kino, teatr, muzyka

Warszawa

Macho

Maciej Nowak
05.09.2008 , aktualizacja: 23.11.2010 15:36
A A A Drukuj
ul. Sędziowska 2
Zgodnie z zapowiedzią z zeszłego tygodnia przystępujemy do sprawdzianu ze znajomości książki Anthony'ego Bourdaina "Kill Grill". Proszę usiąść, wyciągnąć czyste kartki i nie ściągać. Zadanie brzmi: jak rozpoznać konsumenta, który w knajpie bywa incydentalnie i kompletnie nie zna się ani na smaku potraw, ani na specyfice restauracyjnej ekonomii? Czy wszyscy ze zrozumieniem przeczytali rozdział zatytułowany "Z naszej kuchni na twój talerz"? Proszę się nie wiercić! Czy przypadkiem nie trzyma pani na kolanach otwartej książki? No nie, dorośli ludzie, a zachowują się jak dzieci! Proszę się skupić i przypomnieć następujący akapit: "Co się dzieje ( ) gdy szef kuchni znajdzie twardawy, lekko nadpsuty zrzynek polędwicy wołowej, który wielokrotnie spychano na tył zamrażarki? Może go wyrzucić, ale byłaby to strata równa trzykrotności ceny, jaką zapłacił za kilogram. Może nakarmić nim rodzinę, ale efekt będzie taki sam. Albo może go odłożyć na dobrze wysmażone, czyli podać jakiemuś prostakowi, który woli jeść mięso ( ) spalone na pozbawiony smaku ( ) kawałek węgla i który nie będzie umiał stwierdzić, czy dostał na talerzu jedzenie, czy resztki. Normalnie dumny szef kuchni nienawidziłby takiego klienta, pogardzałby ( ) że przez niego musiał zniszczyć pyszne jedzenie. Ale nie w tym wypadku. Ten idiota płaci za przywilej zjedzenia śmieci!".

Czy już umiecie właściwie rozpoznać amatora w restauracji? Tak! Tak! To właśnie ten frajer, który zamawia befsztyk wysmażony (czyli well done), podczas gdy w jego zasięgu jest przynajmniej sześć innych stadiów przyrządzenia wołowiny: od blue rare, przez rare, rare plus, medium rare, medium aż po medium well done. Ale na Boga - nigdy nie well done, kiedy mięso niewiele już się różni od znoszonych japonek pod koniec sezonu letniego. I teraz pytanie kolejne: czy ja jestem takim właśnie gościem, który uwielbia wsadzać sobie do gęby podgrzane na grillu klapki?

Odniosłem wrażenie, że takie właśnie zdanie na mój temat ma skądinąd kompetentny i sympatyczny menedżer restauracji Macho. Najpierw dokładnie wypytywał o stopień wysmażenia steku z wołowiny argentyńskiej (29 zł), a następnie dostarczył go w stanie, który uniemożliwiał wbicie weń widelca. Niestety, aspekt marketingowy knajpy, która chce specjalizować się w kuchni Ameryki Południowej, wyraźnie przewyższa jakość tutejszych potraw. Odczułem to również przy okazji empanadas, czyli słynnych pieczonych pierożków z tamtej części świata. Pan menedżer przekonywał, że powstają na zapleczu Macho, ja jednak z głupia frant zajrzałem na domenę poczty elektronicznej biura restauracji. I okazało się, że jest to strona jeleniogórskiej wytwórni mrożonych pierogów. To być może wyjaśnia, dlaczego wszystkie tutejsze empanady mają idealnie takie same kształty, a jednocześnie są suche i pozbawione smaku. Podejrzewam, że w tej samej wytwórni powstaje ogromny wybór tart znajdujących się w menu Macho. Trudno uwierzyć, by w niewielkiej, piwnicznej kuchni udawało się piec i utrzymywać w stałym asortymencie kilkanaście rodzajów tart z mięsem, warzywami i serem. W przeciwieństwie do mało smacznych empanadas tarty były jednak dość intrygujące i przy założeniu, że tolerujemy od czasu do czasu na naszym stole odgrzewane w mikrofali półprodukty, można polecić je na jakieś firmowe przyjęcie. Może nie od razu w siedzibie Agory, ale dlaczego konkurencja nie miałaby się skusić?

Wrzucając tym felietonem restaurację Macho do obieraczki ziemniaków, nie chce mi się już pastwić nad jej nazwą. W końcu nie piszę dla "Wysokich Obcasów". Ale zapewniam, że znajdujące się w karcie knajpy hasło ,,Mi lugar'', czyli ,,Moje miejsce'', odbiega od prawdy. No es mi lugar.

Macho, ul. Sędziowska 2, tel. 022 825 82 55, czynne od poniedziałku do piątku od 7 do 22, w soboty i niedziele od 12 do 22, można płacić kartą



Podziel się