Między fikcją a faktem
13.01.2010
, aktualizacja: 13.01.2010 19:07
Talent, pasja, pomysłowość i oryginalność - te kwestie są tak trudne do pokazania za pomocą sztuki, że autor projektu "Jothablesi" zdecydował się użyć w tym celu kilku mediów jednocześnie
ZOBACZ TAKŻE
- Małe wielkie kino. Książka Pawła Sitkiewicza (19-01-10, 19:45)
- Polsko-niemiecki klaps w Gdyni (15-02-10, 20:00)
O tym projekcie w internecie było głośno już od dawna. Zaczęło się od intrygującego trailera, zapowiadającego film pod tytułem "Jothabelsi": podczas próby, w której uczestniczy kilku trójmiejskich muzyków, jednego z nich kopie prąd. Pozostali są święcie przekonani, że kolega żartuje, ale on naprawdę ucierpiał. Materiał był przygotowany tak, że nie można było mieć całkowitej pewności czy scena była reżyserowana czy nie. I taki jest cały ten film, takie jest zamierzenie jego twórcy, z którym przystępował do pracy.
- Chciałem, żeby zatarta była granica między fikcją a rzeczywistością, między fabułą a dokumentem - opowiada Elvin Flamingo. - Mam wrażenie, że dokładnie tak samo jest w życiu: czasem sami nie do końca wiemy, co zdarzyło się naprawdę, a co nam się tylko wydaje realnym. I tak jest w tym filmie: niektóre dokumentalne sceny sprawiają wrażenie zupełnie niemożliwych, widz jest święcie przekonany, że to jest reżyserowane. W innych fragmentach, udało nam się natomiast uzyskać taki poziom realizmu, że choć są całkowicie fabularne, robią wrażenie dokumentu. Ale mimo użycia wielu ujęć z życia wziętych, cały film jest oczywiście fabułą. To zresztą moje pierwsze tak poważne podejście do fabuły - wcześniej reżyserowałem tylko kilkuminutowy film na podstawie prozy Rolanda Topora, ale to była tylko wprawka.
Tym razem Flamingo (czyli mieszkający w Sopocie absolwent gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych sprzed kilku lat, Jarosław Czarnecki, który jako filmowiec zadebiutował dwa lata temu, bardzo dobrze ocenionym dokumentem o scenie muzyki improwizowanej, zatytułowanym "Small Spaces") przygotował film dużo dłuższy - "Jothabelsi" trwają prawie godzinę. Praca nad nim zajęła artyście sporo ponad rok. Ale sam film jest tylko jednym z elementów całego projektu. Jego poszczególne części powstawały równolegle i uzupełniają się nawzajem.
- Łączy je wspólna idea, wspólny temat, wspólna treść, którą starałem się przekazać odbiorcy na różne sposoby - opowiada Flamingo. - Filmowi towarzyszy więc kilka bonusów: obrazy, video art, muzyka artystów występujących w filmie i gazeta, będąca owocem naszej wspólnej pracy. Idealnie byłoby, gdyby widzowie mogli mieć dostęp do wszystkich tych elementów jednocześnie, staram się więc przygotować serię premierowych pokazów całego projektu. Pierwsza odbędzie się w najbliższy piątek w gdańskim Żaku, kolejna - już za kilka dni w warszawskim klubie Powiększenie. Tam prawdopodobnie ukaże się inny niż w Gdańsku, drugi numer towarzyszącego filmowi pisma "Jothabelsi Zeitung". Być może na kolejnych pokazach będę prezentował także zupełnie nowe obrazy - bo wciąż powstają kolejne prace, związane z tym projektem. Ale z drugiej strony zdaję sobie oczywiście sprawę, że na dłuższą metę nie da się prezentować tego przedsięwzięcia w taki, całościowy sposób.
Na szczęście film może z powodzeniem funkcjonować samodzielnie, bez dodatków. W takiej formie trafi do obiegu festiwalowego. Na dobry początek zainteresowali się nim organizatorzy Ery Nowych Horyzontów, którzy zastanawiają się nad włączeniem filmu do programu kolejnego wydania tej imprezy. - Przygotowałem też przy współpracy z profesjonalnymi tłumaczami angielskie napisy do filmu, będę go więc mógł wysyłać na festiwale zagraniczne. Zobaczymy, co z tego wyniknie - mówi Flamingo.
Więcej na temat premierowej prezentacji projektu "Jothabelsi" w piątkowej "Gazecie Co Jest Grane".





