Cafe Vincent
16.12.2008
, aktualizacja: 23.11.2010 15:27
ul. Nowy Świat 64
Niedaleko ode mnie na Opaczewskiej stoi sobie niszczejący, nieduży, narożny budynek. Jeszcze kilka lat temu mieściła się tutaj osiedlowa piekarnia, do której po bułki, jako mała dziewczynka biegała jeszcze moja mama. Wszyscy na naszej ulicy z nostalgią wspominają czasy, gdy poranek pachniał świeżym pieczywem. A świt zwiastował najpierw blask padający z okien, za którymi rumieniły się bułeczki, a dopiero potem - czerwona zorza na niebie. Można z tych wspomnień ułożyć dużo wzruszających obrazków, ale wtedy, gdy zakład jeszcze działał, moi dziadkowie i sąsiedzi nie ustawali w krytykowaniu miejscowego chleba. Że szybko czerstwieje, że pęka, że mało chrupki, że do ciasta na pewno dodawane są trociny i gips. I w ogóle najlepiej kupować wypieki w piekarni na Grójeckiej, gdzie wszystko jest dużo wyższej jakości. Dziś, gdy nie ma ani jednej, ani drugiej i skazani jesteśmy na wyroby piekarniczych molochów, które zmonopolizowały rynek, zapominamy o dawnych utyskiwaniach. I narzekając na chleb dzisiejszy tęsknimy za niegdysiejszym. Czy to hipokryzja? Nie, to typowa figura w stylu dyskutowania o pieczywie, które jako najbardziej podstawowy i symboliczny pokarm, przyjmuje na siebie wszystkie frustracje i niespełnienia życia codziennego. Tymczasem ani to wczorajsze nie było tak idealne, ani to dzisiejsze nie jest tak złe.
Uświadomiłem sobie tę starą prawdę zabierając się do felietonu o działającej od kilku miesięcy przy Nowym Świecie francuskiej piekarni Vincent. Warszawa ją pokochała, rankami i wieczorami w mikroskopijnym lokaliku kłębi się tłum, wykupujący na pniu setki gorących jeszcze croissantów, brioszy i bagietek. Zbiorowej histerii dobrze służy też wynurzający się z zaplecza obsypany mąką piekarz dukający polskie słowa z mocnym nadsekwańskim akcentem. Na forach internetowych znawcy nie zostawiają jednak na Vincent suchej nitki. Że sprzedawczynie nie dają sobie rady, że bagietki nie tak chrupiące i pachnące, jak w Paryżu, a w ogóle to przecież żadna prawdziwa boulangerie tylko punkt odpiekania produktów francuskiego giganta piekarniczego Delifrance.
To wszystko prawda, sam mógłbym dołożyć do tej listy jeszcze kilka zastrzeżeń. Tyle, że prawdziwych boulangeries, nie korzystających z błogosławieństw nowych technologii, nawet w ojczyźnie męża Carli Bruni szukać dziś trzeba ze świecą. Tym bardziej nie liczmy na nie na Nowym Świecie w Warszawie, ulicy oferującej jedne z najwyższych czynszy w Europie. Żadna autentyczna, ekologiczna, tradycyjna piekarnia nie miałaby tutaj szans przetrwania. Ani finansowo, ani logistycznie. A Vincent będąc nowoczesną wersją klasycznej boulangerie oferuje produkty naprawdę niezłe i będące znaczącą odmianą od tego, co jemy na co dzień.
Ponieważ oprócz sklepu funkcjonuje tutaj również niewielka kawiarenka lubię wpaść do Vincent na kanapki w małych żytnich bagietkach, przekrojonych wzdłuż. W przeciwieństwie do biednych polskich kanapek zdobionych jednym plastrem tandetnej szynki te na modłę francuską kryją w sobie istną kopalnię dodatków: rozmaitych kiełbas, wędzonek, serów, pomidorów i sałat. I choć nie są tanie to dają tę odrobinę codziennego luksusu, za którą warto zapłacić 12 czy 15 zł. Smakują mi też quiches, czyli chrupkie tarty wypełnione masą jajeczną z dodatkiem porów, sera czy boczku, pyszne są rogaliki, szarlotki i inne słodkości. O tak, chciałoby się kupować poilane w piekarence, jak z nowelek Marcela Pagnola. Ale może warto docenić i tę z Nowego Światu, by za kilka lat móc do niej zatęsknić równie żarliwie, jak my za naszą na Opaczewskiej.
Cafe Vincent, ul. Nowy Świat 64, tel. 022 828 01 15, można płacić kartą

Uświadomiłem sobie tę starą prawdę zabierając się do felietonu o działającej od kilku miesięcy przy Nowym Świecie francuskiej piekarni Vincent. Warszawa ją pokochała, rankami i wieczorami w mikroskopijnym lokaliku kłębi się tłum, wykupujący na pniu setki gorących jeszcze croissantów, brioszy i bagietek. Zbiorowej histerii dobrze służy też wynurzający się z zaplecza obsypany mąką piekarz dukający polskie słowa z mocnym nadsekwańskim akcentem. Na forach internetowych znawcy nie zostawiają jednak na Vincent suchej nitki. Że sprzedawczynie nie dają sobie rady, że bagietki nie tak chrupiące i pachnące, jak w Paryżu, a w ogóle to przecież żadna prawdziwa boulangerie tylko punkt odpiekania produktów francuskiego giganta piekarniczego Delifrance.
To wszystko prawda, sam mógłbym dołożyć do tej listy jeszcze kilka zastrzeżeń. Tyle, że prawdziwych boulangeries, nie korzystających z błogosławieństw nowych technologii, nawet w ojczyźnie męża Carli Bruni szukać dziś trzeba ze świecą. Tym bardziej nie liczmy na nie na Nowym Świecie w Warszawie, ulicy oferującej jedne z najwyższych czynszy w Europie. Żadna autentyczna, ekologiczna, tradycyjna piekarnia nie miałaby tutaj szans przetrwania. Ani finansowo, ani logistycznie. A Vincent będąc nowoczesną wersją klasycznej boulangerie oferuje produkty naprawdę niezłe i będące znaczącą odmianą od tego, co jemy na co dzień.
Ponieważ oprócz sklepu funkcjonuje tutaj również niewielka kawiarenka lubię wpaść do Vincent na kanapki w małych żytnich bagietkach, przekrojonych wzdłuż. W przeciwieństwie do biednych polskich kanapek zdobionych jednym plastrem tandetnej szynki te na modłę francuską kryją w sobie istną kopalnię dodatków: rozmaitych kiełbas, wędzonek, serów, pomidorów i sałat. I choć nie są tanie to dają tę odrobinę codziennego luksusu, za którą warto zapłacić 12 czy 15 zł. Smakują mi też quiches, czyli chrupkie tarty wypełnione masą jajeczną z dodatkiem porów, sera czy boczku, pyszne są rogaliki, szarlotki i inne słodkości. O tak, chciałoby się kupować poilane w piekarence, jak z nowelek Marcela Pagnola. Ale może warto docenić i tę z Nowego Światu, by za kilka lat móc do niej zatęsknić równie żarliwie, jak my za naszą na Opaczewskiej.
Cafe Vincent, ul. Nowy Świat 64, tel. 022 828 01 15, można płacić kartą



