Liban ****
05.03.2010
, aktualizacja: 03.03.2010 14:32
Francja, Izrael, Liban, Niemcy 2009 (Lebanon). Reż. Samuel Maoz. Aktorzy: Yoav Donat, Oshri Cohen, Michael Moshonov, Itay Tiran
Filmy
Wojna izraelsko-libańska w 1982 roku musi tkwić głęboką zadrą w duszach jej uczestników, skoro w ciągu niespełna roku otrzymujemy kolejno dwa filmy stanowiące z nią osobisty rozrachunek. Trudno się zresztą temu dziwić: 19-letni, normalny, wrażliwy, nieprzejawiający militarnych instynktów chłopak zostaje powołany do armii, ale nie odbywa służby w koszarach, tylko zostaje wysłany na front, gdzie musi strzelać i zabijać (także cywilów). A potem ma wrócić do domu i żyć dalej, jakby nic się nie wydarzyło. Czy to jest w ogóle możliwe? Ari Folman odpowiedział w swoim rewelacyjnym "Walcu z Bashirem", że tak - ale pod warunkiem wymazania wojennych doświadczeń z pamięci (co i tak okazuje się niewykonalne). Teraz wraca do nich Samuel Maoz (charakterystyczne, że obydwaj reżyserzy potrzebowali ponad ćwierć wieku, aby taką podróż w przeszłość podjąć) - w filmie niewątpliwie słabszym, płytszym i mniej oryginalnym, ale ciekawym i "z pomysłem".
Pomysł polega na tym, że akcja rozgrywa się niemal w całości w klaustrofobicznym wnętrzu czołgu, a wydarzenia zewnętrzne pokazywane są z perspektywy wieżyczki czy też peryskopu strzelniczego - mocno ograniczony punkt widzenia, ale czy nie tak postrzegana jest każda wojna, niezależnie od tego, czy służy się w artylerii, piechocie, czy lotnictwie? Widzi się tylko wąziutki wycinek, mały fragmencik nieogarniający całości - tu ma to sens najzupełniej dosłowny.
Jest początek inwazji. Do zbombardowanego przez lotnictwo Izraela libańskiego miasta wjeżdża czołg, którego załogę stanowi czwórka młodych, niedoświadczonych żołnierzy: przywódca Asi, ładowniczy Herzel, kierowca Yigal i strzelec Szmulik. I choć w środku wisi tabliczka z napisem: "Człowiek jest ze stali, czołg tylko z żelaza", to jest to tylko życzeniowy, propagandowy slogan: widzimy czterech wystraszonych chłopaków, którzy nie bardzo wiedzą, po co tu przybyli, i marzą tylko o bezpiecznym powrocie do domu. W najtrudniejszej z moralnego punktu widzenia sytuacji jest Szmulik (stanowiący, jak przypuszczam, alter ego reżysera) - to on pociąga za spust, a do roli "egzekutora" jest kompletnie nieprzygotowany. Waha się, nie potrafi początkowo zabić (co kosztuje życie jednego z żołnierzy oddziału piechoty towarzyszącego czołgowi), potem, przywołany do porządku przez - bardzo bojowego - oficera Gamila, pakuje jednak pocisk w grupę cywilów służących terrorystom za żywe tarcze...
Pierwsza połowa jest właściwie serią krótkich epizodów - krwawych, bezsensownych i dodatkowo pogłębiających rozterki naszego strzelca. Ich sens serwowany jest w sposób dość nachalny: widzimy krew na dłoniach Szmulika, oskarżycielskie spojrzenia ocalałych z ataku mieszkańców miasta, błąkającą się wśród ruin zrozpaczoną kobietę, która właśnie straciła dziecko (a której cierpienie jest kontrapunktowane suchym komunikatem w radiotelefonie) itd. Są to obrazy poruszające, ale ich wymowa nie wykracza poza obiegową mądrość głoszącą, że wojna jest krwawym absurdem.
