Kiku
08.08.2008
, aktualizacja: 23.11.2010 15:37
ul. Senatorska 17/19, róg Moliera
O tym, że Warszawa jest ważnym ośrodkiem sushi, wiemy już od kilku lat. Ponad 200 adresów, pod którymi można zjeść rybno-ryżowe przekąski z Kraju Kwitnącej Wiśni to wynik naprawdę imponujący. I osiągnięty w ciągu zaledwie kilkunastu lat dzielących nas od okresu, gdy szczytem kulinarnej ekstrawagancji był rumsztyk z cebulką.
Teraz nastał czas na oswojenie się z innymi cudami dalekowschodniej kuchni. Taką szansę daje działająca od 4 miesięcy restauracja Kiku na rogu Senatorskiej i Moliera, nazywająca się dumnie galerią japońskich potraw. Mniej uważni zakwalifikują ten lokal do kategorii sushi barów, ale tym gorzej dla nich. Bo choć klasycznych maki, nigiri, sashimi jest tutaj w bród, to nie one stanowią o odrębności Kiku. Krzywdę wręcz zrobi sobie ktoś, kto zdecyduje się na sushi na Senatorskiej, zamiast zajadać się nimi w sąsiedniej Sakana na Moliera czy Izumi na placu Zbawiciela. Tam przy wodnym taśmociągu możemy obserwować proces przygotowania jedzenia, nadzorować świeżość produktów i umiejętności kucharzy. W Kiku, zasiadając przy stolikach, tej szansy jesteśmy pozbawieni, a najsmaczniejsze wydaje się raczej to, co standardowego sushi nie przypomina. Zamówiony przez nas duży zestaw hoshi (330 zł) był jadalny, jednak zwartością ryżu, a także jakością dodatków wyraźnie ustępował innym lokalom naszego miasta. Z dwoma wyjątkami, ale już podawanymi poza zestawem: kombu shake (18 zł) oraz kiku tempura maki (40 zł). Ten pierwszy to tłusty łosoś marynowany w oceanicznych wodorostach kombu. Ich intensywny, słonawy smak i sprężysta konsystencja dodają wigoru rozkosznie rozleniwionemu ciałku różowawej ryby. W sumie tworzą świetnie dobraną parę, za którą zatęsknić mogą nawet najbardziej oporni na wdzięki sushi. Z kolei kiku tempura maki to maki z łososiem, krewetką i paluszkiem krabowym usmażone niczym tempura w głębokim tłuszczu. Efekt równie zachwycający i zaskakujący jak w przypadku poprzedniego małżeństwa. Ech, zdarzają się jeszcze na tym świecie udane związki!
Jako się rzekło, to nie sushi i jego krewniacy stanowią jednak o uroku Kiku. By go w pełni docenić; najlepiej zainstalować się w tatami, jak obsługa zwie malutki chambre separee, do którego wchodzi się po schodkach i po zostawieniu na zewnątrz butów. Gdy dodatkowo zasuniemy za sobą drzwi z mlecznego papieru, sugestia dalekiej kulinarnej podróży będzie niemal całkowita. Podczas tego rejsu zamawiajcie bez oporu każdą zupę i każdy makaron. Każdy jest intrygujący, każdy inny i całkiem niedrogi (w przeciwieństwie, niestety, do sushi). Najprostsza miso shiru (8 zł) to nasza dobra znajoma, rozrobiona w wywarze warzywnym pasta sojowa z kawałkami tofu i glonami. Świetne lekarstwo w chwilach życiowego zwątpienia. Kimchi shiru (10 zł) to również pozycja klasyczna: pikantny, dalekowschodni kapuśniak z kiszonki. Delikatny warzywny rosołek z trójkątnymi pierożkami gyoza specjalnie egzotyczny nie jest, za to - bardzo smaczny (10 zł). Mocniejsze wrażenia zapewni za to kaisen shiru (20 zł), czerwona, ostra, gęsta zupa rybna z owocami morza. Wytchnieniem po niej może być ebi shiru (20 zł), spokojny niczym Zatoka Pucka, klarowny i muślinowy bulionik ryżowy z krewetką. Polubicie też na pewno udon (35 zł), gruby, długi makaron w ciemnym wywarze, dosmaczony wedle gustu kawałkami kurczaka, wołowiny lub owoców morza. Natomiast, jeśli chodzi o ramen (35 zł), polecam go przede wszystkim wielbicielom zupek chińskich, do których i sam się zaliczam. To podtiuningowana, bogata wersja gorącego kubka z identycznymi, karbowanymi kluskami. Niestety, nie umieliśmy się zachwycić tutejszą tempurą z krewetek (50 zł) ani smażonym w woku ryżem chan-han (35 zł). Pierwsza była za mało chrupka, drugi krył w sobie kawałki mięsa, które nie poddawały się sile ludzkich siekaczy. Królem wieczoru w Kiku okazał się za to japchae (35 zł), czyli śliski, dobrze chłonący smak dodatków makaron sojowy z warzywami i wołowiną usmażony na oleju sezamowym. Biliśmy się o niego z zaciekłością prawdziwych samurajów. Dobrze, że zamiast mieczy mieliśmy na podorędziu wyłącznie pięknie dekorowane drewniane pałeczki.
