Cucina Perfetta
25.03.2008
, aktualizacja: 25.03.2008 19:39
Na Powiślu przy ul. Solec
W książce ,,Kościół dla średnio zaawansowanych" mój przewodnik po sprawach kościelnych red. H. pisze, że katolik jest zobowiązany do zachowania postu ścisłego przez dwa dni w roku. W Środę Popielcową i w Wielki Piątek. A zatem również i ja zalecam właśnie taką postawę na tegoroczny Wielki Piątek: do restauracji Cucina Perfetta chodzić nie radzę. W zasadzie rady tej proszę się trzymać również w każdy inny dzień roku. Tak będzie lepiej. Pośród kilkunastu dań, których tu spróbowałem, w ani jednym nie czuć było ani krzty indywidualności: wszystko było precyzyjnym wytworem gustów narzucanych przez wielkie sieci i hurtownie. Wśród produktów - wyłącznie te z przemysłowych hodowli, wśród potraw - tylko te znane z dziesiątków czy setek identycznych knajp w niby włoskim guście. Szyld Cucina Perfetta, czyli Kuchnia Doskonała, w tym kontekście budzi szczególną irytację.
Pisze mi się te zdania niezbyt komfortowo, bo Cucina Perfetta mogłaby przecież budzić sympatię. Najpierw dlatego, że przylega do sali, w której działa popularna szkoła salsy. Widok z ulicy Solec na parkiet, na którym młodzi i ładni ludzie trenują latynoskie tańce, nadaje ekscytującej energii całej okolicy. Drugi powód, dla którego do Cucina Perfetta chciałoby się przychodzić, to perfekcyjna obsługa. Równie taktownej, kompetentnej i kulturalnej nie spotkałem od dawna. Problem tylko, że najmilsza kelnerka Powiśla podaje obiadki nudne jak flaki z olejem. I choć niczym lwica walczy o dobre imię swych współpracowników znad garów, sugeruje, by omijać banalne makarony, trywialne mięsa lub nie do końca domowe kluseczki, to z piasku bicza przecież nie ukręci. Z podniesionym czołem mogła postawić przed nami tylko delikatne carpaccio z miecznika z suszonymi pomidorami (23 zł) oraz esencjonalne risotto z owocami morza (23 zł). No, może jeszcze dałoby się obronić małże w pikantnym sosie pomidorowym (30 zł), jadalne, choć stereotypowe do bólu. Poza tym, o mamma mia, naprawdę nic się tu do jedzenia nie nadaje.
Bruschetta (18 zł), przyrządzona na kromce żytniego chleba, była przemoczona, pozbawiona chrupkości, z krewetkami i liśćmi szpinaku rzuconymi na nią kompletnie przypadkowo. I jeszcze posypana startym żółtym serem, niczym zapiekanka z budy. Plastry cielęciny do vitello tonnato (22 zł) miały grubość blachy kadłubowej, tuńczykowy mus zaś przypominał cienki sosik, podprawiony, nie wiedzieć czemu, cynamonem. Z kolei smażone płaty bakłażana z mozzarellą (20 zł) nosiły na sobie panierkę godną schabowego w przydrożnym barze koło Nowego Dworu Gdańskiego. Kto jeździ gdańską trasą, wie dobrze, o czym mówię. Bezsmakowy, zimowy pomidor wypełniony tuńczykiem (14 zł) z konserwy również nie nastrajał przyjaźnie. Zup nawet wspominać nie będę, bo wziąłem je na własną odpowiedzialność, wbrew protestom kelnerki. W każdym razie były okropne. Niewiele mam też do powiedzenia o saltimbocca (30 zł), poza tym może jednym stwierdzeniem, że do buźki wcale się nie pchały, jak zapowiada ich włoska nazwa. I miały wielkość znaczków pocztowych. Zapomnijcie również o steku wołowym (45 zł), pochodzącym z jakiejś nieokreślonej rasy bydła, o mięsie twardym i żylastym. I to mimo że przyrządzono je w formie saignant. Dorada (40 zł), ukochana ryba starożytnych Rzymian, ma klasę samą w sobie, ale na naszym stole pojawiła się w stanie półsurowym. Gdyby to był sushi bar, pochłonąłbym ją bez mrugnięcia okiem, w knajpie włoskiej numer taki nie uchodzi.
