Mela Verde
13.06.2008
, aktualizacja: 23.11.2010 15:44
ul. Chmielna 8 (w budynku Cepelii)
I nastał nam sezon foksalowy. I znowu całe noce aż do wieczora, i całe dnie aż do rana pijemy wiśniówkę na Foksal. A ściślej w Café Contact, bez której nasza Warszawa nie miałaby sensu. Mały barek z prostymi daniami odgrzewanymi w mikrofalówce służy jako miejsce randek, oglądania meczów, intymnych zwierzeń i jako przechowalnia kluczy dla przyjaciół. A także jako świetny punkt do zaczepiania nowych znajomych. To właśnie tędy przebiega szlak bursztynowy, na którym łowimy prawdziwe klejnoty: studentów Akademii Muzycznej zdążających do swojej uczelni, zagranicznych turystów szukających schroniska młodzieżowego na Smolnej i wszystkich, którzy lubią szwendać się w blasku księżyca warszawskimi zaułkami. Kilkanaście knajp o rozmaitych klimatach i menu oraz teatrzyk rewiowy Małgorzaty Potockiej stwarzają wrażenie, że letnimi nocami Foksal nie zasypia. A jeśli nawet uda mu się znienacka kimnąć - każdy ma przecież prawo do chwili słabości po kilku kieliszkach wiśniówki - bardzo szybko budzi się na nowo. Od wielu już lat razem z J. zwiemy wakacyjny Foksal ,,uliczką w Barcelonie'', tą na której Ordonka ,,tyle się nacałowała, nie żałując czułych słów''. Mam nadzieję, że czytacie te wersy, wymawiając tradycyjne dźwięczne polskie "ł" przedniojęzykowe. Tylko wtedy przedwojenne tango brzmi stylowo i ma swoją uwodzącą siłę.
O ile Café Contact gra rolę letniej świetlicy, to za stołówkę służy nam w tym sezonie mieszcząca się nieopodal na ul. Chmielnej, włoska restauracja Mela Verde, czyli Zielone Jabłuszko. Pisałem o niej pięć lat temu bez specjalnego entuzjazmu, na co wpływ miał również budzący grozę wystrój w guście rodziny Barbapapów. Być może minął mi fundamentalizm estetyczny, być może zmienił się kucharz, w każdym razie tej wiosny Mela Verde odkryłem na nowo. Podążyłem za wchodzącymi tu tłumami Włochów i wpadłem. Nie ma tygodnia, byśmy nie zahaczali o ogródek Mela Verde, by zjeść kolacyjkę, mimo że znalezienie stolika graniczy z cudem. Łatwiej już usadowić się we wnętrzu, ale komu teraz, u progu lata, chciałoby się siedzieć pośród gipsowych żółtozielonych stalagmitów i stalaktytów? Brrr Polujemy więc uparcie na miejscówkę w plenerze, a kiedy już to się uda, zaczynamy wieczór od carpaccio. J. zamawia je w wersji z mięsa gotowanej wielkiej ośmiornicy, mnie podoba się to klasyczne z polędwicy. Obłożone obficie rukolą, podlane złocistą i bardzo esencjonalną oliwą są naszymi przepustkami do momentów miłych i smakowitych. Jestem prawdziwym szczęściarzem, bo J. za rukolą nie przepada, więc na moim talerzu ląduje porcja podwójna. A akurat tej zieleniny mogę wchłonąć dowolne ilości. Po carpaccio czas na zupę rybną. W gęstym pomidorowym sosie pławi się ogromna ławica wszelakich frutti di mare. Pod koniec tygodnia, gdy do Warszawy przybywa świeży transport morskich żyjątek, dołączają do nich jeszcze wielkie muszle. Wielbicielom gatunku polecam również frittura mista, czyli pierścienie kalmarów, ośmiorniczki baby i małe krewetki w delikatnej jak pergamin panierce usmażone w głębokim tłuszczu. I uwaga! Tak przyrządzone krewetki jemy w pancerzykach, choć - po usunięciu główek. Ale i one nie powinny się zmarnować, bo najwięksi znawcy z główek wysysają intensywny morski smak.
