Eteria
16.11.2007
, aktualizacja: 23.11.2010 16:04
Słomińskiego przy rondzie Babka, dojeżdża się od Dzikiej
Wielu moich rówieśników, czyli ludzi mniej więcej 40-letnich, żyje snem o prowadzeniu własnej restauracji lub kawiarni. Zaczęło się to w latach 80., gdy niemal każdy student wydziałów humanistycznych warszawskich uczelni urządzał w myślach ukochany lokal, komponował menu, sprawdzał swoje talenty kuchni, planował huczne imprezy dla znajomych. Mnie ten obłęd minął dość szybko, być może dlatego, że gastronomią zająłem się jako dziennikarz. Zorientowałem się, że to praca czasochłonna, trudna i niebezpieczna, wymagająca osobistych poświęceń, fachowej wiedzy i bezwzględności. I niewiele mająca wspólnego z pozycją gwiazdy salonów, o czym tak naprawdę wszyscy marzyliśmy, projektując nasze widmowe lokale w marazmie lat 80. Byli i są jednak gastronomiczni fantaści, którzy nie zrezygnowali z młodzieńczych rojeń. Na wyobraźnię działa tutaj z pewnością pozycja Magdy Gessler. Będąc z wykształcenia malarką, stała się jednocześnie nadwiślańską Marthą Stewart, mistrzynią gastronomicznych mód. Ale warto też pamiętać, że Magda Gessler ogranicza swoją działalność do wykreowania i promocji lokalu, jego codzienne mozolne zarządzanie pozostawiając w rękach fachowców. A największą sztuką jest właśnie utrzymać się na rynku, nie zapłonąwszy jednorazową racą.
Niedawno do pułku warszawskich błędnych gastronomów dołączył Kuba Strzyczkowski, gwiazda radiowej "Trójki", dziennikarz telewizyjny oraz właściciel restauracji Eteria przy rondzie Babka. Postawił na lokal nieduży, osiedlowy, sąsiedzki, co może być gwarancją powodzenia. Wystrój jest skromny, ascetycznie biały, z nieco irytującymi modniarskimi frędzlami na suficie i wzruszającymi z kolei stertami książek pod barem. Karta Eterii budzi emocje pozytywne już choćby z tego powodu, że jest krótka i bez specjalnej napinki. Najsłabiej radzi sobie z daniami głównymi - które jak w większości warszawskich restauracji - uzależnione są od dostawców oferujących wszystkim to samo: łososia, solę, polędwiczki wieprzowe, polędwicę wołową, elementy z kaczki, cielęcinę bez kości. Tak standardowy zestaw produktów niewiele zostawia miejsca na kreatywność kucharza, ale mimo wszystko kilka miłych zaskoczeń w Eterii przeżyłem. Spodobało mi się podanie do sznycla cielęcego cienkich plasterków ziemniaków podsmażonych ze skwarkami, wzruszające było purée z groszku cukrowego i mięty towarzyszące polędwiczkom wieprzowym. Ale najciekawiej prezentowały się dania wstępne. Najpierw chapeau bas za włączenie do menu autentycznych holenderskich matiasów, a nie śledzi a la matias. 25 zł za tuszkę niedużej rybki to niemało, warto jednak poczuć różnicę między oryginałem a podróbką. Wyjątkowo smaczne było też carpaccio z ryb morskich (25 zł) doprawione na bogato suszonymi pomidorami, oliwkami, kaparami i jeszcze jakimś owocowym dressingiem. Z mojego talerza w ekspresowym tempie znikły również chrupkie naleśniki z duszonym porem (18 zł) oraz grillowane warzywa (20 zł) potraktowane oliwą i balsamico oraz strzępami mozzarelli. W tej ostatniej kompozycji miłą niespodziankę stanowiła rzadko trafiająca na ruszt świeża marchewka. Kolejnej wizyty w Eterii nie wyobrażam sobie też bez mocno szafranowego risotta z szynką parmeńską (20 zł): kleistego, jak należy, treściwego i po prostu bardzo ładnego kolorystycznie.
