadku tych ostatnich jest to o tyle ważne, że opinię o nowej płycie budują często na sentymencie związanym na przykład ze starszymi nagraniami zespołu. Mają swój punkt odniesienia i zawsze będą porównywać, często na niekorzyść właśnie najnowszej płyty. W przypadku "Evangelionu" jest inaczej. To opus magnum zespołu. Dzisiaj nawet muszą się z tym zgodzić dotychczasowi malkontenci.

Wszyscy chwalą wasze nowe dzieło, a to oznacza, że postawiliście sobie poprzeczkę bardzo wysoko przed kolejnym krążkiem. Myślisz o przyszłości?

- Boję się. Myślami jestem przy trasie, którą zaczynamy lada dzień. Następny album to wizja bardzo odległa

Dlaczego?

- "Evangelion" to jest kwintesencja tego, kim jesteśmy jako ludzie, jako artyści, jako zespół, i na chwilę obecną ciężko byłoby w lepszy sposób to zdefiniować. Ta płyta jest kompletna. Jest swoista kropka nad "i".

Wiele osób ma problem z interpretacją nazwy płyty. W linii prostej kojarzy się ona z ewangelią, co jest przeciwstawieniem "The Apostasy", czyli waszego poprzedniego albumu.

- Samo słowo pochodzi z greki i oznacza dobrą nowinę. Dla mnie w życiu wszystko jest relatywne, a to oznacza, że każda sprawa zależy od miejsca, w którym się znajdujemy. Od punktu widzenia. Parafrazując biblijny język, słowo, które głosi Behemoth, jest według mnie właśnie tą dobrą nowiną. Użycie tego terminu jest w naszym przypadku prowokacją, ale też niezłą zabawą. To żonglowanie znaczeniami, swoiste sacrum profanum. Wszystko, co najciekawsze w życiu, dzieje się przecież na zasadzie gry kontrastów. Behemoth pokazuje inną stronę natury wszechrzeczy.

Prace nad nagraniem płyty przebiegały bardzo szybko i sprawnie, co można było śledzić na waszym kanale YouTube, a jak wyglądało pisanie materiału?

- Z pisaniem bywało różnie. Były kompozycje, które napisały się praktycznie same. Jednym z nich był "The Seed Ov I" albo "Alas, Lord is Upon Me". Wygląda to tak, że na początku przygotowuję materiał muzyczny, riffy, które przynoszę później na próbę. Czasem taki utwór jest już wstępnie zaaranżowany, a czasem jest w kompletnej rozsypce i trzeba mu poświęcić sporo czasu i uwagi. Nie ukrywam - miewałem kryzys twórczy podczas tworzenia "Evangelion". Bywały momenty, że rozkładałem ręce i nie wiedziałem, w która stronę mam pójść. Pamiętam, że jak mieliśmy zrobioną praktycznie całą płytę oprócz kawałka "Lucifer", brakowało mi klamry, która by spięła wszystko w jedną spójną całość. I dopiero po napisaniu właśnie tego numeru płyta stała się pełnowartościowym, skończonym tworem. Spędziliśmy blisko pół roku na napisaniu materiału.

Evangelion” króluje na liście OLIS, szturmuje poczekalnie list przebojów radiowej Trójki i staje się rzecz, o której w Polsce ciężko było pomarzyć - Behemoth robi się popularny. Bo o ile kolejne sukcesy na Zachodzie, wychwalanie krążka przez „Terrorizer” czy „Kerrang!” oraz pierwsza setka Billboardu w pierwszych tygodniach sprzedaży nie dziwią, to jednak tak duża sympatia w Polsce jest niespodzianką.

- Na sytuację w Polsce rezonuje fakt, że na Zachodzie radzimy sobie bardzo dobrze od kilku ładnych lat. Sukcesy ostatnich miesięcy nie pozostały więc bez wpływu na sytuację w kraju. W końcu pewne rzeczy zaczęły docierać do różnych środowisk w Polsce. Tak zwane mainstreamowe media nas zauważyły, doceniły całokształt naszej działalności. Wydaje mi się, że ludzie w dużym stopniu kierują się dziś ciekawością. Najważniejsze dla mnie jest to, że płyta się świetnie sprzedaje, bo dzięki temu wiem, że docieram do ludzi. Nie tylko do fanów metalu, ale także do tych, którzy właśnie z ciekawości sięgnęli po "Evangelion". Jednak fundament naszej wartości leży zupełnie gdzie indziej. Należy pamiętać, że ten kurz, który unosi się wokół zespołu, któregoś dnia po prostu opadnie. Dlatego nie można się za bardzo ekscytować takimi rzeczami, bo wszystko jest ulotne.

Shawn Crahan ze Slipknot powiedział, że jesteście najbardziej demolującą kapelą na świecie. Usłyszał was po raz pierwszy kilka miesięcy temu i stał się waszym fanem, mówiąc, że to niemożliwe, by ktoś stworzył tak potężne brzmienie.

- Jestem fanem Slipknot, więc jeśli słyszę takie słowa wypowiedziane przez człowieka, którego sam podziwiam, to jest to dla mnie ogromny komplement..

Osiemnastka wam się zbliża.

- Taaaaak! W końcu będziemy pełnoletni!

Podziel się

Jesteśmy na Facebooku