kino, teatr, muzyka

Warszawa

Róża ******

Paweł T. Felis
03.02.2012 , aktualizacja: 03.02.2012 09:35
A A A Drukuj
Róża Róża
Polska 2011. Reż. Wojtek Smarzowski. Aktorzy: Marcin Dorociński, Agata Kulesza, Kinga Preis, Jacek Braciak, Malwina Buss, Marian Dziędziel, Edward Linde-Lubaszenko, Eryk Lubos
Róża
Róża
Róża
Róża
Róża
Róża
Róża
Róża
Marne byłoby polskie kino bez Wojtka Smarzowskiego. I nie dlatego nawet, że to reżyser wybitnego talentu. Smarzowski jest filmowcem skrajnie nieartystowskim, filozofującym wrażliwcem w skórze naturalisty, ale ma jeszcze tę jedną wyjątkową cechę, że to być może jedyny dziś w naszym kinie twórca tak przenikliwie, do bólu polski. Nieustannie się z tą polskością boksuje, tropi obrzeża raczej niż "wątki" główne, uporczywie nas, widzów, zakotwicza w przeszłości i mentalności, z której wolelibyśmy się otrzepać i udawać przezroczystych kosmopolitów.

"Wesele" było filmem współczesnym, "Dom zły" rozgrywał się w latach 70. i 80., "Róża" z kolei zaczyna się tuż po wojnie, na Mazurach, gdzie wszyscy czują się nie u siebie. Niemcy, którzy mieszkali tu wcześniej, naznaczeni są hitlerowskim piętnem i zaczynają być wysiedlani. Przyjeżdżający repatrianci ze wschodu zajmują obce domy, ale z poczuciem prowizorki. Rosyjscy bandyci niby współpracują z ludową władzą, ale muszą zadowolić się życiem na marginesie. I wreszcie systematycznie pozbawiani tożsamości Mazurzy, kiedyś na siłę zniemczani, dziś na siłę polonizowani. Bo na "polskość" - znaczący trop u Smarzowskiego - trzeba mieć "papier": z każdym, kto "inny", "obcy" jest za ciasno.

Historyczno-społeczny kontekst wydaje się skomplikowany (anegdota o zagranicznych jurorach w Gdyni, którzy nie dali ponoć Smarzowskiemu Złotych Lwów, bo filmu nie zrozumieli), ale w "Róży" okazuje się zadziwiająco przejrzysty. To przeszłość nie chce być prosta: są "niesłuszni" Polacy z AK-owską przeszłością i "słuszni", czyli pracujący dla nowej władzy; są rosyjscy gwałciciele i złodzieje oraz "legalni" oficjele doglądający nowego porządku. A w tym wszystkim on i ona - były powstaniec Tadeusz (Dorociński) oraz tytułowa Róża (Kulesza), Mazurka ożeniona z Niemcem.

Spotykają się w momencie, kiedy przy życiu trzyma ich już właściwie tylko niezrozumiały instynkt. On stracił żonę, którą gwałcono i zabito na jego oczach. Ona straciła męża i - jak mówią miejscowi - córkę. Znamienne staje się ich pierwsze spotkanie: Róża przetrwała, bo oddawała ciało niezliczonej liczbie żołnierzy - Tadeusz wyszedł z wojny okaleczony psychicznie, ale nie moralnie. Nawet jego twarz i postura (świadomie skontrastowana z innymi) zdaje się krzyczeć: to postać niezłomna, którą "można zniszczyć, ale nie pokonać". Tyle że na tak prosty podział nie pozwalają aktorzy.

Nagrodzony w Gdyni Marcin Dorociński idealnie wchodzi w buty polskiego herosa jak z westernu: odważnego, wrażliwego, z zasadami. Pozwala tej postaci wierzyć całkowicie, ale też dyskretnie jej pomnikowość przełamuje - heroizm Tadeusza jest przecież aktem rozpaczy, straceńczym gestem człowieka, który może już tylko zaryzykować wszystko. I w którym obudzić się może ta sama co u rosyjskich gwałcicieli zwierzęca agresja - nie przypadkiem szaleńcze ciosy siekierą przypominają przecież "Dom zły".

Autentycznie wybitną, bezbłędną kreację tworzy jednak w "Róży" Agata Kulesza. W jej bohaterce co chwila odzywa się inny ton - hardość przechodzi w czułość, słabość ofiary poddawanej niekończącym się gwałtom w bunt, przyziemność w filozofującą nadświadomość (opowieść o tym, co dzieje się według Mazurów z duszą po śmierci). Paradoksalnie to ona jest tu prawdziwą wojowniczką. A najbardziej brawurowym aktem tej batalii staje się nie to, że znosi przychodzącą zewsząd przemoc, ale moment, kiedy odkrywa w sobie zdolność, by kochać.

Jest rok 1945, ale wojna wciąż trwa - w "Róży" jest to jednak wojna, której polskie kino tak wstrząsająco nigdy nie pokazywało: wojna jako niekończąca się walka o kobiece ciało, wojna szukających zaspokojenia samców. Brutalność tego filmu wżera się w świadomość, obezwładnia. Ale ta okrutna, chirurgiczna operacja na psychice i wrażliwości widza działa przewrotnie: stajemy się uczestnikami tamtego gwałtu i próbujemy się - jak para głównych bohaterów - z niego wyrwać.

Gdy na niedawnym pokazie z publicznością pojawiły się napisy końcowe, sala na długo zamarła. Smarzowski rzemiosło ma w małym palcu, potrafi ze swadą korzystać z gatunkowych konwencji (tym razem od westernu po melodramat), precyzyjnie rozrzedzać dramat zmysłem tragikomika (o zabitym przez minę człowieku: "musimy poszukać nogi!"), znajdować własny klucz do historii (jest to przecież również przypowieść o polskiej ziemi zaczadzonej "brudną" krwią). Ale największą zaletą jego filmu, jak w "Domu złym", jest coś, o czym pisać najtrudniej. Ten dziwny, paraliżujący, metafizyczny błysk, od którego - przyznaję - cały czas nie mogę się uwolnić.

Podziel się