Bar A Boo
14.12.2007
, aktualizacja: 23.11.2010 16:02
Ul. Karmelicka 17, róg Anielewicza
Muranów to najsmutniejsze osiedle miasta. Nigdzie bardziej nie czuć, że Warszawa jest cmentarzem. Nudne, pozbawione wdzięku bloki z końca lat 40. są jak niezgrabne macewy dumające po śmierci żydowskiej dzielnicy. Ulice noszące dziś nazwy Zamenhofa, Karmelicka, Lewartowskiego, Anielewicza, Nalewki, Smocza, Zygelbojma pełne były niegdyś rejwachu, tak sugestywnie sportretowanego w "Szoszy" Singera. Teraz, ponad pół wieku po Zagładzie, toną we wszechogarniającej nudzie i szarzyźnie. Tutaj życie nie wróciło nawet po roku 1989: brakuje knajp, sklepów, miejskich atrakcji. To kolonia widm w środku wielkiego miasta. I w takiej to upiornej scenerii niczym statek kosmiczny wylądował przed kilkoma miesiącami, designerski lokal z modną włoską kuchnią.
Wrażenie podróży pojazdem z obcej galaktyki narzuca minimalistyczny wystrój oraz niepokojący układ Baru A Boo. Podzielony jest on na dwie strefy wzdłuż całego pomieszczenia. Część pod ścianą zajmuje otwarta, długa i wąska kuchnia, oddzielona od publiczności jedynie niewysoką szklaną ścianą. Goście zasiadają po jej drugiej stronie przy dwóch rzędach stolików, które ciągną się równolegle do wielkiego, panoramicznego okna niczym ze "Star Treka". Można oczywiście przyglądać się pracy kucharzy, ale na mnie dużo bardziej hipnotycznie podziałał majaczący za szybami późno jesienny, smutny plac, na którym powstać ma za chwilę Muzeum Historii Żydów Polskich.
Bar-a-boo jako pierwszy wnosi w tę okolicę nieco współczesnej energii i estetyki. I całkiem dobrej kuchni. Pojawiłem się tu w ostatni wtorek mało profesjonalnie przygotowany, albowiem - bardzo głodny. Proszę, nie mówcie o tym nikomu, bo to informacja całkowicie mnie kompromitująca jako krytyka kulinarnego. Siłą rzeczy, pierwsze w kolejności dania, którymi zaspokajałem chuligańskie roszczenia mego żołądka, smakować musiały bez zastrzeżeń. Carpaccio z wołowiny (25 zł) było obfite, świeże, udekorowane solidnym bukietem rukoli, a zestaw przystawek włoskich (35 zł) okazał się bardzo bogatą kolekcją aromatycznych i różnorodnych smakowo wędlin z Półwyspu Apenińskiego. Olśniewająca wydała mi się esencjonalna zupa grzybowa (12 zł), gęsta od ogromnych kawałków podgrzybków, oraz równie treściwa zupa z owocami morza (15 zł). Właściwie najchętniej wlazłbym do misek z tymi zupami, by mieć poczucie, że nigdy mi ich nie zabraknie. Ale ostatecznie nie wszedłem, bo wbrew pozorom mam jednak zasady, a na cenzurkach szkolnych oceniano nawet moje zachowanie na celująco.
Gdy tylko pierwszy głód został zwalczony, odzyskałem właściwy krytycyzm gastronomicznego pismaka i od razu nie spodobało mi się spaghetti bolognese (17 zł). Było mdłe i nijakie. Ale już spaghetti carbonara (17 zł) usadowiło się o krok od ideału, tuż obok doskonałych czarnych linguine z suszonymi pomidorami (21 zł). Nie bójcie się też gnocchi z cielęciną (19 zł), dajcie zaś spokój z polecanymi przez panią kelnerkę linguine z łososiem (23 zł). Ryba pachniała stanowczo zbyt intensywnie, dlatego też ominąłem ją pośród dań głównych. Bez żalu, bo pierś kurczaka zapiekana pod caprese (25 zł) oraz pierś druga w sosie z serka mascarpone (25 zł) były bardzo interesujące. We włoskim stylu dobrze się też trzymały eskalopki cielęce po rzymsku (30 zł), czyli inspirowane (z grubsza) klasyczną saltimbocca. Dobry grzybowy sos spowijał z kolei warkocz z polędwiczek wieprzowych (29 zł). Zamówiłem jeszcze dla kompletu wrażeń miejscową pizzę, ale już nie dałem rady jej zjeść, lecz jedynie popodgryzałem. Lubię takie pizze na cienkim, niemal przepalonym cieście, obładowane obficie dodatkami. Gastronomiczna wyprawa do najsmutniejszej dzielnicy miasta okazała się zaskakująco udana.

