kino, teatr, muzyka

Trójmiasto

Dlaczego teatr powinien mieć bufet

Rozmawiał Mirosław Baran
30.01.2011 , aktualizacja: 31.01.2011 12:27
A A A Drukuj
Tomasz Borkowy

Tomasz Borkowy (Fot. Dominik Werner / Agencja Gazeta)

Wchodzę w sobotę do Teatru Wybrzeże. A tam... nie ma bufetu. Boże, przecież na tym się robi pieniądze! O tym na razie nikt nie myśli, bo są dotacje. Ale one się skończą - mówi Tomasz Borkowy, aktor i manager
W niedzielę w Gdańsku odbyło się sympozjum, dotyczące festiwalu Fringe w Edynburgu - jednej z najstarszych i największych imprez teatralnych na świecie. Uczestniczyło w nim 30 osób z Trójmiasta, Krakowa, Łodzi, Wrocławia oraz Tomasz Borkowy, związany z festiwalem teatralnym Fringe w Edynburgu

Mirosław Baran: Na ile znasz trójmieski teatr?

Tomasz Borkowy: Wybrzeże jest ciągle jedną z najważniejszych scen a kraju. Zresztą Dorota Kolak, wyśmienita artystka, to moja dobra przyjaciółka. Była pierwszą aktorką w moim teatrze w Krakowie. Znam też trochę scenę alternatywną, chociażby Sopocki Teatr Tańca. W grudniu byłem w Teatrze w blokowisku na gdańskiej Zaspie. To świetne miejsce, tam mogą się rodzić doskonałe offowe przedstawienia na rynki zagraniczne. Macie tu niezły teatr muzyczny, któremu muszę się bliżej przyjrzeć. Chciałbym z nim w przyszłości zacząć współpracę.

Zaangażowałem się też we współpracę z gdańskim biurem Europejska Stolica Kultury 2016. Chciałbym połączyć Gdańsk z Malagą lub jakimś innym hiszpańskim portowym miastem; stworzyć prawdziwe, komercyjne targi sztuki scenicznej, które odbywałyby się co roku - raz w Gdańsku, raz w Hiszpanii. Czekamy teraz na finał konkursu ESK. Choć według mnie nawet jeśli Gdańsk nie zdobędzie tytułu, to i tak warto stworzyć taką imprezę. Według mnie Trójmiasto ma ogromne możliwości i potencjał. Czuję tu ogromną energię.

Jakie warunki powinien spełniać spektakl, by trafić na festiwalu Fringe w Edynburgu?

- Nie jest to typowy festiwal sztuki, ale raczej teatralne targi i, na które każdy teatr może przyjechać. Oczywiście o ile ma na to fundusze. Bo - jak na każdych targach - płacisz za sam udział. Poza tym spektakl, który przyjeżdża do Edynburga, musi mieć możliwości jeżdżenia po świecie. To znaczy, że twórcy musza wykonać profesjonalne badania rynku. Niestety w Polsce ciągle się tego nie robi. Trzeba się zorientować, czy przedstawienie nadaje się na inne rynki. Bo popularność w jednym kraju nie oznacza sukcesu w innym. Przykład? Wielki reżyser Krystian Lupa przyjechał do Edynburga ze swoimi "Lunatykami". Spektakl ten we Francji odniósł wielki sukces. A w Edynburgu - klapa.

Jakie spektakle mają zatem szanse w Edynburgu?

- Jest kilka rodzajów teatrów, które przyjeżdżają do Edynburga i starają się wejść na rynki światowe. Pierwsze z nich to teatry w języku angielskim, zwykle lekkie, łatwe i przyjemne. W tej chwili - co wynika z naszych badań - ludzie uciekają od rzeczy, które są głębokim i poruszającym odzwierciedleniem życia. Drugi rodzaj teatru, który może odnieść sukces, to spektakle lekkie, łatwe i przyjemne, które nie mają w ogóle zbyt dużo tekstu. Parę lat temu zrobiłem w Wenezueli spektakl "Venezuela Viva. Flamenco Fantasty". Jest to historia tego kraju, od czasów Kolumba do dnia dzisiejszego, opowiedziana przez taniec. Jest to wizualnie wspaniałe widowisko, grają w nim dziewczyny takie, że można je zjeść, do tego opowiadana jest ciekawa historia. W Edynburgu na ten spektakl sprzedaliśmy 10 tys. biletów. Natychmiast dostaliśmy kolejne kontrakty w Europie i USA. Teraz jedziemy do Londynu, zagramy w sali na 2,5 tys. miejsc. Na marginesie - jedną z ról gra w nim Anna Kerth, młoda aktorka urodzona w Gdańsku.

Ile kosztuje udział we Fringe?