Film rusza z miejsca w drugiej połowie, gdy nasi bohaterowie (których zdążyliśmy polubić, choć może mniej poznać) znajdą się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia i będą zdani na pomoc dwóch niebudzących zaufania falangistów. Ale nawet gdy napięcie wzrośnie, nie znika ogólne wrażenie, że gdyby nie genialny pomysł operatorski, byłaby to historia dość banalna, jakich w kinie wiele - tyle że wskutek zagęszczenia przestrzeni opowiedziana intensywnie, no i poświadczona własnym doświadczeniem.
Zakończenie jest gorzko ironiczne: sytuacja wraca do punktu wyjścia, ale nie do końca, bo po drodze zostawiliśmy kilkanaście niepotrzebnych śmierci. I przynajmniej jednego faceta z głębokim poczuciem winy, który po kilkudziesięciu latach postanowi przerobić swoje koszmarne wspomnienia na sztukę.
Pomysł polega na tym, że akcja rozgrywa się niemal w całości w klaustrofobicznym wnętrzu czołgu, a wydarzenia zewnętrzne pokazywane są z perspektywy wieżyczki czy też peryskopu strzelniczego - mocno ograniczony punkt widzenia, ale czy nie tak postrzegana jest każda wojna, niezależnie od tego, czy służy się w artylerii, piechocie, czy lotnictwie? Widzi się tylko wąziutki wycinek, mały fragmencik nieogarniający całości - tu ma to sens najzupełniej dosłowny.
Jest początek inwazji. Do zbombardowanego przez lotnictwo Izraela libańskiego miasta wjeżdża czołg, którego załogę stanowi czwórka młodych, niedoświadczonych żołnierzy: przywódca Asi, ładowniczy Herzel, kierowca Yigal i strzelec Szmulik. I choć w środku wisi tabliczka z napisem: "Człowiek jest ze stali, czołg tylko z żelaza", to jest to tylko życzeniowy, propagandowy slogan: widzimy czterech wystraszonych chłopaków, którzy nie bardzo wiedzą, po co tu przybyli, i marzą tylko o bezpiecznym powrocie do domu. W najtrudniejszej z moralnego punktu widzenia sytuacji jest Szmulik (stanowiący, jak przypuszczam, alter ego reżysera) - to on pociąga za spust, a do roli "egzekutora" jest kompletnie nieprzygotowany. Waha się, nie potrafi początkowo zabić (co kosztuje życie jednego z żołnierzy oddziału piechoty towarzyszącego czołgowi), potem, przywołany do porządku przez - bardzo bojowego - oficera Gamila, pakuje jednak pocisk w grupę cywilów służących terrorystom za żywe tarcze...
Pierwsza połowa jest właściwie serią krótkich epizodów - krwawych, bezsensownych i dodatkowo pogłębiających rozterki naszego strzelca. Ich sens serwowany jest w sposób dość nachalny: widzimy krew na dłoniach Szmulika, oskarżycielskie spojrzenia ocalałych z ataku mieszkańców miasta, błąkającą się wśród ruin zrozpaczoną kobietę, która właśnie straciła dziecko (a której cierpienie jest kontrapunktowane suchym komunikatem w radiotelefonie) itd. Są to obrazy poruszające, ale ich wymowa nie wykracza poza obiegową mądrość głoszącą, że wojna jest krwawym absurdem.
Film rusza z miejsca w drugiej połowie, gdy nasi bohaterowie (których zdążyliśmy polubić, choć może mniej poznać) znajdą się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia i będą zdani na pomoc dwóch niebudzących zaufania falangistów. Ale nawet gdy napięcie wzrośnie, nie znika ogólne wrażenie, że gdyby nie genialny pomysł operatorski, byłaby to historia dość banalna, jakich w kinie wiele - tyle że wskutek zagęszczenia przestrzeni opowiedziana intensywnie, no i poświadczona własnym doświadczeniem.
Zakończenie jest gorzko ironiczne: sytuacja wraca do punktu wyjścia, ale nie do końca, bo po drodze zostawiliśmy kilkanaście niepotrzebnych śmierci. I przynajmniej jednego faceta z głębokim poczuciem winy, który po kilkudziesięciu latach postanowi przerobić swoje koszmarne wspomnienia na sztukę.
Najczęściej czytane24 htydzień


