Il Caminetto
27.01.2006
, aktualizacja: 23.11.2010 17:01
Odnalazłem tu klimat włoskich trattorii zapamiętany z wakacyjnych wojaży
Na rozprzestrzenianie się kuchni włoskiej w świecie wielki wpływ mają małżeństwa. Monografie dziejów europejskiego stołu za kluczowy uznają rok 1533, kiedy to florencka księżniczka Katarzyna Medycejska poślubiła księcia Orleanu, późniejszego króla Francji Henryka II. Przybyli za swą panią włoscy kucharze przywieźli produkty i przybory kuchenne wówczas nad Sekwaną nieznane. Odmienili oblicze francuskiej sztuki kulinarnej, dając siłę, która w kolejnych wiekach dała jej przywództwo w świecie. W literaturze gastronomicznej mniej eksponowany jest inny związek, wcześniejsze o 15 lat krakowskie wesele mediolańskiej księżniczki Bony Sforzy z królem Polski Zygmuntem I Starym. Małżeństwo to, poza zasadniczymi konsekwencjami dla pozycji polskiego państwa, miało również odczuwalny do dzisiaj wpływ na to, co jadamy. Niezbędna w przyrządzaniu niemal każdej polskiej zupy włoszczyzna to właśnie jedna z pamiątek po tamtych czasach. Po ponad czterech stuleciach kontaktów z włoskimi kulinariami nie należy się dziwić, że, jak wynika z badań socjologicznych, kuchnia z Italii stanowi najbardziej lubianą kuchnię zagraniczną Polaków. A o jej niezachwianej pozycji nadal decydują familijne związki. Włoskich, rodzinnych restauracji mamy w Warszawie przynajmniej kilka, a pośród nich Il Caminetto na rogu Zwycięzców i Międzynarodowej.
Lokal ten, mieszczący się na pięterku osiedlowego pawilonu usługowego z lat 70., z pewnością wzbudziłby mnóstwo wątpliwości włoskich stylistów. Z tym, co uznajemy za mediolański sznyt, nie ma zupełnie nic wspólnego. To raczej wiejska gospoda, a raczej lokal stylizowany na takową: z udawanymi belkami stropowymi, czerwonymi cegłami, kominkiem z żywym ogniem, rustykalnymi meblami i makatkami na ścianie sławiącymi Umbrię, ,,zielone serce Italii'', skąd pochodzi właściciel knajpy. Jakkolwiek dziwacznie by to wyglądało, zestawienie gomułkowsko-gierkowskiej architektury z wnętrzem niby-chłopskiej karczmy broni się całkiem skutecznie. Przede wszystkim domową, bezpretensjonalną atmosferą i kuchnią prostą, lecz niezwykle smaczną. O klasie tutejszych kucharzy świadczy również to, że na kolacyjkę wtarabaniliśmy się z J. we wtorkowy wieczór dosłownie kwadrans przed 22. Nie jest to najszczęśliwsza pora dla restauracji zagubionej pośród zbierającego się do snu osiedla. Mimo to w ciągu kilkunastu minut pojawiła się przed nami obfita uczta.
Najpierw foccacia (6 zł) z igiełkami rozmarynu, chrupka jak jesienne liście i osmalona w piecu prawdziwymi płomieniami. Zaraz po niej talerz smakowitych antipasti (28 zł): gambasy, paluszki krabowe, ośmiorniczki, grillowane bakłażany, suszone pomidory, oliwki, a wszystko wyłowione z salaterek wypełnionych szlachetną oliwą stojących w przeszklonej ladzie. Potem prościutka, a przez to wzruszająca minestrone (18 zł), słoneczna w smaku, skrywająca w swych złocistych toniach chrupkie, nierozgotowane jarzynki. Potem ogromny półmisek domowych makaronów. Fagottini (24 zł), czyli pierożki z mięsem całkiem w guście naszych nadwiślańskich, wyróżniały się sosem alla diavola, czerwonym i tak jakoś zadziwiająco pikantnym, że swój piekielny ton ujawniał dopiero po kilku wstępnych, całkowicie łagodnych taktach. I wtedy trudno było już wytrzymać bez umbryjskiego wina. Ravioli ze szpinakiem i ricottą (24 zł) wykąpane były w maśle z szałwią, spaghetti zażyczyliśmy sobie z oliwą i czosnkiem (20 zł), a tagliatelle raz w sosie bolońskim (24 zł), raz w pesto (23 zł). Włoskie kopytka, czyli gnocchi smakowały doskonale w sosie szpinakowym z orzechami (22 zł) oraz w czterech serach (22 zł). Podobał mi się też sposób przyrządzania pizzy, na cieniutkim, kruszącym się cieście. J. przy tej okazji trochę mędrkował, ale ja akurat lubię pizzę właśnie taką. Z przyjemnością zająłem się jeszcze na koniec krwistą polędwicą wołową z kawałkiem rozpuszczającej się na niej gorgonzoli (41 zł) oraz aromatycznymi, delikatnymi, niemal marcepanowymi eskalopkami cielęcymi z szałwią i mozzarellą.
