kino, teatr, muzyka

Warszawa

Matka Teresa od kotów *****

PAWEŁ T. FELIS
17.09.2010 , aktualizacja: 16.09.2010 13:03
A A A Drukuj
Matka Teresa od kotów

Matka Teresa od kotów

Polska 2010. Reż. Paweł Sala. Aktorzy: Mateusz Kościukiewicz, Filip Garbacz, Ewa Skibińska, Mariusz Bonaszewski
Najdojrzalszy ze wszystkich filmów pokazywanych w tym roku w Gdyni, ostentacyjnie zignorowany przez jury, które uznało, że wzorem dla polskiego kina ma być plakatowa, nijaka, osobliwie wsteczna "Różyczka". Staroświeckim jurorom warto więc przypomnieć, że polskie kino jest już dalej, potrafi opowiadać inaczej, a tematów seksu i zła nie musi traktować jak grzecznie zawstydzona, myśląca nieuleczalnymi schematami ciotka. "Matka Teresa od kotów" jest tego najlepszym dowodem.

Film Pawła Sali, z pozoru bliski "czarnemu realizmowi" z "Długu" Krauzego czy "Cześć, Tereska" Glińskiego, rozpoczyna się niejako od tyłu: od aresztowania dwóch braci, którzy zamordowali własną matkę. Samego zabójstwa w "Matce Teresie od kotów" nie zobaczymy jednak do końca, podobnie jak do końca nie dowiemy się (na szczęście!), dlaczego zabili. Nawet jeśli Sala wybiera realistyczny kostium, to jednak świadomie wyostrza i kondensuje. Trafnie, bo przecież w "Matce Teresie " nie chodzi o dwóch autentycznych (film oparty jest na faktach) matkobójców, ale o rodzinę, w której seksualne napięcie siłuje się z religijną pustką, władza z uległością, miłość z niekochaniem.

Rodzinny dom Artura (Kościukiewicz) i jego dużo młodszego brata Marcina (Garbacz) ma zapach kurzu i wszechobecnych kotów, dla których matka (Skibińska) ma więcej czułości niż dla synów i kilkuletniej córki. Nie ma tu jednak taniej psychologii o zaniedbywanym dziecku, które wyrasta na potwora - ani matka nie jest "winna" zwichrowaniu Artura, ani nieobecny ojciec, ani komputerowe gry. Tajemnica tkwi w samym chłopaku, który z matką, ojcem, ale i bratem prowadzi demoniczną grę - potrafi przewidywać zdarzenia, "wchodzić" w cudzą świadomość, przekazywać złą i dobrą energię. A przynajmniej tak twierdzi - zagadkowa siła Artura (niemal wszyscy się go boją!) podszyta jest zdolnością psychicznej manipulacji i pozorowaniem władzy, tłumionymi kompleksami i seksualnym napięciem. Jego relacja z matką, bratem, ojcem (słyszymy nawet o rzekomym wykorzystywaniu chłopaka przez ojca) okazuje się mocno cielesna, wyraźnie erotyczna, rozbrajająco niejednoznaczna.

Rewelacyjnie gra Artura znany z "Wszystko, co kocham" Borcucha Mateusz Kościukiewicz (nagrodzony - razem z Filipem Garbaczem - w Karlowych Warach) - w gestach, w twarzy, w oczach ma brawurową nonszalancję, coś nieludzkiego: szatański i zarazem anielski błysk. Gdy coraz bardziej zanurzamy się w przeszłość bohaterów, poznajemy dom, w którym toczy się dziwna, manichejska walka dobra ze złem. Ciało walczy z duszą, seksualna gorączka z rodzinnym stereotypem, religia z grzechem. Nie przypadkiem matka, która do kościoła nie chodzi, szuka ratunku na pielgrzymce. Ale nawet tam Arturowi ulegnie, podda się, jakby nie miała już siły dalej walczyć.

W znakomitym filmie Pawła Sali (rzadko się zdarza, by debiut zrobiony był z taką realizacyjną klasą) zło jest nie tylko nieuchwytne, ale też mieni się kolorami i odcieniami: sam Artur toczy przez cały film jakąś nienazwaną walkę, czuje się na przemian ofiarą i katem, Panem Bogiem i upupionym niewolnikiem własnej cielesności. "Obiecałeś, że wszystko będzie dobrze" - mówi zdumiony rozwojem wydarzeń Marcin. Ale nie będzie - i on, i Artur tworzą sobie rzeczywistość swoich fantazji i obsesji, marzeń i frustracji, aż w końcu zmuszeni będą zejść na ziemię i zapłacić za złudzenia, nawet jeśli wierzyli w nie naprawdę.



Zobacz także

Bestsellery