Tiffany's
27.02.2009
, aktualizacja: 23.11.2010 15:17
ul. Marszałkowska 72
Marszałkowska dogorywa. Ulubiona, emblematyczna wręcz ulica przedwojennej Warszawy, opiewana w piosenkach i przywoływana we wspomnieniach, wyszła z ostatniej wojny kompletnie zniszczona. Podczas odbudowy nadano jej przede wszystkim charakter wielkiej arterii: trzy pasy ruchu w każdą stronę, tory tramwajowe, cofnięcie południowej pierzei do linii dawnych oficyn. Obie strony ulicy oddaliły się od siebie niczym dwa brzegi Atlantyku, niczym USA i ZSRR w okresie zimnej wojny. W bliższych nam już czasach ciężkim ciosem dla Marszałkowskiej było usytuowanie w centrum miasta moli, które przechwyciły ruch handlowy. Równolegle zarządzono tu bezsensowny remont, dzięki któremu wygospodarowano chodniki o szerokości 15 metrów. Ułatwiło to wprawdzie organizację capstrzyków i rewii wojskowych, jednak zdławiło normalne relacje społeczne. Ostatni etap agonii to gwałtowny atak banksterów, czyli tocząca całe miasto gangrena bankowa. Całe kwartały gniją zajęte przez martwe komórki kredytowe. W efekcie funkcje życiowe Marszałkowskiej podtrzymywane są dziś w sposób całkowicie sztuczny.
Gdyby chodziło o człowieka, z taką diagnozą można by podjąć akcję polityczną i medialną o prawo do eutanazji. Ale ulicy nie da się odłączyć od kroplówki i sztucznego płuca. Ulica musi trwać. Mimo że jest już faktycznie w stanie śpiączki. Martwa ulica rodzi martwe dzieci. Przyjrzyjcie się jej fasadom, witrynom, oknom. Jeśli nie zalepione przez reklamy, to zakurzone i opuszczone. Jeśli nie zajęte przez sieciowe sklepy, to ziejące nudą sądu, banku czy szmateksu. Z szyldów, które przed laty przyciągały na Marszałkowską tłumy, nie pozostał właściwie żaden: nie ma już ani składnicy harcerskiej ani delikatesów Tokaj, Instytutu Węgierskiego, ani restauracji Szanghaj, sklepu 1001 drobiazgów, ani baru owocowego Hortex.
Otwarta niedawno pod numerem 72 restauracja Tiffany's od samego początku skazana jest na widmowy los pogrobowca Marszałkowskiej. Gdy schodzi się w podziemia neogotyckiej kamienicy Matiasa Taubenhausa trudno opędzić się od wrażenia, że to jakiś z dawien dawna pogrzebany, a szykowny lokal na miarę niegdysiejszej Adrii. Tiffany's wydaje się jednak nieżywy od samego swego poczęcia. Mało wiarygodne wydają się zapewnienia menedżera, że odbywają się tu jakieś koncerty i imprezy.
Melancholii snującej się po rozległym dancefloorze i opustoszałych lożach nie umie niestety zrekompensować kuchnia. Menu jest po hotelowemu nudne i przewidywalne: sałaty, makarony, zupy-kremy (16-18 zł) i rosół z raków (20 zł), krewetki w cieście (31 zł), tuńczyk z grilla (57 zł) i stek z polędwicy (85 zł). W dodatku wszystko zupełnie niedoprawione i bezosobowe, tak jakby kucharz swoją robotę ograniczał do podgrzania produktów wyjętych z lodówki. Z depresyjnej kolacji w Tiffany's zapamiętam jedynie intensywny zapach ogórka, który towarzyszył homeopatycznej porcji ikry latającej ryby (33 zł). Ten sam aromat pojawił się też w trakcie deseru, gdy podano sorbet z ogórka i trawy cytrynowej (20 zł). I to było nawet interesujące. Niestety, ograniczyłem się do wąchania, bo do jedzenia to się nie nadawało. Przy najlepszej nawet woli nie da się uznać za sorbet szklanki pełnej pokruszonego lodu.
Być może błędem było, że nie zdecydowałem się na zamówienie fileta z aligatora na truskawkach z nutą imbiru (119 zł), ale wydało mi się to już robieniem wiców na stypie. Żałoba, żałoba panuje na Marszałkowskiej.
Tiffany's, ul. Marszałkowska 72, tel. 022 242 87 10, www.tiffanys.pl, można płacić kartą

Gdyby chodziło o człowieka, z taką diagnozą można by podjąć akcję polityczną i medialną o prawo do eutanazji. Ale ulicy nie da się odłączyć od kroplówki i sztucznego płuca. Ulica musi trwać. Mimo że jest już faktycznie w stanie śpiączki. Martwa ulica rodzi martwe dzieci. Przyjrzyjcie się jej fasadom, witrynom, oknom. Jeśli nie zalepione przez reklamy, to zakurzone i opuszczone. Jeśli nie zajęte przez sieciowe sklepy, to ziejące nudą sądu, banku czy szmateksu. Z szyldów, które przed laty przyciągały na Marszałkowską tłumy, nie pozostał właściwie żaden: nie ma już ani składnicy harcerskiej ani delikatesów Tokaj, Instytutu Węgierskiego, ani restauracji Szanghaj, sklepu 1001 drobiazgów, ani baru owocowego Hortex.
Otwarta niedawno pod numerem 72 restauracja Tiffany's od samego początku skazana jest na widmowy los pogrobowca Marszałkowskiej. Gdy schodzi się w podziemia neogotyckiej kamienicy Matiasa Taubenhausa trudno opędzić się od wrażenia, że to jakiś z dawien dawna pogrzebany, a szykowny lokal na miarę niegdysiejszej Adrii. Tiffany's wydaje się jednak nieżywy od samego swego poczęcia. Mało wiarygodne wydają się zapewnienia menedżera, że odbywają się tu jakieś koncerty i imprezy.
Melancholii snującej się po rozległym dancefloorze i opustoszałych lożach nie umie niestety zrekompensować kuchnia. Menu jest po hotelowemu nudne i przewidywalne: sałaty, makarony, zupy-kremy (16-18 zł) i rosół z raków (20 zł), krewetki w cieście (31 zł), tuńczyk z grilla (57 zł) i stek z polędwicy (85 zł). W dodatku wszystko zupełnie niedoprawione i bezosobowe, tak jakby kucharz swoją robotę ograniczał do podgrzania produktów wyjętych z lodówki. Z depresyjnej kolacji w Tiffany's zapamiętam jedynie intensywny zapach ogórka, który towarzyszył homeopatycznej porcji ikry latającej ryby (33 zł). Ten sam aromat pojawił się też w trakcie deseru, gdy podano sorbet z ogórka i trawy cytrynowej (20 zł). I to było nawet interesujące. Niestety, ograniczyłem się do wąchania, bo do jedzenia to się nie nadawało. Przy najlepszej nawet woli nie da się uznać za sorbet szklanki pełnej pokruszonego lodu.
Być może błędem było, że nie zdecydowałem się na zamówienie fileta z aligatora na truskawkach z nutą imbiru (119 zł), ale wydało mi się to już robieniem wiców na stypie. Żałoba, żałoba panuje na Marszałkowskiej.
Tiffany's, ul. Marszałkowska 72, tel. 022 242 87 10, www.tiffanys.pl, można płacić kartą