Letnią kolacyjkę kończymy pizzą lub pastą, do secondi, czyli dań głównych, w zasadzie nie docierając. To w zupełności wystarcza nawet mi, bo pizzę dają tu rozległą i zapadającą we wdzięczną pamięć. Na cienkim, chrupkim, troszkę przypalonym cieście, z właściwie uchwyconymi proporcjami między sosem pomidorowym a serem, z ogromnym bogactwem dodatków, które usatysfakcjonują każdego. Ja najbardziej lubię zwykłą margheritę, na której już po wyjęciu z pieca ułożono rukolę (a jakże!) oraz plastry prosciutto. To nie jest, w rzeczy samej, wielka włoska kuchnia. W sam raz jednak na krótkie tygodnie nadwiślańskiego lata, gdy z tak ogromną determinacją pozujemy na prawdziwych południowców.
Mela Verde, ul. Chmielna 8 (w budynku Cepelii), tel. 022 826 63 46, można płacić kartą

O ile Café Contact gra rolę letniej świetlicy, to za stołówkę służy nam w tym sezonie mieszcząca się nieopodal na ul. Chmielnej, włoska restauracja Mela Verde, czyli Zielone Jabłuszko. Pisałem o niej pięć lat temu bez specjalnego entuzjazmu, na co wpływ miał również budzący grozę wystrój w guście rodziny Barbapapów. Być może minął mi fundamentalizm estetyczny, być może zmienił się kucharz, w każdym razie tej wiosny Mela Verde odkryłem na nowo. Podążyłem za wchodzącymi tu tłumami Włochów i wpadłem. Nie ma tygodnia, byśmy nie zahaczali o ogródek Mela Verde, by zjeść kolacyjkę, mimo że znalezienie stolika graniczy z cudem. Łatwiej już usadowić się we wnętrzu, ale komu teraz, u progu lata, chciałoby się siedzieć pośród gipsowych żółtozielonych stalagmitów i stalaktytów? Brrr Polujemy więc uparcie na miejscówkę w plenerze, a kiedy już to się uda, zaczynamy wieczór od carpaccio. J. zamawia je w wersji z mięsa gotowanej wielkiej ośmiornicy, mnie podoba się to klasyczne z polędwicy. Obłożone obficie rukolą, podlane złocistą i bardzo esencjonalną oliwą są naszymi przepustkami do momentów miłych i smakowitych. Jestem prawdziwym szczęściarzem, bo J. za rukolą nie przepada, więc na moim talerzu ląduje porcja podwójna. A akurat tej zieleniny mogę wchłonąć dowolne ilości. Po carpaccio czas na zupę rybną. W gęstym pomidorowym sosie pławi się ogromna ławica wszelakich frutti di mare. Pod koniec tygodnia, gdy do Warszawy przybywa świeży transport morskich żyjątek, dołączają do nich jeszcze wielkie muszle. Wielbicielom gatunku polecam również frittura mista, czyli pierścienie kalmarów, ośmiorniczki baby i małe krewetki w delikatnej jak pergamin panierce usmażone w głębokim tłuszczu. I uwaga! Tak przyrządzone krewetki jemy w pancerzykach, choć - po usunięciu główek. Ale i one nie powinny się zmarnować, bo najwięksi znawcy z główek wysysają intensywny morski smak.
Letnią kolacyjkę kończymy pizzą lub pastą, do secondi, czyli dań głównych, w zasadzie nie docierając. To w zupełności wystarcza nawet mi, bo pizzę dają tu rozległą i zapadającą we wdzięczną pamięć. Na cienkim, chrupkim, troszkę przypalonym cieście, z właściwie uchwyconymi proporcjami między sosem pomidorowym a serem, z ogromnym bogactwem dodatków, które usatysfakcjonują każdego. Ja najbardziej lubię zwykłą margheritę, na której już po wyjęciu z pieca ułożono rukolę (a jakże!) oraz plastry prosciutto. To nie jest, w rzeczy samej, wielka włoska kuchnia. W sam raz jednak na krótkie tygodnie nadwiślańskiego lata, gdy z tak ogromną determinacją pozujemy na prawdziwych południowców.
Mela Verde, ul. Chmielna 8 (w budynku Cepelii), tel. 022 826 63 46, można płacić kartą



