kino, teatr, muzyka

Warszawa

Karp

Maciej Nowak
09.06.2006 , aktualizacja: 07.06.2006 23:13
A A A Drukuj
Równie smacznych rybek w mieście nie uświadczycie nigdzie
O Karpiu w lasach Magdalenki słyszałem od lat fascynujące opowieści. Że jedyny w swoim rodzaju, że ryby świeżutkie, że zjeżdża się tu najbardziej wyszukane towarzystwo z miasta i okolic. Mnie jednak jakoś do tej pory nigdy nie było tam po drodze. Dlatego też w ostatnią niedzielę, gdy wracaliśmy z J. i A. z Żyrardowa ze wzruszającej uroczystości konfirmacji syna naszych przyjaciół przewodzących tamtejszemu zborowi ewangelicko-augsburskiemu, aż krzyknąłem, gdy przy szosie dostrzegłem szyld Karpia. Oto objawiła mi się legenda. Niedzielna popołudniowa senność znikła w okamgnieniu, ogarnęło zaś podniecenie porównywalne z tym, które przepełnia entomologa odnajdującego rzadkiego motyla. Zarządziłem natychmiastową ekspedycję badawczą, mimo że byliśmy dopiero co po konfirmacyjnym obiedzie (a ewangelicy gościnności to się uczyli u katolików).

Pierwsze wrażenie było odrobinę rozczarowujące. Gdzie ta wyrafinowana publiczność? Gdzie ten jedyny w swoim rodzaju klimat? Przywitał nas intensywny smog rozgrzanego oleju wydobywający się z niedużego drewnianego domku letniskowego w guście późnego Gierka. Wokół rozjeżdżony szutrowy parking, w środku zaś długa i nerwowa kolejka mężów z żonami i dziećmi zajmujących się nieustannym rozstrzyganiem, kto stoi za kim, a kto przed kim. Emocje tłumu nie mają jednak szansy na wybuch, gdyż szybkość obsługi jest tu naprawdę imponująca. Służy temu prostota jadłospisu, w którym tak naprawdę znajduje się zaledwie pięć pozycji: karp w galarecie, zupa z karpia, karp smażony, pstrąg smażony, sum morski smażony. No i pozycja szósta dodatkowa: wódeczka, gdyż jak wiadomo, rybka lubi.

Obfitość popytu skorelowana ze skromnością podaży sprawia, że zjeść tu można jak za starych dobrych czasów gospodarki ekstensywnej: jeszcze skwierczące tłuszczem rybki lądują na talerzach wprost z patelni, nic nie jest mrożone, nic nie czeka na swoją kolej w chłodni czy starej fryturze, a wynalazek kuchenki mikrofalowej w te okolice chyba w ogóle jeszcze nie dotarł. W efekcie ryby są soczyste, mięsiste i tchną niskocholesterolową świeżością, a nie trupimi wodnymi wyziewami. I wtedy nietrudno już zrozumieć, dlaczego bar ten otacza tak powszechne uwielbienie już od prawie trzydziestu lat (firma istnieje od roku 1978). Równie smacznych rybek w mieście nie uświadczycie nigdzie, a ich wyjątkowa sława potwierdza marketingową mądrość, którą usłyszałem od właścicielki Checzy rybackiej, wspaniałej restauracji rybnej w Borkowie pod Gdańskiem. Pani ta, osoba światowa i bywała, założyła swój lokal w pewnym oddaleniu od miasta z pełną premedytacją. Otóż w jej przekonaniu na rybę trzeba jeździć. Ryba w knajpie pod domem budzi podejrzenia, jest mało wiarygodna i mało seksowna. Zaś w barze za miastem, pośród pięknych okoliczności przyrody zupełnie oczywiste wydaje się, że pstrąg i karp pochodzą z porannego połowu w pobliskim stawie, a sum morski No właśnie, irracjonalna wiara w podmiejskie knajpy rybne prowadzi do oczywistego wniosku, że w magdaleńskich lasach występuje również jakieś nieznane geografom morze.

Sezonowy Bar Karp, Walendowo 47 (tzw. droga przez Magdalenkę), czynny w marcu i październiku od 10 do 18, w kwietniu, maju, wrześniu i październiku od 10 do 19, od czerwca do sierpnia od 10 do 20. W niedziele od 11, od grudnia do lutego - nieczynne. Nie można płacić kartą.

Podziel się