Palestra
09.01.2009
, aktualizacja: 23.11.2010 15:24
al. "Solidarności" 84
Restauracje takie jak Palestra w pierwszym momencie wywołują u mnie popłoch. Kulturalnie urządzone, z bezradnym uśmiechem miłej pani kelnerki i kartą ułożoną według najoczywistszych gustów: trochę sałat, trochę włoszczyzny, trochę rodzimych specjałów. Na poziomie menu do niczego w zasadzie nie można się przyczepić, wszystko jest grzeczne i ułożone. Tyle że zupełnie pozbawione charakteru. A to sprawia, że biały ekran, jaki co tydzień mam do zapełnienia czarnymi robaczkami alfabetu, wydaje się bezbrzeżnym oceanem. O czym tu pisać? O sałatce z tuńczykiem? O carpaccio z wołowiny? O caprese albo czystym czerwonym barszczu? Boże mój, chyba tylko najgorszym wrogom (a kilku ich by się znalazło) życzyłbym, żeby z czegoś takiego ulepić felieton. A przecież wydawało się, że restauracja znajdująca się naprzeciwko sądów na Lesznie powinna mieć jakąś cechę szczególną. Kauzyperdy do ubogich nie należą, jeść lubią i knajpy, w których stołuje się to środowisko, tradycyjnie należą do najbardziej interesujących. Wspomnijmy mec. V. albo mego niegdysiejszego koleżkę z licealnej ławy mec. P. Toż to prawdziwi arbitrzy elegantiarum, współcześni dandysi, którzy, co jak co, ale konsumpcji potrafią się oddawać. Ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, by zainteresowała ich sałata z kurczakiem polecana przez panią kelnerkę jako specjalność zakładu.
Zrezygnowany, zziębnięty i wciśnięty do chambre separee, by J. mógł bez przeszkód odprawiać swe nikotynowe rytuały, zabrałem się do przeglądu dokonań kucharza Palestry. Bez specjalnego przekonania. Pierwsze dania potwierdzały najgorsze przeczucia. Bakłażan zapiekany z mozzarellą i pomidorem (17 zł) był dokładnie bakłażanem z mozzarellą i pomidorem. Ani dobrym, ani złym. Smażona wątróbka drobiowa (18 zł) była swym przeciętnym wcieleniem i jedyne, co zapamiętałem ze spotkania z nią, to rozmrożone maliny ułożone jako garni. Czy ten tekst naprawdę ograniczyć się musi do przepisania z karty nazw dań? Jakże małostkowym okazałem się jednak wyznawcą św. Gastronomii, która przecież nigdy nie zostawia mnie w potrzebie. Odczułem to, gdy na stole pojawiły się żurek (13 zł) i barszcz czerwony (11 zł). Były zimne z zastygającym na powierzchni śryżem tłuszczu. Z podpisu pod pięknym zdjęciem Jerzego Gumowskiego w "Gazecie Stołecznej" (z 6 stycznia) przedstawiającym zamarzającą Wisłę dowiedziałem się, że śryżem są zbite grudki lodu unoszące się po zimowej rzece. Na wodzie wygląda to bajecznie, zupę czyni zaś kompletnie niejadalną.
A potem poszło. Okazało się, że pod pozorem sielskiej, banalnej knajpki kryje się lokal, w którym kompletnie nie umieją gotować. I to już jest temat na felieton! Wyciągnięty z lodówki ogromny pas żeberek (36 zł), posmarowany niechlujnie sosem barbecue, był tłusty, niesmaczny i po poważnych przejściach życiowych. Przesmażona ponad wszelką miarę sola (27 zł) przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy, w dodatku ubrano ją w bukiet warzyw o konsystencji papki dla niemowląt. Za 49 zł dostałem z kolei niewielki, za to twardy stek z polędwicy wołowej. Zamówiony jako krwisty, wszystkie soki utracił nie później niż w okolicach wojny rosyjsko-japońskiej. Z zestawu zrazy zawijane plus kasza (34 zł) obroniła się kasza. Ale ona, niezwyciężona bohaterka polskiej kuchni, zawsze się wykaraska. Oddzielnym aktem tej tragedii heroikomicznej była pizza. Gdybym nie widział na własne oczy pieca opalanego prawdziwym drewnem, przysiągłbym, że wyjęto ją z zamrażarki. Ciasto było gumowate, ciągnące się, grube i niedopuszczalnie wilgotne. Jak się osiąga taki efekt, dysponując oryginalnym piecem, należy do najsłodszych tajemnic Palestry. Wolę ich nie badać.
Palestra, al. "Solidarności" 84, tel. 022 838 00 74, można płacić kartą.

Zrezygnowany, zziębnięty i wciśnięty do chambre separee, by J. mógł bez przeszkód odprawiać swe nikotynowe rytuały, zabrałem się do przeglądu dokonań kucharza Palestry. Bez specjalnego przekonania. Pierwsze dania potwierdzały najgorsze przeczucia. Bakłażan zapiekany z mozzarellą i pomidorem (17 zł) był dokładnie bakłażanem z mozzarellą i pomidorem. Ani dobrym, ani złym. Smażona wątróbka drobiowa (18 zł) była swym przeciętnym wcieleniem i jedyne, co zapamiętałem ze spotkania z nią, to rozmrożone maliny ułożone jako garni. Czy ten tekst naprawdę ograniczyć się musi do przepisania z karty nazw dań? Jakże małostkowym okazałem się jednak wyznawcą św. Gastronomii, która przecież nigdy nie zostawia mnie w potrzebie. Odczułem to, gdy na stole pojawiły się żurek (13 zł) i barszcz czerwony (11 zł). Były zimne z zastygającym na powierzchni śryżem tłuszczu. Z podpisu pod pięknym zdjęciem Jerzego Gumowskiego w "Gazecie Stołecznej" (z 6 stycznia) przedstawiającym zamarzającą Wisłę dowiedziałem się, że śryżem są zbite grudki lodu unoszące się po zimowej rzece. Na wodzie wygląda to bajecznie, zupę czyni zaś kompletnie niejadalną.
A potem poszło. Okazało się, że pod pozorem sielskiej, banalnej knajpki kryje się lokal, w którym kompletnie nie umieją gotować. I to już jest temat na felieton! Wyciągnięty z lodówki ogromny pas żeberek (36 zł), posmarowany niechlujnie sosem barbecue, był tłusty, niesmaczny i po poważnych przejściach życiowych. Przesmażona ponad wszelką miarę sola (27 zł) przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy, w dodatku ubrano ją w bukiet warzyw o konsystencji papki dla niemowląt. Za 49 zł dostałem z kolei niewielki, za to twardy stek z polędwicy wołowej. Zamówiony jako krwisty, wszystkie soki utracił nie później niż w okolicach wojny rosyjsko-japońskiej. Z zestawu zrazy zawijane plus kasza (34 zł) obroniła się kasza. Ale ona, niezwyciężona bohaterka polskiej kuchni, zawsze się wykaraska. Oddzielnym aktem tej tragedii heroikomicznej była pizza. Gdybym nie widział na własne oczy pieca opalanego prawdziwym drewnem, przysiągłbym, że wyjęto ją z zamrażarki. Ciasto było gumowate, ciągnące się, grube i niedopuszczalnie wilgotne. Jak się osiąga taki efekt, dysponując oryginalnym piecem, należy do najsłodszych tajemnic Palestry. Wolę ich nie badać.
Palestra, al. "Solidarności" 84, tel. 022 838 00 74, można płacić kartą.



