kino, teatr, muzyka

Warszawa

Crazyparóffka

Maciej Nowak
25.04.2008 , aktualizacja: 23.04.2008 22:46
A A A Drukuj
Furgonetka Mercedesa w wersji barowej pojawiająca się nocami w pobliżu klubów
Czy jest tu miło? O tak! Czy jest tu ekstatycznie? Bez najmniejszych wątpliwości! Czy jest tu smacznie? O Boże, czy naprawdę o to chodzi w środku nocy, w amoku zabawy, w tłumie ładnych ludzi płci obojga? Gdyby nie dziennikarska misja, pewnie nawet nie zwróciłbym uwagi na to, co pochłaniam zajęty czarowaniem G., D., E. czy J. A i tak by mi smakowało.

Bo pomysł na Crazyparóffkę jest skazany na sukces. Jeżdżąca pod tym szyldem sfatygowana furgonetka Mercedesa w wersji barowej pojawia się nocami w pobliżu klubów, skąd wypuszczają się po pożywienie wygłodniali nightersi. Od kilku lat ich dieta ogranicza się praktycznie do bliskowschodnich kebabów. Wszelkie inne formy nocnej gastronomii wyginęły bądź nigdy nie zdążyły się wykształcić. Brakuje w Warszawie miejsc takich jak berlińskie czy praskie imbissy, gdzie można zapchać brzuch rozmaitymi odmianami rozmaicie przyrządzonych wurstów. (Swoją drogą Berlin oficjalnie reklamuje currywurst, czyli wymyśloną na Kudaamie w latach 70. pokrojoną kiełbasę w okropnym sosie curry, jako lokalny specjał). Zupa cebulowa w Paryżu funkcjonuje już tylko jako mit, ale nocny ruszt z kiełbasą lisiecką koło hali targowej w Krakowie, do którego ściągają zmelanżowane wampiry z całego miasta, to fakt nie do zakwestionowania. Jego brak odczuwa się w Warszawie dotkliwie. Crazyparóffka próbuje tę niszę wypełnić, i to z sukcesem. Otacza ją legenda analogiczna do krakowskiej, choć miast wyrobów wiejskiej masarni proponuje mięsopodobne parówki i hamburgery jak ze stacji benzynowej. Oraz całkiem smaczne chilli con carne. Poza tym Crazyparóffka uwzględnia też gusty wegetarian, dla których alkoholowe hulanki o pustym żołądku wydają się szczególnie niebezpieczne. Można wciągnąć tu podawane w tortilli kotleciki z soczewicy bądź gotowane brokuły przyrządzane w wersji łagodnej bądź ostrej. Jak na drugą w nocy wybór to zupełnie wystarczający.

W zeszłym tygodniu podczas weekendu Crazyparóffka cumowała jeszcze w zagłębiu klubowym ulicy Dobrej. Niestety, to już ostatki, bo w tym tygodniu w wieczny rejs odpływa zasłużona Aurora. W niedługim czasie podobny los spotka pewnie i pozostałe tutejsze lokale mieszczące się w prowizorycznych barakach. Ich miejsce zajmą jakieś wypasione apartamentowce i nad Powiślem zalęgnie się nudna cisza. A tutejsza publiczność wraz z Crazyparóffką przeniesie się w inny zakątek miasta, gdzie dyszy, parska i poci się warszawska klubowa noc.

Dopiero teraz, po napisaniu tych kilku akapitów o Crazyparóffce, przyszło mi do głowy, że kto jak kto, ale ja od parówek powinienem się trzymać daleko. Kilka lat temu w radosnym entuzjazmie dla poczynań młodych twórców dałem się sfotografować półnagi w wieńcu z serdelków. Zdjęcie znalazło się na okładce pewnego klubberskiego czasopisma, a że rozebrany grubas obłożony produktami wędliniarskimi to atrakcja co niemiara, podobizna moja dekorowała przez dłuższą chwilę wszystkie empiki w Polsce. Traf chciał, że w tym samym czasie umarł Jan Paweł II, a ja byłem akurat dyrektorem teatru w mieście lekko przewrażliwionym na punkcie swej wyjątkowości. Okres papieskiej żałoby mógł zamienić dresiarzy w pokolenie JP2, mógł doprowadzić do pojednania kibiców Wisły i Cracovii, nie był jednak w stanie ocalić mnie przed świętym oburzeniem elit owego miasta. Jakiś czas później doświadczyłem losu Jagny z Chłopów. ,,- Kijami zatłuc i ścierwo rzucić psom! ( ) - Juści! Pora! Naród mocen jest karać i mocen wynadgradzać! Wygnać! - wrzeszczeli coraz głośniej'' - pisał Władysław Reymont o Jagusi wywożonej ze wsi na wozie pełnym gnojówki. Z powodu parówek znam te atrakcje z autopsji.



Podziel się