kino, teatr, muzyka

Warszawa

Kartka z podróży

Maciej Nowak
10.04.2009 , aktualizacja: 08.04.2009 21:57
A A A Drukuj
Z Moskwy raz jeszcze
ZOBACZ TAKŻE
Jestem szczęśliwym człowiekiem. Udało mi się skutecznie wyzwolić ze świątecznej opresji i Wielkanoc spędzę za granicą. I to za jaką granicą - w Moskwie! Tegoroczny program dla gości zagranicznych festiwalu Złota Maska zorganizowano akurat podczas naszej Wielkanocy. Można to oczywiście uznać za kolejny dowód antykatolickiej, a zatem antypolskiej ofensywy Kremla, ale mnie akurat w to graj. W Warszawie pozamykane teatry, opustoszałe restauracje i obłęd przedświątecznych przygotowań, a ja sobie oglądam spektakle mistrzów rosyjskiej sceny, a w przerwach korzystam z uroków moskiewskiej gastronomii. To jest życie! A gdy nadejdzie czas prawosławnej Paschy, mnie już tutaj nie będzie. Oto wielka mądrość wschodniej schizmy!

W kwestiach kulinarnych moim cicerone jest książeczka zatytułowana dobitnie i obrazowo: "Wypić w Moskwie". Konsekwentnie podążam wedle jej wskazówek i na razie wpadek nie zaliczyłem żadnych. Największe wrażenie zrobiła na mnie dotąd knajpa Majak mieszcząca się w budynku Teatru im. Majakowskiego na ulicy Wielkiej Nikitskiej. Gdy otwierają się drzwi, najpierw widać ogromne i strome schody aż do samego nieba. Po ich pokonaniu odnajdujemy obszerną, mroczną salę, obstawioną kredensami i wielkim, starożytnym szynkwasem z zaśniedziałym lustrem. Pod pożółkłym sufitem wisi kryształowy żyrandol, nieco upstrzony przez muchy, zaś kilkadziesiąt spracowanych stolików przykrytych jest biało-brązowymi papierowymi obrusami. Do 5 rano podają tutaj kuchnię inspirowaną przepisami rosyjskimi i francuskimi. To miks naprawdę pobudzający wyobraźnię, przywołujący przedrewolucyjne klimaty. Mnie zachwyciła sałatka z młodych ziemniaków, łososia, zielonych liści i śmietanowego sosu, popijana ormiańskim koniakiem z plasterkiem cytryny.

W Majaku zbiera się publiczność artystowska, dziennikarze z pobliskiej agencji prasowej TASS, aktorzy, pisarze, złotouści i czarnoocy. Podobny zestaw typów i typeńków wypełnia mieszczącą się nieopodal szaszłykarnię U Nikitskich Worot. Tylko nie dajcie się zwieść nowobogackiej restauracji o tym samym szyldzie mieszczącej się dokładnie naprzeciwko TASS. Wejdźcie głębiej w Kałasznyj Piereułok i tam odnajdźcie lokal, w którym czas zatrzymał się za czasów tow. Chruszczowa. Przepraszam, poniosło mnie, bo od tamtych lat szaszłykarnia została wypucowana na glanc i zainstalowano w niej porządną wentylację. Natomiast klimat rzeczywiście się nie zmienił: proste stoły, ponura boazeria, brak jakichkolwiek ozdób i ornamentów. To miejsce na poważną męską wódeczkę, podawaną w malutkich karafkach, zakąszaną kilkoma evergreenami kaukaskiej i rosyjskiej kuchni: sacivi (czyli sałatką z mięsa i orzechów), sałatką stołeczną, chaczapuri i oczywiście szaszłykami z baraniny. Oryginalny kaukaski szaszłyk niewiele ma wspólnego z naszymi wyobrażeniami na jego temat. To kilka upieczonych na szpadzie kawałków dobrze zamarynowanego, soczystego mięsa, podawanych z poszatkowaną cebulą i pikantnym czerwonym sosem. Nocną porą warto wpaść też do baru w teatrze Szkoła Współczesnego Dramatu, gdzie do 5 rano (moskiewski wieczór kończy się zazwyczaj o 5 rano, bo wtedy rusza pierwsze metro) można świetnie zjeść i tanio wypić. A przy okazji spotkać choćby Eugeniusza Griszkowca, gwiazdę współczesnej rosyjskiej literatury, którego sztuka "Miasto" miała właśnie premierę w warszawskim Ateneum.

To nie przypadek, że nocna moskiewska wódka zawsze łączy się z jedzeniem. Picie bez zakąski, pod herbatkę, Rosjanie uznają, nie bez racji, za polskie picie, rozpaczliwe i terminalne. Drinkbary w stylu zachodnim, skupione wyłącznie na serwowaniu alkoholu bez czegoś na ząb, pojawiły się niedawno, i to głównie na potrzeby ekspatów. Ja omijam je konsekwentnie. Wcinam solankę, śledzika pod szubą, pielmieni, chinhali i manty i popijam zieloną marką lub ruskim standardem. I rozpiera mnie radość, której również Państwu życzę na nadchodzący ciężki weekend.

Podziel się