Bruno
10.03.2006
, aktualizacja: 07.09.2007 15:06
Kolacja we włoskim tempie i z włoską wylewnością
Wizyta w restauracji Bruno to przygoda szczególna. Jej właściciel, włoski hurtownik produktów spożywczych, przejmuje nad gośćmi kuratelę totalną i ani na chwilę nie pozwala na samodzielne wybory. - I Polacchi sono freddi, zimni, nie lubię tego - deklaruje od razu, dosiada się do stolika i sam komponuje naszą kolację. Karta właściwie okazuje się zupełnie niepotrzebna. - Na początek musicie spróbować branzino (49 zł). Come si chiamo in polacco branzino? Okoń morski! O tak, nałóż sobie na widelec kawałeczek białego mięska, odrobinę grillowanego ananasa i cząstkę kiwi. Lo senti, lo senti? Buonissimo! Do tego koniecznie vino bianco, najlepiej chardonnay z Puglii. Owocowe, radosne, jak prawdziwe Włochy. A potem carpaccio. Per te klasyczne z wołowiny, di filetto (28 zł), a dla ciebie - di tonno, z tuńczyka (33 zł). Zaraz, zaraz, nie tak od razu, non ancora. Tuńczyka doprawmy oliwą, sam widziałem, jak tłoczyli tę oliwę, w piwnicy mam jej kilka beczek, potem dosmaczmy octem balsamicznym, a na koniec spryskajmy octem winnym o smaku winogronowym. Nie widziałeś nigdy octu w aerozolu? Questo non e vero! Otwórz usta, posmakuj, czy to nie fantastico? Tylko u mnie w hurtowni, nikt takiego in Polonia nie sprzedaje. A do carpaccio wołowego ocet winny śliwkowy. Buonissimo, czyż nie? A jak oliwa? Zamocz w niej kawałek chleba, tak robimy we Włoszech. Czujesz ten smak, mocny, mięsisty, a jednocześnie pełen zieleni i niemal rabarbarowy? Jestem od niego uzależniony. Przyjechałem do Polski w 1999 roku z żoną na wakacje. Mieliśmy wypadek samochodowy pod Mińskiem Mazowieckim, długo czekałem na pieniądze z ubezpieczenia, zacząłem rozglądać się za biznesem. Najpierw makarony, potem oliwa, następnie pomidory w puszkach i dalej już poszło. Dostarczamy zaopatrzenie dla włoskich restauracji. Najlepsze produkty. Jak ci smakuje ta pasta? Tagliatelle z okoniem morskim (33 zł) i gnocchi z borowikami (30 zł) - makarony robimy na miejscu, czyż nie są perfetti ?
Kolacja we włoskim tempie i z włoską wylewnością to w Warszawie egzotyczna atrakcja. Dla mnie wszak z początku trochę krępująca, bo zacząłem odnosić wrażenie, że tracę kontrolę nad tym, co mam Państwu zreferować. Marketingowy geniusz Bruna uczynił nasze próby niezależności całkowicie bezprzedmiotowymi. Nieśmiałe prośby o ravioli z ricottą i szpinakiem czy panierowane ośmiorniczki zostały skutecznie zignorowane. Zamiast nich pojawiły się fettucine z szynką parmeńską i śmietaną (26 zł) oraz filety z sardeli w chrupkiej panierce (28 zł). Czy były niesmaczne? Wręcz przeciwnie, w obu można było zakochać się od pierwszego kęsa. Czy warto zatem rozpaczać nad utratą konsumenckiej suwerenności? A może rzeczywiście poddać się gustom patrona, który najlepiej wie, co dziś udało się upichcić szczególnie smakowicie? W końcu nie negocjujemy z lekarzem sposobu kuracji, a kto, jeśli nie włoski restaurator wie lepiej, co powinniśmy zjeść w jego lokalu? Wiem, wiem, dla nadwiślańskiego temperamentu to trudne do zaakceptowania, nieustanna podejrzliwość wobec bliźnich jest immanentną cechą polskiego charakteru. Nie sposób się z niej wyzwolić. Dlatego też, pochłaniając ze smakiem olśniewające risotto z dużymi kawałkami szparagów (28 zł), pachnące szałwią eskalopki cielęce (35 zł) oraz stek wołowy w sosie z gorgonzoli (40 zł), ciągle zastanawiałem się, czy Bruno przypadkiem nie próbuje naruszyć mojego recenzenckiego immunitetu. I z prawdziwą ulgą skonstatowałem, że wymuszone na kelnerce langustynki (60 zł) okazały się wodniste i bez smaku, a rzekome krewetki tygrysie w whisky (45 zł) były jedną wielką pomyłką. Zarówno do whisky, jak i tygrysich rozmiarów było im bardzo daleko. Na idealnej wizji włoskiej restauracji pojawiły się rysy. Tyle tylko, czy o to chodzi? Czy satysfakcję przynosić powinny cudze upadki, czy podniebne wzloty. A tych przecież podczas kolacji u Bruna nie zabrakło.
Bruno, ul. Wierzbowa 9/11, tel. 0 22 827 03 51, można płacić kartą
Kolacja we włoskim tempie i z włoską wylewnością to w Warszawie egzotyczna atrakcja. Dla mnie wszak z początku trochę krępująca, bo zacząłem odnosić wrażenie, że tracę kontrolę nad tym, co mam Państwu zreferować. Marketingowy geniusz Bruna uczynił nasze próby niezależności całkowicie bezprzedmiotowymi. Nieśmiałe prośby o ravioli z ricottą i szpinakiem czy panierowane ośmiorniczki zostały skutecznie zignorowane. Zamiast nich pojawiły się fettucine z szynką parmeńską i śmietaną (26 zł) oraz filety z sardeli w chrupkiej panierce (28 zł). Czy były niesmaczne? Wręcz przeciwnie, w obu można było zakochać się od pierwszego kęsa. Czy warto zatem rozpaczać nad utratą konsumenckiej suwerenności? A może rzeczywiście poddać się gustom patrona, który najlepiej wie, co dziś udało się upichcić szczególnie smakowicie? W końcu nie negocjujemy z lekarzem sposobu kuracji, a kto, jeśli nie włoski restaurator wie lepiej, co powinniśmy zjeść w jego lokalu? Wiem, wiem, dla nadwiślańskiego temperamentu to trudne do zaakceptowania, nieustanna podejrzliwość wobec bliźnich jest immanentną cechą polskiego charakteru. Nie sposób się z niej wyzwolić. Dlatego też, pochłaniając ze smakiem olśniewające risotto z dużymi kawałkami szparagów (28 zł), pachnące szałwią eskalopki cielęce (35 zł) oraz stek wołowy w sosie z gorgonzoli (40 zł), ciągle zastanawiałem się, czy Bruno przypadkiem nie próbuje naruszyć mojego recenzenckiego immunitetu. I z prawdziwą ulgą skonstatowałem, że wymuszone na kelnerce langustynki (60 zł) okazały się wodniste i bez smaku, a rzekome krewetki tygrysie w whisky (45 zł) były jedną wielką pomyłką. Zarówno do whisky, jak i tygrysich rozmiarów było im bardzo daleko. Na idealnej wizji włoskiej restauracji pojawiły się rysy. Tyle tylko, czy o to chodzi? Czy satysfakcję przynosić powinny cudze upadki, czy podniebne wzloty. A tych przecież podczas kolacji u Bruna nie zabrakło.
Bruno, ul. Wierzbowa 9/11, tel. 0 22 827 03 51, można płacić kartą




