Z Cassandrą Wilson w siódmym niebie
31.01.2011
, aktualizacja: 01.02.2011 14:15
Zaproszenie amerykańskiej wokalistki Cassandry Wilson, aby uświetniła obchody 400. rocznicy urodzin gdańskiego astronoma Jana Heweliusza, było strzałem w dziesiątkę.
Artystka podczas występu nawiązała do jubileuszu poprzez wykonanie evergreenów: "Fly me to the moon" Barta Howarda i "Harvest moon" Neila Younga, śpiewając tak, że publiczność była w siódmym niebie.
Cassandra Wilson dysponuje wyjątkowo niskim głosem o bardzo oryginalnej barwie - głębokiej, aksamitnej, lekko zachrypniętej. Na scenie prezentowała się niezwykle kobieco i czarująco, kołysała biodrami, tańczyła i zachęcała publiczność do wspólnego klaskania w rytm muzyki. Tę spontaniczność słychać było także w jej śpiewie. Dało się odczuć, że nie odtwarza sztywno swoich interpretacji z pamięci co do joty, ale w dużym stopniu kreuje je na żywo. Czasami przybierało to nawet znamiona uroczej nonszalancji w postaci na przykład celowo niedośpiewanych wyraziście sylab na końcu fraz.
Niedzielny (30 stycznia) występ Cassandry pozbawiony był jednak praktycznie elementu czystej improwizacji. Jest ona bowiem typem wokalistki, która nie eksponuje wokalnej wirtuozerii: śpiewa przeważnie w skali o niewielkiej rozpiętości, unika szybkich temp czy też karkołomnych melodii. Artystka urzeka swoich fanów niezwykłym klimatem, który wytwarza w swoich interpretacjach. Osiąga go poprzez niesamowite skupienie i budowanie palety bardzo silnych emocji. Piosenkarka ceniona jest również za to, że genialnie potrafi przetransponować na jazzową elegancję nie zawsze jazzowe utwory. Również na Ołowiance artystka dorzucała swoje trzy stylowe grosze do znanych evergreenów. Słuchając tych legendarnych utworów przez nią odkurzonych, od razu było wiadomo, że mamy do czynienia z częścią historii, którą Cassandra Wilson zna jak mało kto i sama pisze ją na nowo. Obok własnych utworów zaprezentowała standardy jazzowe, np. "Caravan" Duke'a Ellingtona, "Fly me to the Moon"(Zabierz mnie na księżyc) Barta Howarda, "Harvest Moon" (Pełnia księżyca) rockmana Neila Younga czy też klasykę bluesa Muddy'ego Watersa. Sądząc po tytułach, niektóre z kompozycji były ukłonem w stronę wielkiego astronoma.
Artyści promowali przede wszystkim na koncercie swój najnowszy album "Silver Pony". Aranżacje wszystkich utworów były utrzymane częściej w klimacie blues-rockowym, rzadziej w formie zmysłowych, ujazzowionych ballad. W podtrzymaniu blues-jazzowego nastroju koncertu niezastąpioną rolę odegrali muzycy towarzyszący Cassandrze: Marvin Sewell - gitara, Jonathan Batiste - fortepian, Lonnie Plaxico - bas, Johnathan Blake - zestaw perkusyjny oraz Lekan Babalola - instrumenty perkusyjne. Prym wiódł gitarzysta, który właściwie jako jedyny w zespole realizował solówki (grał je również pianista, ale znacznie rzadziej). W balladach wykorzystywał gitarę akustyczną, którą jednak mógłby lepiej nastroić. Gitarę elektryczną wykorzystywał w bardziej energetycznych utworach o bluesowych naleciałościach. Obok barwy głosu Cassandry, który nieodparcie kojarzy się z muzyką korzeni, to przede wszystkim jego gra, z wykorzystaniem techniki slide (przeciąganie palców po strunie), budowała bluesowy posmak kompozycji. Świetnie współpracowała ze sobą sekcja rytmiczna. Kontrabasista w balladach wykorzystywał nie tylko grę pizzicato (czyli szarpanie strun palcem), ale również mało typową dla jazzu grę smyczkiem. Reasumując, Cassandra i towarzyszący jej artyści, jak mówią słowa jednego z wykonanych przez nich standardów, zabrali nas na księżyc i dostarczyli wrażeń nieziemskich.
