List z wakacji
27.06.2008
, aktualizacja: 25.06.2008 20:57
Bułgaria
Pisałem kilka tygodni temu o rewelacyjnej bułgarskiej restauracji na Marszałkowskiej (w tym momencie uświadamiam sobie, że od pewnego czasu jest ona bohaterką niemal każdego felietonu) i nie wytrzymałem. Wsiadłem z przyjaciółmi do samochodu i po dwóch dniach podróży wylądowałem w Warnie. Możecie mi zazdrościć: pogoda - żyleta, a sezon jeszcze się nie zaczął, więc turystyczna stonka nie rządzi plażami i ulicami. Ponad trzydzieści stopni w cieniu, dwadzieścia kilka w turkusowej wodzie, bezchmurne niebo i wielkie, niczym z prawosławnych ikon, czarne oczy Bułgarek i Bułgarów. Do tego mnóstwo taniego i pysznego wina i rakii (tym razem odkryłem dla siebie rakiję morelową) i wakacje można uznać za udane.
By się nie powtarzać, nie będę tym razem pisał o jedzeniu. Przybysza z Polski zaintryguje inny aspekt bułgarskiej gastronomii: rozbudowana oferta rozrywkowa. Standardem jest, że w knajpach każdego wieczoru gra facet na keyboardzie wraz z refrenistką lub refrenistą. W wielu lokalach kapele mają większy skład i śpiewa dwóch-trzech artystów bez przerwy przez wiele godzin. I to właśnie zdumiewa. Po pierwsze, skąd się bierze taka ilość restauracyjnych wokalistów, często naprawdę dobrych, a już na pewno - w pełni sprawnych technicznie? W całej Polsce nie udałoby się zgromadzić armii klezmerów, jaka pracuje tylko na Plaży Południowej w Warnie. Po drugie, skąd Bułgarzy mają aż tak bogaty repertuar w języku ojczystym pozwalający zapełnić kilkugodzinny koncert utworami dobrze kojarzonymi przez publiczność? W naszym kraju większość piosenek wykonywanych przez dancingowe bandy to covery zachodnich przebojów. I po trzecie, jak to się dzieje, że polska kapela restauracyjna musi robić przerwy co pół godziny, bo artystom zasycha w gardłach, a tutaj koncert trwa nieprzerwanie przez wiele godzin? Na żadne z tych pytań precyzyjnie odpowiedzieć nie umiem.
Muzyka w bułgarskich restauracjach prowokuje tańce. Popularne są pokazy tańca brzucha w wykonaniu pięknych dziewczyn, które stają na kolejnych stolikach zastawionych jedzeniem i nakłaniają, by wkładać im za pas banknoty. W wielu lokalach do tańca ruszają też goście. Najbardziej efektownie wyglądają popularne na Bałkanach tańce korowodowe, w których uczestniczy po kilkadziesiąt osób trzymających się za ręce. Wszyscy znają skomplikowane kroki i, co ciekawe, nie jest to zabawa zarezerwowana tylko dla starszych. Biorą w niej udział zarówno młode, dobrze odstawione dziewczyny z pępkami na wierzchu, jak i dojrzałe panie w skromnych garsonkach obok dwudziestoletnich mężczyzn w masywnych ketach i wyżelowanych fryzurach. Oczywiście, wszystkie te obserwacje mają wartość wakacyjnych impresji, ale przybywając z kraju celebrującego rzekomą wspólnotowość, z zazdrością przyglądam się tym rozrywkom. Nasz styl zabaw zbiorowych nie sprzyja integracji pokoleń i środowisk: słuchamy piosenek, których słów nie rozumiemy, na parkietach wykonujemy jedynie kroki podpatrzone w teledyskach. Nie mamy poczucia, że poprzez specyficzne melodie i tańce tworzymy jakąś zwartą społeczność. I nie da się tego zwalić ani na 120 lat rozbiorów, ani na półwiecze komunizmu. Tego drugiego Bułgarzy doświadczali równo z nami, zaś w kwestii rozbiorów raczej nie powinniśmy z nimi konkurować. Ich na mapie Europy nie było aż pięć wieków.
By się nie powtarzać, nie będę tym razem pisał o jedzeniu. Przybysza z Polski zaintryguje inny aspekt bułgarskiej gastronomii: rozbudowana oferta rozrywkowa. Standardem jest, że w knajpach każdego wieczoru gra facet na keyboardzie wraz z refrenistką lub refrenistą. W wielu lokalach kapele mają większy skład i śpiewa dwóch-trzech artystów bez przerwy przez wiele godzin. I to właśnie zdumiewa. Po pierwsze, skąd się bierze taka ilość restauracyjnych wokalistów, często naprawdę dobrych, a już na pewno - w pełni sprawnych technicznie? W całej Polsce nie udałoby się zgromadzić armii klezmerów, jaka pracuje tylko na Plaży Południowej w Warnie. Po drugie, skąd Bułgarzy mają aż tak bogaty repertuar w języku ojczystym pozwalający zapełnić kilkugodzinny koncert utworami dobrze kojarzonymi przez publiczność? W naszym kraju większość piosenek wykonywanych przez dancingowe bandy to covery zachodnich przebojów. I po trzecie, jak to się dzieje, że polska kapela restauracyjna musi robić przerwy co pół godziny, bo artystom zasycha w gardłach, a tutaj koncert trwa nieprzerwanie przez wiele godzin? Na żadne z tych pytań precyzyjnie odpowiedzieć nie umiem.
Muzyka w bułgarskich restauracjach prowokuje tańce. Popularne są pokazy tańca brzucha w wykonaniu pięknych dziewczyn, które stają na kolejnych stolikach zastawionych jedzeniem i nakłaniają, by wkładać im za pas banknoty. W wielu lokalach do tańca ruszają też goście. Najbardziej efektownie wyglądają popularne na Bałkanach tańce korowodowe, w których uczestniczy po kilkadziesiąt osób trzymających się za ręce. Wszyscy znają skomplikowane kroki i, co ciekawe, nie jest to zabawa zarezerwowana tylko dla starszych. Biorą w niej udział zarówno młode, dobrze odstawione dziewczyny z pępkami na wierzchu, jak i dojrzałe panie w skromnych garsonkach obok dwudziestoletnich mężczyzn w masywnych ketach i wyżelowanych fryzurach. Oczywiście, wszystkie te obserwacje mają wartość wakacyjnych impresji, ale przybywając z kraju celebrującego rzekomą wspólnotowość, z zazdrością przyglądam się tym rozrywkom. Nasz styl zabaw zbiorowych nie sprzyja integracji pokoleń i środowisk: słuchamy piosenek, których słów nie rozumiemy, na parkietach wykonujemy jedynie kroki podpatrzone w teledyskach. Nie mamy poczucia, że poprzez specyficzne melodie i tańce tworzymy jakąś zwartą społeczność. I nie da się tego zwalić ani na 120 lat rozbiorów, ani na półwiecze komunizmu. Tego drugiego Bułgarzy doświadczali równo z nami, zaś w kwestii rozbiorów raczej nie powinniśmy z nimi konkurować. Ich na mapie Europy nie było aż pięć wieków.