Kiku, ul. Senatorska 17/19 (róg Moliera), tel. 022 892 09 01, 022 892 40 30, można płacić kartą

Teraz nastał czas na oswojenie się z innymi cudami dalekowschodniej kuchni. Taką szansę daje działająca od 4 miesięcy restauracja Kiku na rogu Senatorskiej i Moliera, nazywająca się dumnie galerią japońskich potraw. Mniej uważni zakwalifikują ten lokal do kategorii sushi barów, ale tym gorzej dla nich. Bo choć klasycznych maki, nigiri, sashimi jest tutaj w bród, to nie one stanowią o odrębności Kiku. Krzywdę wręcz zrobi sobie ktoś, kto zdecyduje się na sushi na Senatorskiej, zamiast zajadać się nimi w sąsiedniej Sakana na Moliera czy Izumi na placu Zbawiciela. Tam przy wodnym taśmociągu możemy obserwować proces przygotowania jedzenia, nadzorować świeżość produktów i umiejętności kucharzy. W Kiku, zasiadając przy stolikach, tej szansy jesteśmy pozbawieni, a najsmaczniejsze wydaje się raczej to, co standardowego sushi nie przypomina. Zamówiony przez nas duży zestaw hoshi (330 zł) był jadalny, jednak zwartością ryżu, a także jakością dodatków wyraźnie ustępował innym lokalom naszego miasta. Z dwoma wyjątkami, ale już podawanymi poza zestawem: kombu shake (18 zł) oraz kiku tempura maki (40 zł). Ten pierwszy to tłusty łosoś marynowany w oceanicznych wodorostach kombu. Ich intensywny, słonawy smak i sprężysta konsystencja dodają wigoru rozkosznie rozleniwionemu ciałku różowawej ryby. W sumie tworzą świetnie dobraną parę, za którą zatęsknić mogą nawet najbardziej oporni na wdzięki sushi. Z kolei kiku tempura maki to maki z łososiem, krewetką i paluszkiem krabowym usmażone niczym tempura w głębokim tłuszczu. Efekt równie zachwycający i zaskakujący jak w przypadku poprzedniego małżeństwa. Ech, zdarzają się jeszcze na tym świecie udane związki!
Jako się rzekło, to nie sushi i jego krewniacy stanowią jednak o uroku Kiku. By go w pełni docenić; najlepiej zainstalować się w tatami, jak obsługa zwie malutki chambre separee, do którego wchodzi się po schodkach i po zostawieniu na zewnątrz butów. Gdy dodatkowo zasuniemy za sobą drzwi z mlecznego papieru, sugestia dalekiej kulinarnej podróży będzie niemal całkowita. Podczas tego rejsu zamawiajcie bez oporu każdą zupę i każdy makaron. Każdy jest intrygujący, każdy inny i całkiem niedrogi (w przeciwieństwie, niestety, do sushi). Najprostsza miso shiru (8 zł) to nasza dobra znajoma, rozrobiona w wywarze warzywnym pasta sojowa z kawałkami tofu i glonami. Świetne lekarstwo w chwilach życiowego zwątpienia. Kimchi shiru (10 zł) to również pozycja klasyczna: pikantny, dalekowschodni kapuśniak z kiszonki. Delikatny warzywny rosołek z trójkątnymi pierożkami gyoza specjalnie egzotyczny nie jest, za to - bardzo smaczny (10 zł). Mocniejsze wrażenia zapewni za to kaisen shiru (20 zł), czerwona, ostra, gęsta zupa rybna z owocami morza. Wytchnieniem po niej może być ebi shiru (20 zł), spokojny niczym Zatoka Pucka, klarowny i muślinowy bulionik ryżowy z krewetką. Polubicie też na pewno udon (35 zł), gruby, długi makaron w ciemnym wywarze, dosmaczony wedle gustu kawałkami kurczaka, wołowiny lub owoców morza. Natomiast, jeśli chodzi o ramen (35 zł), polecam go przede wszystkim wielbicielom zupek chińskich, do których i sam się zaliczam. To podtiuningowana, bogata wersja gorącego kubka z identycznymi, karbowanymi kluskami. Niestety, nie umieliśmy się zachwycić tutejszą tempurą z krewetek (50 zł) ani smażonym w woku ryżem chan-han (35 zł). Pierwsza była za mało chrupka, drugi krył w sobie kawałki mięsa, które nie poddawały się sile ludzkich siekaczy. Królem wieczoru w Kiku okazał się za to japchae (35 zł), czyli śliski, dobrze chłonący smak dodatków makaron sojowy z warzywami i wołowiną usmażony na oleju sezamowym. Biliśmy się o niego z zaciekłością prawdziwych samurajów. Dobrze, że zamiast mieczy mieliśmy na podorędziu wyłącznie pięknie dekorowane drewniane pałeczki.
Kiku, ul. Senatorska 17/19 (róg Moliera), tel. 022 892 09 01, 022 892 40 30, można płacić kartą