- Bardzo dużo. Wszystkie sceny festiwalowe są prywatne. Sam prowadzę teatr przy głównej ulicy w Edynburgu. Wynajmuję cały budynek, w którym co roku buduję i wyposażam profesjonalny teatr. Kosztuje to ćwierć miliona funtów, które moja firma musi odzyskać. A największy teatr festiwalowy, Assembly, inwestuje co roku 1,5 mln funtów. Każdy teatr przyjeżdżający na festiwal kupuje od nas czas na scenie. Składa się na to tak zwana "minimalna gwarancja" - czyli dwadzieścia procent miejsc na widowni, przemnożone przez ilość spektakli oraz cenę jednego biletu - oraz 40 proc. z każdego biletu sprzedanego powyżej tych dwudziestu procent. Do tego dla teatrów dochodzą koszty przyjazdu, zakwaterowania i utrzymania oraz promocji. Edynburg jest mniejszy do Gdańska, w trakcie festiwalu przyjeżdża do miasta milion ludzi. Ale wtedy można tam obejrzeć ponad tysiąc spektakli dziennie. Przy braku reklamy każde przedstawienie zatonie.

A co teatr może na tym zyskać?

- Można nieźle zarobić na biletach. Poza tym dobre recenzje lub jakąś festiwalowa nagroda, otwierają przed teatrem sceny światowe, chociażby teatry off-Broadway'owe w Nowym Jorku. Sukces w Edynburgu przekłada się też na dużo większą frekwencję w rodzinnym kraju. Wyjazd do Edynburga i związana z tym inwestycja może być opłacalna.

Polskie teatry nie zawsze czują potrzebę promocji w Edynburgu, bo i tak mają pełne widownie. Ale mają przecież malutkie sceny! W sobotę obejrzałem w Teatrze Wybrzeże "Orgię" Wiktora Rubina. Spektakl niezwykły, bardzo mi się podobał. Miałby duże szanse przebić się na Fringe. Ale widownia: tylko 40 miejsc. Idźmy dalej. Prywatny Teatr Polonia Krystyny Jandy w Warszawie: tylko 120 miejsc. Teatr, który powinien się sam utrzymać, zaczyna się od 600 miejsc.

W Polsce mamy ciągle jest zaledwie parę scen prywatnych, większość teatrów zawodowych utrzymywana jest ze środków publicznych.

- To się musi zmienić! Choć wiele osób ciągle nie rozumie. Za komuny artyści teatralni byli hołubieni, dostawali wszystko, czego chcieli. Państwo komunistyczne płaciło nam, artystom, aby z nim walczyć. I na nieszczęście myślmy wygrali. Kwestie polityczne, które inspirowały przez dekady artystów, teraz zniknęły. Teatr polski dziś jest znakomity, ale musi znaleźć swoje następne uderzenie. Mamy teraz kapitalizm. A nie ma takiej możliwości, aby państwo kapitalistyczne, w którym najważniejsze jest robienie pieniędzy, miało dotować - tak jak w tej chwili - siedemdziesiąt teatrów. Dla porównania: w Wielkiej Brytanii państwo utrzymuje trzy czy cztery sceny. Reszta to budynki teatralne impresaryjne, przede wszystkim przyjmujące gościnne spektakle. A jak sami coś wyprodukują, to zaraz puszczają w objazd. W Stanach Zjednoczonych nie ma ani jednego państwowego teatru. A jakoś znajdują się tam pieniądze i na efektowne rzeczy komercyjne, i wartościowe artystycznie.

W Polsce robi się spektakle pomyślane tylko na miejsce, w którym zostały zrobione. Gdybyśmy ruszyli cały ten system i produkcje zaczęłyby jeździć po Polsce, to każdy spektakl byłby grany po kilkaset razy. A jak rzecz komercyjna się dobrze sprzeda, to znajdą się też pieniądze i na sztuki trudne, artystyczne. Trzeba się na to przygotować, bo na Zachodzie Europy już są duże cięcia finansów na kulturę. To samo czeka Polskę w ciągu najbliższej dekady.

Jaka jest alternatywa?

- Rozmawiam teraz z warszawskimi urzędnikami na temat budowy w stolicy komercyjnego teatru z prawdziwego zdarzenia. Warszawa musi mieć teatr impresaryjny, który będzie w stanie co tydzień pokazywać inny spektakl. Na przykład sprowadzony ze scen z całej Polski. Musi to być kolosalny budynek. Potrzebne są przynajmniej trzy sale teatralne - w tym jedna na przynajmniej 2 tys. miejsc, druga na 600. Pod tym musi być olbrzymi garaż, nad tym - hotel. A do tego: restauracja i bar. I oczywiście sale muszą pełnic nie tylko funckje teatralne - co będzie priorytetem - ale też konferencyjne. Bo na tym można dziś zarobić.

Wchodzę w sobotę do Teatru Wybrzeże. A tam... nie ma bufetu. Boże, przecież na tym się robi pieniądze! O tym na razie nikt nie myśli, bo są dotacje. Ale one się skończą.

--

Tomasz Borkowy. Aktor i reżyser. Sławę przyniosła mu rola Andrzeja Talara w serialu „Dom”. W stanie wojennym wyjechał do Wielkiej Brytanii. Grał w filmach angielskich i amerykańskich, m.in. w „Nieznośnej lekkości bytu” Philipa Kaufmana. Od 22 lat prowadzi i programuje edynburskie teatry festiwalowe. Obecnie jest dyrektorem artystycznym firmy Universal Arts Festival Ltd.