Od wielu miesięcy prowadzę zażarte dyskusje z A., która twierdzi, że gastronomia skazana jest na kulinarne banały, bo tego oczekuje publiczność. Ja tymczasem uważam, że restauracje powinny dbać o styl i jakość naszego jedzenia: unikać mięsa z wielkich ferm, które faktycznie są obozami koncentracyjnymi dla zwierząt, sprawdzać skrupulatnie pochodzenie produktów roślinnych. Ale jeżeli koledzy gastronomicy od tej odpowiedzialności się uchylają, to czas na nas, drodzy bracia smakosze, pasibrzuchy i gurmandziści. Walczmy o prawo do dobrego smaku. I takie właśnie jest posłanie waszego kulinarnego duszpasterza na nadchodzące święta Wielkanocy.
Cucina Perfetta, ul. Solec 38, tel. 022 458 24 58, można płacić kartą
Pisze mi się te zdania niezbyt komfortowo, bo Cucina Perfetta mogłaby przecież budzić sympatię. Najpierw dlatego, że przylega do sali, w której działa popularna szkoła salsy. Widok z ulicy Solec na parkiet, na którym młodzi i ładni ludzie trenują latynoskie tańce, nadaje ekscytującej energii całej okolicy. Drugi powód, dla którego do Cucina Perfetta chciałoby się przychodzić, to perfekcyjna obsługa. Równie taktownej, kompetentnej i kulturalnej nie spotkałem od dawna. Problem tylko, że najmilsza kelnerka Powiśla podaje obiadki nudne jak flaki z olejem. I choć niczym lwica walczy o dobre imię swych współpracowników znad garów, sugeruje, by omijać banalne makarony, trywialne mięsa lub nie do końca domowe kluseczki, to z piasku bicza przecież nie ukręci. Z podniesionym czołem mogła postawić przed nami tylko delikatne carpaccio z miecznika z suszonymi pomidorami (23 zł) oraz esencjonalne risotto z owocami morza (23 zł). No, może jeszcze dałoby się obronić małże w pikantnym sosie pomidorowym (30 zł), jadalne, choć stereotypowe do bólu. Poza tym, o mamma mia, naprawdę nic się tu do jedzenia nie nadaje.
Bruschetta (18 zł), przyrządzona na kromce żytniego chleba, była przemoczona, pozbawiona chrupkości, z krewetkami i liśćmi szpinaku rzuconymi na nią kompletnie przypadkowo. I jeszcze posypana startym żółtym serem, niczym zapiekanka z budy. Plastry cielęciny do vitello tonnato (22 zł) miały grubość blachy kadłubowej, tuńczykowy mus zaś przypominał cienki sosik, podprawiony, nie wiedzieć czemu, cynamonem. Z kolei smażone płaty bakłażana z mozzarellą (20 zł) nosiły na sobie panierkę godną schabowego w przydrożnym barze koło Nowego Dworu Gdańskiego. Kto jeździ gdańską trasą, wie dobrze, o czym mówię. Bezsmakowy, zimowy pomidor wypełniony tuńczykiem (14 zł) z konserwy również nie nastrajał przyjaźnie. Zup nawet wspominać nie będę, bo wziąłem je na własną odpowiedzialność, wbrew protestom kelnerki. W każdym razie były okropne. Niewiele mam też do powiedzenia o saltimbocca (30 zł), poza tym może jednym stwierdzeniem, że do buźki wcale się nie pchały, jak zapowiada ich włoska nazwa. I miały wielkość znaczków pocztowych. Zapomnijcie również o steku wołowym (45 zł), pochodzącym z jakiejś nieokreślonej rasy bydła, o mięsie twardym i żylastym. I to mimo że przyrządzono je w formie saignant. Dorada (40 zł), ukochana ryba starożytnych Rzymian, ma klasę samą w sobie, ale na naszym stole pojawiła się w stanie półsurowym. Gdyby to był sushi bar, pochłonąłbym ją bez mrugnięcia okiem, w knajpie włoskiej numer taki nie uchodzi.
Od wielu miesięcy prowadzę zażarte dyskusje z A., która twierdzi, że gastronomia skazana jest na kulinarne banały, bo tego oczekuje publiczność. Ja tymczasem uważam, że restauracje powinny dbać o styl i jakość naszego jedzenia: unikać mięsa z wielkich ferm, które faktycznie są obozami koncentracyjnymi dla zwierząt, sprawdzać skrupulatnie pochodzenie produktów roślinnych. Ale jeżeli koledzy gastronomicy od tej odpowiedzialności się uchylają, to czas na nas, drodzy bracia smakosze, pasibrzuchy i gurmandziści. Walczmy o prawo do dobrego smaku. I takie właśnie jest posłanie waszego kulinarnego duszpasterza na nadchodzące święta Wielkanocy.
Cucina Perfetta, ul. Solec 38, tel. 022 458 24 58, można płacić kartą