Cassandra Wilson dysponuje wyjątkowo niskim głosem o bardzo oryginalnej barwie - głębokiej, aksamitnej, lekko zachrypniętej. Na scenie prezentowała się niezwykle kobieco i czarująco, kołysała biodrami, tańczyła i zachęcała publiczność do wspólnego klaskania w rytm muzyki. Tę spontaniczność słychać było także w jej śpiewie. Dało się odczuć, że nie odtwarza sztywno swoich interpretacji z pamięci co do joty, ale w dużym stopniu kreuje je na żywo. Czasami przybierało to nawet znamiona uroczej nonszalancji w postaci na przykład celowo niedośpiewanych wyraziście sylab na końcu fraz.
Niedzielny (30 stycznia) występ Cassandry pozbawiony był jednak praktycznie elementu czystej improwizacji. Jest ona bowiem typem wokalistki, która nie eksponuje wokalnej wirtuozerii: śpiewa przeważnie w skali o niewielkiej rozpiętości, unika szybkich temp czy też karkołomnych melodii. Artystka urzeka swoich fanów niezwykłym klimatem, który wytwarza w swoich interpretacjach. Osiąga go poprzez niesamowite skupienie i budowanie palety bardzo silnych emocji. Piosenkarka ceniona jest również za to, że genialnie potrafi przetransponować na jazzową elegancję nie zawsze jazzowe utwory. Również na Ołowiance artystka dorzucała swoje trzy stylowe grosze do znanych evergreenów. Słuchając tych legendarnych utworów przez nią odkurzonych, od razu było wiadomo, że mamy do czynienia z częścią historii, którą Cassandra Wilson zna jak mało kto i sama pisze ją na nowo. Obok własnych utworów zaprezentowała standardy jazzowe, np. "Caravan" Duke'a Ellingtona, "Fly me to the Moon"(Zabierz mnie na księżyc) Barta Howarda, "Harvest Moon" (Pełnia księżyca) rockmana Neila Younga czy też klasykę bluesa Muddy'ego Watersa. Sądząc po tytułach, niektóre z kompozycji były ukłonem w stronę wielkiego astronoma.
Artyści promowali przede wszystkim na koncercie swój najnowszy album "Silver Pony". Aranżacje wszystkich utworów były utrzymane częściej w klimacie blues-rockowym, rzadziej w formie zmysłowych, ujazzowionych ballad. W podtrzymaniu blues-jazzowego nastroju koncertu niezastąpioną rolę odegrali muzycy towarzyszący Cassandrze: Marvin Sewell - gitara, Jonathan Batiste - fortepian, Lonnie Plaxico - bas, Johnathan Blake - zestaw perkusyjny oraz Lekan Babalola - instrumenty perkusyjne. Prym wiódł gitarzysta, który właściwie jako jedyny w zespole realizował solówki (grał je również pianista, ale znacznie rzadziej). W balladach wykorzystywał gitarę akustyczną, którą jednak mógłby lepiej nastroić. Gitarę elektryczną wykorzystywał w bardziej energetycznych utworach o bluesowych naleciałościach. Obok barwy głosu Cassandry, który nieodparcie kojarzy się z muzyką korzeni, to przede wszystkim jego gra, z wykorzystaniem techniki slide (przeciąganie palców po strunie), budowała bluesowy posmak kompozycji. Świetnie współpracowała ze sobą sekcja rytmiczna. Kontrabasista w balladach wykorzystywał nie tylko grę pizzicato (czyli szarpanie strun palcem), ale również mało typową dla jazzu grę smyczkiem. Reasumując, Cassandra i towarzyszący jej artyści, jak mówią słowa jednego z wykonanych przez nich standardów, zabrali nas na księżyc i dostarczyli wrażeń nieziemskich.



więcej zdjęć