Wrażenie podróży pojazdem z obcej galaktyki narzuca minimalistyczny wystrój oraz niepokojący układ Baru A Boo. Podzielony jest on na dwie strefy wzdłuż całego pomieszczenia. Część pod ścianą zajmuje otwarta, długa i wąska kuchnia, oddzielona od publiczności jedynie niewysoką szklaną ścianą. Goście zasiadają po jej drugiej stronie przy dwóch rzędach stolików, które ciągną się równolegle do wielkiego, panoramicznego okna niczym ze "Star Treka". Można oczywiście przyglądać się pracy kucharzy, ale na mnie dużo bardziej hipnotycznie podziałał majaczący za szybami późno jesienny, smutny plac, na którym powstać ma za chwilę Muzeum Historii Żydów Polskich.
Bar-a-boo jako pierwszy wnosi w tę okolicę nieco współczesnej energii i estetyki. I całkiem dobrej kuchni. Pojawiłem się tu w ostatni wtorek mało profesjonalnie przygotowany, albowiem - bardzo głodny. Proszę, nie mówcie o tym nikomu, bo to informacja całkowicie mnie kompromitująca jako krytyka kulinarnego. Siłą rzeczy, pierwsze w kolejności dania, którymi zaspokajałem chuligańskie roszczenia mego żołądka, smakować musiały bez zastrzeżeń. Carpaccio z wołowiny (25 zł) było obfite, świeże, udekorowane solidnym bukietem rukoli, a zestaw przystawek włoskich (35 zł) okazał się bardzo bogatą kolekcją aromatycznych i różnorodnych smakowo wędlin z Półwyspu Apenińskiego. Olśniewająca wydała mi się esencjonalna zupa grzybowa (12 zł), gęsta od ogromnych kawałków podgrzybków, oraz równie treściwa zupa z owocami morza (15 zł). Właściwie najchętniej wlazłbym do misek z tymi zupami, by mieć poczucie, że nigdy mi ich nie zabraknie. Ale ostatecznie nie wszedłem, bo wbrew pozorom mam jednak zasady, a na cenzurkach szkolnych oceniano nawet moje zachowanie na celująco.
Gdy tylko pierwszy głód został zwalczony, odzyskałem właściwy krytycyzm gastronomicznego pismaka i od razu nie spodobało mi się spaghetti bolognese (17 zł). Było mdłe i nijakie. Ale już spaghetti carbonara (17 zł) usadowiło się o krok od ideału, tuż obok doskonałych czarnych linguine z suszonymi pomidorami (21 zł). Nie bójcie się też gnocchi z cielęciną (19 zł), dajcie zaś spokój z polecanymi przez panią kelnerkę linguine z łososiem (23 zł). Ryba pachniała stanowczo zbyt intensywnie, dlatego też ominąłem ją pośród dań głównych. Bez żalu, bo pierś kurczaka zapiekana pod caprese (25 zł) oraz pierś druga w sosie z serka mascarpone (25 zł) były bardzo interesujące. We włoskim stylu dobrze się też trzymały eskalopki cielęce po rzymsku (30 zł), czyli inspirowane (z grubsza) klasyczną saltimbocca. Dobry grzybowy sos spowijał z kolei warkocz z polędwiczek wieprzowych (29 zł). Zamówiłem jeszcze dla kompletu wrażeń miejscową pizzę, ale już nie dałem rady jej zjeść, lecz jedynie popodgryzałem. Lubię takie pizze na cienkim, niemal przepalonym cieście, obładowane obficie dodatkami. Gastronomiczna wyprawa do najsmutniejszej dzielnicy miasta okazała się zaskakująco udana.



