kino, teatr, muzyka

Warszawa

Dom Armando

Maciej Nowak
01.02.2008 , aktualizacja: 31.01.2008 16:07
A A A Drukuj
Na ten tekst zbierało mi się od lat. Wszystkie gastronomiczne frustracje, niespełnienia i zatrucia zbierałem dotąd w sobie. Moja pokaźna fizyczność amortyzowała jednak kryzysy. Ulewało się jedynie drobnymi złośliwościami, jednym czy drugim strzyknięciem jadu, mniej lub bardziej przystojnym dowcipem. I wybuchu ciągle nie było. Ale ostatnia wyprawa kulinarna była niczym miętowy opłatek podany Panu Grubemu w "Sensie życia" Monty Pythona. Pamiętacie tę scenę, gdy John Cleese na koniec wizyty w restauracji ulega namowom kelnera i połyka jeszcze opłateczek? Jego wielki brzuch chwilę później eksploduje, a cały lokal tonie w niezmierzonych pokładach tego, co kręgowce zwykle gromadzą w żołądkach. Właśnie to samo zdarzyło mi się wczoraj w Dom Armando na ulicy Długiej, gdzie przestałem już się kontrolować. Golonka o konsystencji przypalonej gumki myszki (38 zł) w słodko-kwaśnym sosie Uncle Bensa z dolanym łykiem piwa stała się moim miętowym opłatkiem, iskrą pod skrzynką prochu i zarazem kroplą goryczy przelewającą kielich. Wybucham oto, a hektolitry skrywanych i niefajnie pachnących złości rozlewają się na ten felieton. W pomyjach i ściekach toną ukochane redaktorki, obraźliwe uwagi przemiękają brzydkimi planami na sąsiednie strony "Gazety Co Jest Grane", trucizny sączą się w dusze i ciała wiernych i wrażliwych czytelników. I jak się z tym czujecie?

Po raz nie wiem już który nie mogę zrozumieć, po co w kuchni zatrudnia się pracowników nieumiejących wykonać najprostszych czynności kulinarnych? Nieużywających najprostszego zestawu przypraw, takich jak sól i pieprz? Dlaczego w zupie cebulowej (10 zł) oprócz rozmiękczonych grzanek pływają kawałki czegoś twardego jak plastik, a co jest prawdopodobnie wysuszonym na kość i raniącym dziąsła parmezanem? Czy meksykańską zupę z tortilli (12 zł) robi się na pewno wyłącznie ze zmiksowanych pomidorów pelati, do których wsypuje się z pudełka porcję gotowych nachos? Skąd pojawił się pomysł, by do tej gorącej paciai włożyć kawałek awokado, które z istoty swojej nie toleruje wysokich temperatur, gdyż pod ich wpływem robi się gorzkie? Co to znaczy, że befsztyk tatarski (25 zł) jest po tatarsku przyprawiany? Czy żółtko, cebula i ogórek to nie za mało? A gdzie grzybki, anchois lub szprotka, oliwa, musztarda? Czy kucharz w ogóle wie, co to są quesadillas (22 zł)? I że nie są to kanapki z zimnych meksykańskich naleśników przekładanych kurczakiem i podane z cienką śmietanką? Komu przyszło do głowy, by farsz do pierogów z mięsem (12 zł) doprawić wegetą? Kto wpadł na pomysł, by gulasz wołowy (27 zł) podawać w wydrążonym chlebku, który skrzętnie wchłonął cały sos? Pewnie był to ten sam zuch, który maleńkich kotlecików z sarny (za jedyne 60 zł!!!!) zapomniał czymkolwiek doprawić podobnie zresztą jak towarzyszącej im posiekanej słodkiej kapusty. Pomny miejscowej golonki, podanej al dente, nie powinienem się dziwić, że podobną formę prezentowała również porcja żeberek (32 zł). Dziwię się jednak mimo wszystko, bo wieprzowina to mięso, które naprawdę trudno zepsuć i zamienić w gipsową figurkę.

Eksplozja pytań i zgryźliwości sprowokowanych przez niejadalne potrawy Dom Armando tak naprawdę kryje wątpliwość generalną, której przez te wszystkie lata z grzeczności nie formowałem. Ale dzisiaj już mam wszystko w nosie. I unosząc dłonie niczym ksiądz Skarga na obrazie Jana Matejki, pytam pełen zgrozy: Po co do prowadzenia restauracji coraz częściej biorą się ludzie, którzy nie mają o tym zielonego pojęcia? Bo na podanie słodkiej śmietanki do quesadilli albo uznanie za zupę nieprzyprawionego musu z pomidorów nie mógłby się zdobyć ktoś, kto o gastronomię choćby się otarł. Niech nie zwiedzie nikogo wizja restauratora jako salonowego lwa podejmującego sympatycznych gości i układającego plan imprez artystycznych. Nie dajcie sobie wmówić, że prowadzenie knajpy sprowadza się do robienia zaopatrzenia w Makro, skomponowania karty oraz zatrudniania kucharzy. Przemysł gospodyni, jak zwano go przed wojną, wymaga specjalistycznej wiedzy, zapału, kreatywności, wielkiego wysiłku fizycznego i finansowego. Ich brak jest wyczuwalny od razu po przekroczeniu progu lokalu. A w skrajnych sytuacjach grozi jeszcze wybuchem Pana Grubego.

Dom Armando, ul. Długa 23/25, www.domarmando.waw.pl, tel. 022 425 19 72, można płacić kartą

Podziel się