Gdy zalęgłem się w Eterii w ostatni poniedziałek, odniosłem wrażenie, że właściciel nie był tym zachwycony. - Jak pan mnie znalazł? Myślałem, że będę miał tutaj trochę spokoju - wystrzelił na powitanie. W rzeczy samej - trafić niełatwo: adres pocztowy brzmi co prawda: Słomińskiego 19, jednak to mało instruktywne, gdyż dojeżdża się od Dzikiej. Ale nie takie przecież trudności pokonywaliśmy w naszych wyprawach krzyżowych po warszawskich knajpach.
Eteria, ul. Słomińskiego 19 lok. 502 (wejście od Dzikiej), tel. 022 637 55 37, można płacić kartą

Niedawno do pułku warszawskich błędnych gastronomów dołączył Kuba Strzyczkowski, gwiazda radiowej "Trójki", dziennikarz telewizyjny oraz właściciel restauracji Eteria przy rondzie Babka. Postawił na lokal nieduży, osiedlowy, sąsiedzki, co może być gwarancją powodzenia. Wystrój jest skromny, ascetycznie biały, z nieco irytującymi modniarskimi frędzlami na suficie i wzruszającymi z kolei stertami książek pod barem. Karta Eterii budzi emocje pozytywne już choćby z tego powodu, że jest krótka i bez specjalnej napinki. Najsłabiej radzi sobie z daniami głównymi - które jak w większości warszawskich restauracji - uzależnione są od dostawców oferujących wszystkim to samo: łososia, solę, polędwiczki wieprzowe, polędwicę wołową, elementy z kaczki, cielęcinę bez kości. Tak standardowy zestaw produktów niewiele zostawia miejsca na kreatywność kucharza, ale mimo wszystko kilka miłych zaskoczeń w Eterii przeżyłem. Spodobało mi się podanie do sznycla cielęcego cienkich plasterków ziemniaków podsmażonych ze skwarkami, wzruszające było purée z groszku cukrowego i mięty towarzyszące polędwiczkom wieprzowym. Ale najciekawiej prezentowały się dania wstępne. Najpierw chapeau bas za włączenie do menu autentycznych holenderskich matiasów, a nie śledzi a la matias. 25 zł za tuszkę niedużej rybki to niemało, warto jednak poczuć różnicę między oryginałem a podróbką. Wyjątkowo smaczne było też carpaccio z ryb morskich (25 zł) doprawione na bogato suszonymi pomidorami, oliwkami, kaparami i jeszcze jakimś owocowym dressingiem. Z mojego talerza w ekspresowym tempie znikły również chrupkie naleśniki z duszonym porem (18 zł) oraz grillowane warzywa (20 zł) potraktowane oliwą i balsamico oraz strzępami mozzarelli. W tej ostatniej kompozycji miłą niespodziankę stanowiła rzadko trafiająca na ruszt świeża marchewka. Kolejnej wizyty w Eterii nie wyobrażam sobie też bez mocno szafranowego risotta z szynką parmeńską (20 zł): kleistego, jak należy, treściwego i po prostu bardzo ładnego kolorystycznie.
Gdy zalęgłem się w Eterii w ostatni poniedziałek, odniosłem wrażenie, że właściciel nie był tym zachwycony. - Jak pan mnie znalazł? Myślałem, że będę miał tutaj trochę spokoju - wystrzelił na powitanie. W rzeczy samej - trafić niełatwo: adres pocztowy brzmi co prawda: Słomińskiego 19, jednak to mało instruktywne, gdyż dojeżdża się od Dzikiej. Ale nie takie przecież trudności pokonywaliśmy w naszych wyprawach krzyżowych po warszawskich knajpach.
Eteria, ul. Słomińskiego 19 lok. 502 (wejście od Dzikiej), tel. 022 637 55 37, można płacić kartą



