kino, teatr, muzyka

Trójmiasto

Janesch: Nie będę rywalizować z Grassem

Rozmawiał Przemysław Gulda
15.12.2009 , aktualizacja: 15.12.2009 19:54
A A A Drukuj
Kończy się półroczne stypendium Sabriny Janesch, gdańskiej pisarki miejskiej. O tym, jak ten pobyt zweryfikował jej oczekiwania wobec miasta i kiedy będzie można przeczytać jej "gdańską" książkę, opowiada w rozmowie z "Gazetą".
Sabrina Janesch
Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gaze
Sabrina Janesch
Przemysław Gulda: Do tej pory to głównie polscy pisarze jeździli na stypendia do Niemiec. Jesteś jedną z pierwszych pisarek niemieckich, które przyjechały do Polski. Jak się czujesz, przecierając szlaki?

Sabrina Janesch: To jest dość specyficzna sytuacja, bo jestem pół Polką, pół Niemką, nie czuję się tutaj obco. Byłam w Polsce wcześniej już wiele razy, studiowałam w Krakowie, odwiedzałam Gdańsk. To miejsce, ze swoją polsko-niemiecką historią, jest mi w pewien sposób bardzo bliskie. I bardzo inspirujące.

To zapewne pomoże ci w pisaniu "gdańskiej" książki, która ma powstać w wyniku twojego pobytu. Czy te pół roku bardzo zmieniło twoje wstępne założenia dotyczące "Gdańskich żyraf"?

- Przede wszystkim zmieniło ten roboczy tytuł! Ta książka na pewno będzie się inaczej nazywać. I jej treść też będzie inna, niż mi się na początku wydawało. Ogólny zamysł pozostał taki sam. Wiedziałam, że o Gdańsku napisano już bardzo dużo, ale jest wielka luka, którą trzeba wypełnić - jego współczesność, bo przecież większość gdańskiej literatury dotyczy historii. Od początku mój projekt zakładał więc opisanie relacji między młodymi ludźmi, które w tle będą miały Gdańsk i stosunki polsko-niemieckie. I to się nie zmieni. Ale zmieni się np. miejsce akcji. Do tej pory, będąc tu tylko jako turystka, znałam przede wszystkim centrum miasta, dzięki stypendium przekonałam się, jak piękne miejsca kryją się poza szlakami wycieczek.

Które z nich zainspirowało cię najbardziej?

- Chyba Dolne Miasto i Stare Przedmieście. To niesamowite miejsca. Zakochałam się w nich od razu i spędziłam tam mnóstwo czasu. Na pewno znajdzie to wyraz w mojej książce. Szukając prawdziwego miasta, odkrywałam inne piękne dzielnice - np. Wrzeszcz, ale to miejsce jest już tak dobrze opisane w literaturze, że nawet nie będę próbować rywalizować z takimi mistrzami jak Günter Grass.

Co jeszcze zaskoczyło cię w Gdańsku? Jak bardzo różniło się ono od twoich wcześniejszych wyobrażeń i oczekiwań?

- Przede wszystkim jego różnorodność. Przecież tu każda dzielnica jest zupełnie inna: Brzeźno czy Orunia tak się różnią od centrum, jakby były częścią zupełnie innego miasta. Inna sprawa, która mnie zaskoczyła, to fakt, jak wielu ludzi, których tu poznałam, ma jakieś niemieckie korzenie, z którymi się zresztą niezbyt afiszuje. Trzeba się bliżej poznać, żeby usłyszeć opowieści o niemieckich babkach czy dziadkach. Jednym z moich najsilniejszych gdańskich przeżyć było przypadkowe spotkanie z bardzo starą kobietą, która była Niemką z pochodzenia, mówiła zresztą po niemiecku z bardzo silnym polskim akcentem. Opowiadała mi o latach zaraz po wojnie, o tym, jak odbudowywane było miasto. Wcześniej wiedziałam, że całe centrum jest nie do końca prawdziwe, odtworzone z gruzów, dzięki niej potrafię dziś spojrzeć głębiej, dostrzec prawdziwe miasto pod tymi trochę sztucznymi budynkami. Potwierdziło się natomiast to, czego spodziewałam się, jeśli chodzi o życie kulturalne. W Niemczech Gdańsk kojarzy się ludziom właśnie przede wszystkim z wielością wydarzeń tego typu. Pod tym względem nie zawiodłam się ani trochę. Bywały takie dni, że biegłam z jednej wystawy na drugą, że nie nadążałam trzymać ręki na pulsie wszystkiego, co się tu działo. Można oczywiście przekonywać, że w Warszawie czy Krakowie dzieje się więcej, ale moim zdaniem to niesprawiedliwe - Gdańsk, jak na miasto takiej wielkości, jest pod tym względem bardzo aktywne.

Kończy się twoje półroczne stypendium. Wracasz do Niemiec i zaczynasz pracę nad książką?

- Tak. Jestem dziś w bardzo komfortowej sytuacji. Niedługo zaczynam stypendium w Stuttgarcie, a jednocześnie udało mi się podpisać kontrakt na wydanie w Niemczech mojej pierwszej książki, której polski tytuł brzmiałby chyba "Kocie góry". Opowiada ona o Śląsku, po niemiecku ukaże się jesienią, ale już zaczyna się mówić o jej przekładzie na polski. Dzięki temu mam uporządkowaną sytuację i mogę spokojnie zabrać się za pisanie. Nie mam zamiaru się jednak spieszyć, nie chodzi przecież o to, żeby gdańska książka powstała jak najszybciej, ale o to, żeby była jak najlepsza. Myślę, że będzie gotowa mniej więcej za rok.



Sabrina Janesch to młoda niemiecka pisarka (ur. 1985), absolwentka dziennikarstwa, kreatywnego pisania i polonistyki uniwersytetów w Hildesheim i Krakowie. Jej dorobek obejmuje dziś kilka opowiadań i reportaży, publikowanych w antologiach i czasopismach. W ubiegłym roku jej projekt został uznany za najciekawszy spośród zgłoszonych do konkursu stypendialnego Kulturforum. Dzięki temu Janesch trafiła na pół roku do Gdańska jako "pisarka miejska". Koszty stypendium pokrywała strona niemiecka, miasto zafundowało artystce zakwaterowanie. Swoje gdańskie obserwacje Janesch publikowała na bieżąco w swoim blogu: pisarka-miejska-gdansk.blogspot.pl.

Podziel się

Jesteśmy na Facebooku