Jadłem bardziej wystawne kolacyjki. Kaprysiłem nad bardziej wyszukanymi daniami. Ale to właśnie w Il Caminetto odnalazłem zapamiętany z wakacyjnych wojaży, tak bardzo potrzebny w ten mroźny czas klimat włoskich trattorii. Tanto grazie!
Il Caminetto, ul. Zwycięzców 46, tel. 0 22 672 55 96, czynne do godz. 23, www.ilcaminetto.pl, można płacić kartą

Lokal ten, mieszczący się na pięterku osiedlowego pawilonu usługowego z lat 70., z pewnością wzbudziłby mnóstwo wątpliwości włoskich stylistów. Z tym, co uznajemy za mediolański sznyt, nie ma zupełnie nic wspólnego. To raczej wiejska gospoda, a raczej lokal stylizowany na takową: z udawanymi belkami stropowymi, czerwonymi cegłami, kominkiem z żywym ogniem, rustykalnymi meblami i makatkami na ścianie sławiącymi Umbrię, ,,zielone serce Italii'', skąd pochodzi właściciel knajpy. Jakkolwiek dziwacznie by to wyglądało, zestawienie gomułkowsko-gierkowskiej architektury z wnętrzem niby-chłopskiej karczmy broni się całkiem skutecznie. Przede wszystkim domową, bezpretensjonalną atmosferą i kuchnią prostą, lecz niezwykle smaczną. O klasie tutejszych kucharzy świadczy również to, że na kolacyjkę wtarabaniliśmy się z J. we wtorkowy wieczór dosłownie kwadrans przed 22. Nie jest to najszczęśliwsza pora dla restauracji zagubionej pośród zbierającego się do snu osiedla. Mimo to w ciągu kilkunastu minut pojawiła się przed nami obfita uczta.
Najpierw foccacia (6 zł) z igiełkami rozmarynu, chrupka jak jesienne liście i osmalona w piecu prawdziwymi płomieniami. Zaraz po niej talerz smakowitych antipasti (28 zł): gambasy, paluszki krabowe, ośmiorniczki, grillowane bakłażany, suszone pomidory, oliwki, a wszystko wyłowione z salaterek wypełnionych szlachetną oliwą stojących w przeszklonej ladzie. Potem prościutka, a przez to wzruszająca minestrone (18 zł), słoneczna w smaku, skrywająca w swych złocistych toniach chrupkie, nierozgotowane jarzynki. Potem ogromny półmisek domowych makaronów. Fagottini (24 zł), czyli pierożki z mięsem całkiem w guście naszych nadwiślańskich, wyróżniały się sosem alla diavola, czerwonym i tak jakoś zadziwiająco pikantnym, że swój piekielny ton ujawniał dopiero po kilku wstępnych, całkowicie łagodnych taktach. I wtedy trudno było już wytrzymać bez umbryjskiego wina. Ravioli ze szpinakiem i ricottą (24 zł) wykąpane były w maśle z szałwią, spaghetti zażyczyliśmy sobie z oliwą i czosnkiem (20 zł), a tagliatelle raz w sosie bolońskim (24 zł), raz w pesto (23 zł). Włoskie kopytka, czyli gnocchi smakowały doskonale w sosie szpinakowym z orzechami (22 zł) oraz w czterech serach (22 zł). Podobał mi się też sposób przyrządzania pizzy, na cieniutkim, kruszącym się cieście. J. przy tej okazji trochę mędrkował, ale ja akurat lubię pizzę właśnie taką. Z przyjemnością zająłem się jeszcze na koniec krwistą polędwicą wołową z kawałkiem rozpuszczającej się na niej gorgonzoli (41 zł) oraz aromatycznymi, delikatnymi, niemal marcepanowymi eskalopkami cielęcymi z szałwią i mozzarellą.
Jadłem bardziej wystawne kolacyjki. Kaprysiłem nad bardziej wyszukanymi daniami. Ale to właśnie w Il Caminetto odnalazłem zapamiętany z wakacyjnych wojaży, tak bardzo potrzebny w ten mroźny czas klimat włoskich trattorii. Tanto grazie!
Il Caminetto, ul. Zwycięzców 46, tel. 0 22 672 55 96, czynne do godz. 23, www.ilcaminetto.pl, można płacić kartą

-
Re: Il Caminetto
mama.restauracyjna
20.10.06, 13:58
My uwielbiamy to miejsce.Jest wyjatkowo przyjazne dzieciom.Bardzo czesto bywamy tam w niedziele, by niespiesznie zjesc obiad w rodzinnym gronie.I czujemy sie wlasnie jak we Wloszech..Starszy»
-
Re: Il Caminetto
marghe_72
24.10.07, 11:47
Niestety i ja się zawiodłam na Caminettojedzenie coraz gorszej jakościb. długi czas oczekiwaniaa szkoda, bo było b. fajnie»
-
A ja Il Caminetto polecam
furtado
19.07.09, 13:43
Naprawdę nie jest źle.Nie przeszkadza mi wystrój, który nie należy do najbardziej wyszukanych. Do ILCaminetto przychodzę po autentyczne włoskie jedzenie. Duży wybór przystawek,pyszne »


